Страница 61 из 69
– Dlaczego ja mam w to wierzyć?
– Bo go też kochasz. Kochasz go?
– Nie twoja rzecz!
– Boże! Słuchaj mnie, kobieto! Ja już tego dłużej nie wytrzymam. Donat sam nie ma tyle energii, żeby coś z tym zrobić. A ty masz tej energii od cholery i ciut, tylko używasz jej w niewłaściwym celu. Przestań już we mnie węszyć podstępną żmiję i zastanów się nad jedną rzeczą. Jeśli nie uczynicie jakiegoś stanowczego kroku, mama może Donata wykończyć psychicznie…
Wyglądało na to, że wreszcie coś ruszyło wybuchową Marietę.
– on nie będzie miał siły, żeby o ciebie walczyć – ciągnęła Ilonka chytrze. – To bardzo dobry chłopak, tylko strasznie łagodny. Ja w końcu nie wytrzymam i pogonię tę całą mamusię razem z żarciem, a wtedy wszystko wyjdzie na jaw i ona wam życie zatruje. Ja sobie dam radę, ale was mi szkoda.
– No więc co radzisz?
– A chcesz go w końcu?
Pewnie, że chcę. Tylko mu przecież nie powiem tak od razu. Niech się postara…
– No to weź, proszę, pod uwagę, że to ty się musisz postarać. A najlepiej by było, gdybyście na rok, dwa wyjechali gdzieś do Anglii albo Irlandii. Myślałaś kiedy o tym?
– Pewnie, że myślałam. Nie masz pojęcia, ile moich koleżanek już wyjechało. I są zadowolone, i dzwonią, żeby do nich dojechać…
– A gdybyś namówiła Donata na taki wspólny wyjazd? Marieta pogłaskała Gizma między uszami. Wyglądała, jakby pozbyła się wreszcie podejrzeń wobec Ilonki.
– On nie zna angielskiego i w ogóle jest taki nieśmiały. Ale to by było wspaniale. Oczywiście, że nieraz chciałam mu to zaproponować, ale mam wrażenie, że on by się nie zgodził.
– A powiedz mi, gdzie ty masz te koleżanki pielęgniarki zainstalowane?
– Różnie. Dwie są w Londynie, jedna w Manchesterze, jedna w Liverpoolu, jedna położna w Cork w Irlandii…
– Masz kogoś w Manchesterze, mówiłaś?
– Mówiłam. I to jest taka fajna kumpelka, pracowałyśmy trzy lata razem. Piszemy do siebie, emalią, oczywiście. Basia Strocka. A może już Higgins, bo znalazła tam sobie takiego sympatycznego Angola, który za nią szaleje. Koniecznie chciała mnie tam ściągnąć, ale rozumiesz, bez Donata nie chcę nigdzie wyjeżdżać, a on się boi bez języka.
– To uważaj. Znam w Manchesterze kogoś, kto pracuje w warsztacie samochodowym. To jest polski warsztat. A gdyby tam chcieli zatrudnić Donata?
– No co ty gadasz?
– To, co słyszysz. Gdybyście tam oboje pracowali, to języka mógłby się nauczyć, nie przerywając snu. No wiesz, w międzyczasie. A w pracy miałby komfort. Mam wam zdobyć kontakt do tego warsztatu?
– Mogłabyś? Dlaczego to robisz?
– Bo miło jest pomóc sympatycznym ludziom. A poza tym muszę się jakoś uwolnić od pani Karachulskiej. Pogadasz z Donatem?
– Oczywiście. Boże, Ilonka, przepraszam cię… – Nic nie szkodzi. Ja to rozumiem. Najważniejsze, że w końcu mi uwierzyłaś. No to fajnie, za dzień, dwa dostaniesz telefon do samochodziarza do Manchesteru. Nawet gdyby nie miał pracy u siebie, to na pewno coś poradzi.
– Muszę lecieć. Jesteś niesamowita. Kurczę, a ja byłam pewna, że się będziesz jakoś wywyższać. Jeszcze raz przepraszam.
– Miło było cię poznać. Donat ma szczęście. Większe niż na to zasługuje, gamoń jeden, przemknęło przez myśl Ilonce, kiedy patrzyła za odchodzącą Marietą. Marietą! Ta dziewczyna powi
– Co, Gizmuś, podobała ci się nowa ciocia? Miła była? Zrobimy jej przysługę. I sobie też przy okazji. Jedną, a nawet dwie. Jutro odwiedzimy pana Kociołka.
