Страница 53 из 71
Robert chętnie podjął się pełnienia roli strażnika ognia, a Paulina z błyskiem w oku (musiała się strasznie nudzić na tej górce) objęła na całe dziesięć minut kuchnię w posiadanie, estetycznie ułożyła mięso na dużej drewnianej tacy, do miski wyłożyła jakieś rośliny ze swoich własnych tajnych zapasów, trzymanych w foliowej torbie z Reala, wreszcie pokroiła chleb i sery i zrobiła z nich artystyczną piramidkę na desce.
– Wie pani, tak naprawdę to ja się dopiero od niedawna dobrze czuję – wyznała, umieszczając cały ten zapas na ogrodowym stole. – Wreszcie minęły mi mdłości i takie różne zawroty głowy. Chyba zacznę znowu żyć jak człowiek.
– A byłaś u lekarza z tymi zawrotami? – zatroszczyła się Eulalia, myśląc jednocześnie, że łaska boska, iż to nie Sławkę trafiło. I miejmy nadzieję, jeszcze długo nie trafi. Niech postudiuje najpierw. Boże, Kuba też. Jak najdalej od wielkiej miłości!
– Byłam, oczywiście, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Po prostu tak to przechodziłam, te pierwsze miesiące.
– A teraz który jest?
– Czwarty.
– Czy mogę służyć paniom winem? Pola, ty chyba z wodą…
– Nie lubię z wodą. Daj mi bardzo mało, ale niech czuję, co piję. Pół kieliszka.
– Z waszymi rodzicami nic się nie zmieniło?
Robert zachmurzył się widocznie, a Paulinie stanęły łzy w oczach. Pokręcili zgodnie głowami.
– Rozumiem. Biorą was na przetrzymanie – westchnęła Eulalia. Co za rodzice, bez sensu zupełnie. I co za pech, że oba komplety takie bezsensowne. Czego oni się spodziewają? Że Pola odda dziecko do adopcji? Że Robert zostawi dziewczynę w trudnej sytuacji? Znała takich ludzi. Westchnęła raz jeszcze. – To skrzydełko będzie już dobre. Daj mi je, Robercie, bo głodna jestem jak wilk, nie jadłam żadnego obiadu.
– A co to, garden party? Nie przewidziałaś naszego udziału?
Piękna Helena w pełnym makijażu i eleganckiej kremowej sukni objawiła się nagle na ścieżce, potrząsając złocistymi (ostatnio) lokami sięgającymi jej łopatek i stanowiąc rażący kontrast ze szwagierką, która już zmyła makijaż (poniekąd musiała, bo przez zapomnienie wpakowała sobie pięści do oczu i potarła), oraz z Pauliną, która się w ogóle nie umalowała i była dosyć blada.
– Ależ zapraszamy – powiedziała Eulalia z nieco wymuszonym uśmiechem. – Tak sobie kameralnie świętujemy urodziny Roberta.
Paulina byłaby wyrwała się z niewczesną pretensją do Beżowego, że nie powiadomił jej o tak ważnej okazji, ale on, przytomniejszy, objął ją w tym momencie czule, jednocześnie delikatnie kopiąc w kostkę. Zmilczała w ostatniej chwili.
– Panie Robercie, ależ wszystkiego najlepszego! – Helena zaszczyciła solenizanta anemicznym uściskiem wymanicurowanej stara
Gbur na swoim ganku robił dziwne rzeczy. Najpierw spokojnie na ten ganek wyszedł, rozejrzał się z wolna po okolicy, nagle zatrzymał w połowie obrotowy ruch głowy, jakby napotkał niespodziewaną przeszkodę, i pły
– Panie Januszu! Nie słyszy mnie? Niemożliwe. Panie Januszu, wołam pana!
Gbur najwyraźniej ogłuchł. Gibnął się jeszcze niezdecydowanie w progu, ale jednak podjął decyzję i zniknął za drzwiami. Helena nie była z tych, co rezygnują.
– Poszedł. Jednak nie słyszał, że go wołam. W takim razie sama go odwiedzę, muszę go o coś poprosić, pewnych rzeczy kobieta nie powi
Uczestnicy bankietu niespodziewanie urodzinowego patrzyli z zapartym tchem, jak piękna Helena oddala się, swobodnie wchodzi przez furtkę do ogrodu gbura, krokiem gazeli wbiega na ganek, dzwoni do uchylonych drzwi i po chwili znika za nimi.
