Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 69

– Jakoś tak jak ten facet od poloneza, którego się kiedyś tańczyło na wszystkich studniówkach, zanim Kilar nie napisał swojego do „Pana Tadeusza”. Nie pamiętam dobrze. Michał Kleofas, to wiem.

– Pamiętasz takie imiona, a nie skojarzyłaś nazwiska? Ogiński on się nazywa, Ogiński!

– No to co?

– Jezu! Jak to co? Przecież te twoje wszystkie nazwiska same się układają w ciąg logiczny, a nawet jeśli nie logiczny, to wręcz wróżebny! Najpierw był Kopeć…

– Najpierw byłam Dymek. Potem dopiero Kopeć.

– No właśnie. Dymek się ładnie snuł w nadziei, że płomieniem buchnie, ale zrobił się z tego smętny Kopeć. Teraz znowu jesteś pełen nadziei Dymek. A Ogień już czeka! Kopeć, Dymek i wreszcie Ogień!

– To byłby Ogieński. Albo Płomieński. O, Płomieński jest nawet ładnie.

– Nie czepiaj się szczegółów. Ogiński brzmi prawie jak Ogieński. I nie nosi obrączki.

– Może go ciśnie.

– Z tobą się dzisiaj nie da gadać. Idź do kuchni, będziesz kroić warzywa na sałatkę. Wszystko jest przygotowane. Ogórki, pomidorki, sałata rzymska, sałata lodowa, feta, jajka…

– Zwłaszcza feta i jajka to fajne warzywka. Nie, już się nie czepiam. Idę. Słucham i jestem posłuszna. Dajcie mi ten nóż, a spełnię swoją powi

Wika i Lalka zgodnie pokręciły głowami. Zły stan psychiczny Ilonki był widoczny na kilometr. Należało mieć nadzieję, że nie użyje noża niezgodnie z przeznaczeniem.

Lalka pierwsza parsknęła śmiechem.

– Nie bój się, nie zrobi sobie harakiri, przecież nie będzie chciała osierocić tego małego potworka!

Mały potworek właśnie poczuł pierwsze obiecujące zapachy dochodzące z rusztu i zaktywizował się znacznie wewnątrz jeepa. Na tylnych łapkach stanął na siedzeniu, przednimi oparł się o na wpół spuszczoną szybę i rozpoczął metodyczne popiskiwanie. Wika wydobyła go z samochodu i postawiła na trawniku. Natychmiast podreptał w stronę grilla i usiadł pod nim w pozie pełnej nadziei.

– A gdzie twoja psica?

– Tosia wzięła ją na spacer razem z Maciusiem. Poszli do lasu szukać krasnoludków i nie wrócą tak szybko. Słuchaj, Ilona słusznie rozumuje. My mamy o wiele większe możliwości niż ten jej piękny komisarz. Nie śledcze, czy jak tam się to nazywa, tylko psychologiczne. Znamy wszystkich. Wiemy, co kto do niej miał. Znaczy do Paproszkowskiej. I wiemy, a przynajmniej zaraz się nad tym zastanowimy, kto byłby w stanie tak po prostu wziąć szaliczek i ciach…

– Nooo, może i tak. Musimy się też przyjrzeć panu komisarzowi i zastanowić, jaką taktykę powi

– Jeżeli jest nadętym kretynem, to nie ma co w ogóle pchać Ilonki w jego objęcia…

– Nigdzie jej nie pchamy! Zastanawiamy się, jak ją wyciągnąć z dołka! Ale masz rację, oczywiście. To będzie test na komisarza. Jeżeli zachowa się normalnie i przyjmie pomoc, to w porządku. Jeśli się nadmie, to pies z nim tańcował.

– On już raz nie przyjął mojej pomocy – oświadczyła Ilonka, materializując się nagle na ścieżce z miską dość niechlujnie pokrajanej zieleniny w objęciach. – Na samym początku mu proponowałam, ale potraktował mnie jak starą konserwę! Poza tym on mi się nie podoba. A w ogóle to co wy sobie myślicie, że będziecie mi znajdywały chłopa? Jak się sprężę, sama sobie znajdę. Na razie muszę z siebie wyrzucić resztki Jaromira. Gdzie mam postawić tę michę?

Przez jakiś czas trzy koleżanki dzie

– Nie przejmuj się – zbagatelizowała demolkę Wika, kiedy Ilonka gwałtownie chciała odwoływać Gizma z grządki goździków brodatych. – To nie jest ogród na pokaz, to jest ogród do mieszkania. Twarde zasady, rozumiesz. Nie dla ludzi, dla zielicha. Survival. Co przeżyje, to przeżyje, a co nie, to trudno, zasadzi się nowe. Lepiej zajmijmy się wreszcie naszym zakładowym morderstwem. Ja stawiam na Żoża.

– Dlaczego? – Ilonka pochłaniała spieczoną na wiór kaszankę. – Ja go też nie lubię, ale był pod ochroną Paproszkowskiej!

– A co to za ochrona? – pokręciła głową Lalka. – Twoim zdaniem on sam chciał odchodzić z marketingu? Do newsów? Gdzie najwięcej roboty, a pieniądze wcale nie takie rewelacyjne?

– W marketingu też nie rewelacyjne…

– Ale możliwości większe. Dla łobuza. Żożo jest łobuz moim zdaniem, waszym też, znam was. Słuchajcie, a może wy uważacie, psychologicznie do rzeczy podchodząc, że on jest uczciwym człowiekiem?

Ilonka prychnęła kaszą, a Lalka postukała się kostką od karkówki w czółko.

– Niemniej – dodała uczciwie – to jest tylko nasz prywatny pogląd. Nam się tak wydaje. A jak jest, to wcale nie wiadomo.

Wika zsunęła resztki ze swojego talerza na ziemię, gdzie natychmiast dopadła do nich Szanta.

– Słuchajcie, kobiety. Właśnie że wiadomo. Ja się z tą wiedzą nie wyrywałam, ale coś niecoś powiedziała mi Alusia Mierzyńska, wiecie, która to? Ta z Rzeszowa, robiłyśmy wspólne programy na zasadzie telemostu, dopóki mnie pani dyrektor z nich nie wymiksowała.

– No, kochana – wtrąciła Ilonka. – Gdyby mnie ktoś wymiksował z programu w ten sposób, chyba nie ręczyłabym za siebie…

Wika machnęła ręką lekceważąco. Od jakiegoś czasu miała już wyrobiony w sobie dystans do tej sprawy, choć wtedy rzeczywiście mocno ją tąpnęło.

Magazyn „Po skosie” wymyśliła rzeszowska dzie

Pewnego dnia mniej więcej w pół roku od intronizacji pani dyrektor Proszkowskiej Wika zawędrowała na dziesiąte piętro, żeby w kadrach podbić sobie legitymację ubezpieczeniową, jako że rejestratorki w przychodni, do której biegała z małym Maciusiem, uparcie życzyły sobie zobaczyć w niej pieczątkę. Kadry znajdowały się naprzeciw drzwi do sali konferencyjnej i wychodząca z legitymacją w ręku Wika stanęła nagłe nos w nos z Alusią Mierzyńską, zmierzającą właśnie do tejże sali.

Obie panie redaktorki wykonały radosny kwik i rzuciły się sobie na szyję. Po czym padło nieuniknione pytanie:

– A co ty tu u nas robisz, Alusia??? Alusia wyglądała na zaskoczoną.

– Jak to, co robię? Mamy zjazd.

– Jaki zjazd?

– Dziewczyno, obudź się! „Po skosie”! Wszyscy już są! Co ty, śpisz?