Страница 28 из 69
– Myślisz, że dasz radę? – Lalka położyła na ruszcie kawałek chleba. – Chcecie też?
– Chcemy. Moim zdaniem Ilonka sobie rady nie da, od razu będzie widać, że się zmusza.
– Nie znacie mnie. Jak będę miała motywację, to zagram dowolną rolę w tym cyrku.
– W cyrku nie gra się ról, tylko się chodzi po linie. To cienka lina i jak nie będziesz uważała, możesz zlecieć na pysk. Jeśli Bucek naprawdę jest mordercą i jeśli się dowie, że dokoła niego węszysz, to, nie daj Bóg, mógłby i ciebie trzepnąć. Tfu, tfu, na psa urok. Gdzie są psy?
– Latają gdzieś po ogrodzie. Nie uciekną, bo wzmocniłam ogrodzenie, kiedyś Szanta uciekała. Bawią się w krzaczkach. Nie rozpraszajcie mnie. Czy wiemy, kto się szykował na marketing po Bucku?
– Nie wiemy. A czy to ma jakieś znaczenie?
– Tego też nie wiemy.
– Jest też pytanie, dlaczego Bucek poszedł w odstawkę. Jeżeli poszedł…
Moim zdaniem nie poszedł jeszcze tak definitywnie – powiedziała stanowczo Ilonka. – Całkiem niedawno byłam u szefowej, to znaczy usiłowałam być, ale mnie Jolcia spuściła po brzytwie, w każdym razie właśnie robiłam jej awanturę w sekretariacie, kiedy Żożo wylazł z gabinetu Paproszkowskiej taki raczej zgrzany, a za nim szefowa w pąsach. I łaskawie zgodziła się ze mną rozmawiać. Widocznie Jolka miała zakaz wpuszczania kogokolwiek, dopóki szefowa zajmuje się marketingiem. Ale moim zdaniem od marketingu fryzura się nie psuje.
– Patrzcie, jak to dobrze czasem skonfrontować stan wiedzy – zauważyła Lalka. – A ja chyba wiem, kto miał zastąpić Bucka. Bo ja z kolei kiedyś, też całkiem niedawno, widziałam jak się szefowa całowała w samochodzie, w garażu… zgadnijcie z kim?
– No przecież nie wiemy, kto teraz wchodzi do marketingu…
– Z Boryskiem Otmuchowskim. Oni z Klaudią są chyba takim nowoczesnym małżeństwem; pamiętacie, jak ona romansowała z Geniuszem?
– A co, urwało im się?
– Wika, jesteś nie na czasie. Urwało im się jakiś rok temu, bo się żona Geniusza dowiedziała i zagroziła mu separacją od stołu i łoża. Łoże to on miał z Klaudyną, ale koryta mu było szkoda, bo żona zarabia z osiem razy więcej od niego. No i dziecko tam było w sprawie użyte, to znaczy żona mu powiedziała, że zabroni kontaktów i on się przestraszył nie na żarty. I odstawił Klaudię od piersi, ale dla niej to była mała szkoda, bo i tak się już zaprzyjaźniła z panią dyrektor, i pani dyrektor osobiście pilnowała, żeby Klaudia miała co robić na antenie.
– Podsumujmy, dziewczynki – zażądała Ilonka. – Żożo miał iść w odstawkę, zarówno od łoża, jak i koryta, wiedział o tym od jakiegoś czasu, pani się wciąż wahała, ale przygotowywała zmiany konsekwentnie, zesłaniem miała być redakcja informacji, a nagrodą pocieszenia mój magazyn. Sytuacja zaczynała się klarować w sposób niekorzystny dla Bucka, więc Bucek załatwił panią celem zapobieżenia swojej katastrofie finansowej. Bo co do tego gruppenseksu, to nie sądzę, żeby mógł stanowić motywację. Dobrze mówię?
– Bardzo dobrze – pochwaliła Lalka. – Teraz pytanie, czy mógł to zrobić?
– Jasne że mógł. Wystarczyło ją zwabić do studia, kiedy wszyscy już stamtąd wyszli i stuknąć. To znaczy przydusić. To nie wymagało długiego czasu, wystarczyłoby kilka minut. Nie wiecie, czy on był wtedy w fabryce?
– Nie mam pojęcia. – Wika zmartwiła się nieco.
– Ale ja mam – oświadczyła tryumfalnie Lalka. – Był, widziałam go. Odprowadzałam Marka Rudzkiego do samochodu, bo mu przedtem załatwiłam wjazd na nasz parking i musiałam go wypuścić, i akurat wtedy Bucek wjeżdżał do garażu od strony Monte Cassino.