– No to mamy jakieś dwadzieścia minut na spokojne zjedzenie kolacji – wypuściła powietrze Eulalia. – Potem ona przyjdzie i będzie nam opowiadać, do czego zamierza użyć naszego sąsiada.
– Ja się jej trochę boję – przyznała się Paulina, biorąc z miski kawałek papryki. – Robi, daj mi, proszę, tamto przypieczone udko.
– Ja się jej nie boję, tylko ona mnie do szału doprowadza – objawiła swoje uczucia Eulalia. – Niestety, jest żoną mojego brata, a ja mam wyrzuty sumienia, bo go namówiłam, żeby dał nogę za granicę, on to zrobił z rozkoszą, a teraz nie wraca i to dziecko tak rośnie, pozbawione jedynego rozsądnego członka rodziny. Chociaż… ojciec też jest rozsądny, tylko spacyfikowany.
– Pan Klemens jest świetny – powiedział niespodziewanie Robert. – Czasami grywamy sobie w szachy i rozmawiamy…
– W szachy? – Eulalia była zdumiona, bo nigdy nie widziała ich razem. – Rozmawiacie? W tym domu? I ja o tym nic nie wiem?
Robert zaśmiał się, pochylony nad grillem.
– Bo my to robimy wczesnymi rankami, kiedy wy jeszcze śpicie. Czy mogę pani służyć łakociem? Bardzo ładnie się przyrumienił ten kawałek.
Eulalia chętnie przyjęła kolejne skrzydełko i przez chwilę wszyscy troje zajmowali się głównie jedzeniem. Niestety, beztroska atmosfera przyjęcia została skażona świadomością, że w każdej chwili Helena może wrócić od sąsiada i zechcieć bawić ich wytworną konwersacją.
Ale po dobrej godzinie, kiedy już wszystko zjedli i wypili dwie butelki merlota (oczywiście to ostatnie głównie Eulalia i Robert, przy minimalnym udziale Pauliny), Helenki jeszcze nie było. Nie chciało im się dłużej siedzieć, bo wieczór stawał się chłodny, posprzątali więc po sobie i poszli do domu. Młodzi, pozmywawszy, uciekli na górę, a Eulalia skryła się w zaciszu swojego gabinetu, gdzie zastała ojca, zagłębionego w jakimś kryminale, ze słuchawkami na uszach. Korzystając z tego, że Balbina zajęta była pomaganiem Marysi w lekcjach (co polegało na tym, że obie oglądały Big Brothera w telewizji), Eulalia namówiła ojca do napoczęcia oraz wykończenia pozostałej butelki wina. W rezultacie, kiedy Helenka wróciła i koniecznie chciała im opowiadać, do czego zobowiązała sąsiada, oboje byli okropnie rozchichotani i nie nadawali się do wytwornej konwersacji.
Dopiero późnym wieczorem kładącej się spać Eulalii przemknęło przez głowę pytanie: do czego Helenie gbur?
– Słuchaj, Ewa – powiedziała Eulalia następnego dnia do koleżanki redaktorki. – Ty się poruszasz w eleganckich sferach, nie znasz czasem niejakiego Szermickiego, architekta?
– O tyle o ile – odrzekła Ewa, nalewając kawę do dwóch filiżanek. – Słodzisz?
– Odrobinę. A jak duże jest to o tyle?
– Nie za wielkie. Zależy, do czego ci potrzebne. Chcesz kogoś wepchnąć na architekturę? To chyba już za późno jak na ten rok. Poza tym na to nie mam siły sprawczej.
– Nie, chcę tylko wiedzieć to i owo o facecie. Głównie od strony rodzi
– Panienek na boku to on ma jak sera. Bardzo się z nimi kryje, bo żona zazdrosna, a jemu na niej zależy. A z panienkami to sama wiesz, jak jest. On wykłada na tej politechnice, przystojny jest szaleńczo, studentki się za nim zabijają, a on nie gardzi. Teraz ma łatwo, bo z tymi okowami moralności już nie jest tak, jak w czasach naszej młodości.
– Masz na myśli nasze lata studenckie? Bo co do młodości, to wiesz, jak mówi jeden mój znajomy, nie liczy się tego w latach, tylko w spontanicznie przeżytych chwilach.