Pan Teodor Kociołek był właścicielem sporego i zupełnie przyzwoitego warsztatu blacharsko – lakierniczego, w którym swojego czasu szarozielony jeep cherokee Ilonki Karambol zmienił barwę na psychodeliczny fiolet. Pan Kociołek był również jaj absolutnym, zdeklarowanym i niewzruszonym wielbicielem. I miał do tego powody.
Jakieś dwa lata temu, mniej więcej w okresie przepoczwarzania się jeepa ze smętnej larwy w barwnego motyla, Ilonka produkowała któryś z kolei odcinek swojego Magazynu Motoryzacyjnego i hasała wesoło w towarzystwie policjantów drogowych lub bez nich po ulicach Szczecina. Ponieważ pogoda była bardzo ładna, poprosiła operatora Pawła, żeby stanął na dwóch lub trzech skrzyżowaniach i sfilmował jej trochę ruchu ulicznego, potrzebnego do różnych ilustracji oraz dżingielków. Sama w tym czasie plotkowała w policyjnym radiowozie na tematy gangstersko – samochodowe. Najbarwniej opowiadał o nich sierżant Włodzimierz Szajner, za którym Ilonka przepadała, nie miał bowiem oporów wobec kamery i mikrofonu i jaki był malowniczy prywatnie, taki był i służbowo.
Kiedy kilka godzin później przeglądała materiały, jak to u Pawełka skręcone z biglem i wdziękiem, zatrzymała nagle taśmę, przyjrzała się uważniej i ucieszyła, pomyślała bowiem, że zrobi swojemu sympatycznemu lakiernikowi przyjemność. Mocno wypasiona srebrzystą beemką wjeżdżał na skrzyżowanie ze światłami Boguś Kociołek, jedyny syn pana Teodora, dwudziestopięcioletni, świetnie zbudowany i prawie tak samo piękny jak ta srebrna beemwica. Auto musiało należeć do jakiegoś szczególnie zamożnego klienta warsztatu Kociołków. Paweł uchwycił je pod światłami a potem jeszcze w ruchu, bardzo efektownie. Boguś za szybą widoczny był doskonale.
Ilonka zapisała sobie kod czasowy fajnego ujęcia i postanowiła wykorzystać je przy najbliższej okazji. Może nawet dołoży jakąś dynamiczną muzyczkę i zrobi pyszny dżingiel do wielokrotnego użytku. Szkoda tego ujęcia na jednorazową przebitkę.
Następnego dnia pojechała taksówką do warsztatu, odbierać swoje fioletowe szczęście. Jeep naprawdę wyglądał jak se
Oczekiwała radości, a przynajmniej widocznego zadowolenia, ale reakcja pana Teodora zaskoczyła ją niezmiernie.
Lakiernik zbladł jak ściana i ciężko siadł na ławeczce stojącej przed warsztatem. Wyglądał, jakby za chwilę miał zemrzeć na zawał serca. Ilonka przeraziła się okropnie, nie miała pojęcia, co powi
– Pani Ilonko – zachrypiał. – Nie! Niech pani nikogo nie woła! Zaraz mi przejdzie. Już przechodzi…
Istotnie, zaczynał już nabierać normalnego koloru. Ilonka przysiadła obok niego.
– Ależ mi pan stracha napędził, panie Teodorze! Ma pan kłopoty z sercem?
– Mam kłopoty, pani Ilonko. Z sercem też. Serce nie jest najważniejsze…
– Jak to, nie najważniejsze? Serce zawsze jest ważne! Musi pan iść z tym do lekarza. To pierwszy raz czy już się powtarzało?
– Pani Ilonko. Nie wiem, cholera, jak to pani powiedzieć…
– Niech pan wali, panie Todziu.
– Jeżeli pani to zdjęcie Bogusia pokaże, to z nami koniec…
– Co to znaczy, z nami koniec? Mam szukać i
– Nie to miałem na myśli, chociaż na tym by się skończyło. Bo mnie by już nie było. Ani Bogusia. To cholerne auto, ta beemka…
Ilonka zbystrzała.
– Panie Teodorze! Kradziona?
– Kradziona.
– Chryste Panie! Kradniecie samochody! Przerabiacie w tym warsztacie!
– Niezupełnie. Pani Ilonko, ja pani wszystko powiem, bo i tak ma pani nas w ręku. Pani wie, że Boguś jest mój jedyny…
Ilonka wiedziała, bo lakiernik nieraz chwalił się jej swoim pięknym synem. Boguś rzeczywiście był jego jedyny, a cała rodzi