– Noo. – Wika pojaśniała. – To go mamy! Ilonka skrzywiła się sceptycznie.
– Nie wiem, czy mamy. Mógł iść do swojego marketingu i wcale jej nie spotkać albo mógł ją spotkać i wcale jej nie kropnąć. Chyba nie jest łatwo być policjantem kryminalnym. Ale się nie poddamy, co, kobitki?
– Nie ma takiej możliwości – oświadczyła Lalka. – Tylko teraz się zastanówmy, jakiego chytrego sposobu użyjesz, żeby zawiadomić swojego komisarza o naszych ustaleniach.
Okazja nadarzyła się kilka dni później. Komisarz i aspirant zdążyli w tym czasie z niejakim żalem zrezygnować z wpisania na listę podejrzanych Lilki Solskiej, którą odwiedzili i odpytali, a która przedstawiła im granitowe alibi w postaci trzech koleżanek z okresu studiów, poświadczających zgodnie, że w momencie śmierci Eweliny Proszkowskiej grały z Lilką w brydża, jak co tydzień od dwudziestu prawie lat. Sesja brydżowa odbywała się tym razem u niejakiej Marzeny Grabowicz, w jej domu na Gumieńcach, w związku z czym jako dodatkowi świadkowie wystąpili mąż i dwaj synowie pani Grabowicz. Lilka Solska okazała się uroczą kobietą, z dużym dystansem odnoszącą się do wszystkich wielbicielek swojego małżonka.
– Panowie, ja przecież wiem, że baby za nim latają jak wariatki – powiedziała pobłażliwie, kiedy odwiedzili ją w mieszkaniu na Starym Mieście. – On naprawdę jest nadzwyczajnie przystojny, na dodatek sympatyczny, więc trudno, żeby było inaczej. Ale coś mi się nie wydaje, żeby mnie chciał porzucać dla jakiejś dyrektorki. Ani zresztą dla żadnej i
Złotowłosa (aktualnie) i subtelna Lilka tak bardzo nie wyglądała na osobę z niewyparzoną gębą, że jej wyznanie wzbudziło niekontrolowane uśmiechy na twarzach panów policjantów, co widząc, ona ucieszyła się niezmiernie i natychmiast zaproponowała im kawę oraz świeżo upieczone ciasto drożdżowe z kruszonką – „takie jak u mamy albo nawet u cioci na wsi” – powiedziała z wdziękiem, wykładając na półmisek zwały pachnącego ciasta. Kwadrans później była już z nimi nieomal zaprzyjaźniona i opowiadali sobie nawzajem dowcipy – oni jej policyjne, ona im polityczne. Trudno powiedzieć, które gorsze. Czterdzieści minut później nadeszli wezwani telefonicznie świadkowie, a właściwie świadkinie z mężami, co do jednego medycy, Lilka dołożyła ciasta i zrobiło się naprawdę bardzo miło.
Pożegnali się z niekłamanym żalem.
– Ten Solski byłby idiotą, gdyby zdradzał taką kobietę – powiedział z uznaniem aspirant Brzeczny, a komisarz Ogiński przytaknął koledze z przekonaniem. Aczkolwiek nie był pewien, czy nawet dla tak pięknej kobiety i tak dobrego placka zechciałby zrezygnować ze swoich wzmacniaczy i głośników. Gdyby mu się taka niewiasta przytrafiła, oczywiście.
Panowie kryminalni odwiedzili również w domu świeżego wdowca Sebastiana Procha – Proszkowskiego. Nie dostali tam ani ciasta, ani kawy, ani nawet wody mineralnej, a gospodarz patrzył na nich zimnymi jasnoniebieskimi oczami o takim wyrazie, że czuli dreszcze na plecach. Samo mieszkanie zgodnie z relacją kolegów wywiadowców również było zimne i nieprzyjazne jak wnętrze chłodni służącej do przewożenia ryb z wybrzeża w głąb kraju. Nic w tym mieszkaniu nie dostarczyło najmniejszych przesłanek do jakichkolwiek wniosków.
Materiału do wniosków dostarczył natomiast telefon komórkowy nieboszczki znajdujący się w policyjnym depozycie, jak wszystko, co pani Proszkowska miała przy sobie owego feralnego dnia. W połączeniach odebranych nie było żadnego śladu rozmowy tuż po wpół do szóstej w środę ubiegłego tygodnia. A przecież, jak twierdził Żożo Buczek, ktoś zatelefonował do pani Proszkowskiej z informacją, że samochód Żoża wyje w garażu. Ktoś, kto wiedział, że są razem.