Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 69

– Pod warunkiem, że ona tam uprzejmie przyszła i poczekała na niego. No ale przecież mogło tak być. Buty za horyzontem mogły być jego?

– Nie, on nosi dwa numery mniejsze. Za horyzontem był ktoś i

– Pani Pfaffenhoffen kazała nam szukać kryptoidioty. Kochański na pewno idiotą nie jest, to wyjątkowo przytomny człowiek. Ci realizatorzy chyba w ogóle nie mogą być idiotami, z definicji. Natomiast niewykluczone, że Kochański ma jakiś motyw, trzeba go przepytać na okoliczność tego Krakowa, co to nam kablowała pani prezenterka…

– Prezenterka jest idiotką ewidentnie. Nie krypto. Całkowicie jawną. Nawet całkowita idiotka jednak nie będzie zabijać własnej protektorki. Ja bym ją skreślił, pięć po wpół do szóstej oddawała klucz na wartowni i wychodziła…

– Dobrze, na razie damy jej spokój. Mówiła nam za to o jakiejś motywacji tego picusia z Urzędu Morskiego. Trzeba z nim jeszcze pogadać. Alibi niby ma, wyszedł i nie wrócił. Ale po tej historii z powrotem dyrektorki ja już im nie wierzę, tym strażnikom pieczęci.

– Jakiej pieczęci? – Aspirant nie chwycił.

– Aaaa, żadnej. Tak się mówi.

– Musimy pogadać z jego żoną, może pamięta, o której dokładnie przyjechał do domu. On twierdzi, że przed szóstą, bo wyszedł o wpół i nigdzie się nie włóczył. W takim razie byłby poza podejrzeniem.

– Na razie znak zapytania.

– Filozof.

– – Filozof miał o osiemnastej zajęcia na uniwersytecie i nie spóźnił się ani sekundy. On się nie spóźnia podobno nigdy. Gdyby to zrobił pierwszy raz w życiu, wszyscy studenci by to zauważyli. Zresztą chyba nie znał tej baby.

– Pani dyrektor.

– Pani dyrektor. Kto dalej? Człowiek – światło?

Kiedy pół godziny później pani Jola ośmieliła się zajrzeć do gabinetu i zaproponować panom inspektorom kaweczkę, panowie mieli już zakończony remanent, z którego wynikało, że spośród przesłuchanych do tej pory motyw i możliwość posiadały cztery osoby: obie redaktorki, realizator i picuś z Urzędu Morskiego (zakładając,’ że to, co gadała Karola Pućko, miało jakieś podstawy). Realizatorowi i picusiowi należało sprawdzić motywacje. No i zostało do przesłuchania jeszcze sporo osób, w tym jeszcze kilka takich, którym szefowa pozabierała programy. Ale to już komisarz z aspirantem zostawili sobie na jutro. Oraz na dalszą przyszłość. Ostatecznie policjantowi też się należy odrobina odpoczynku.

Ilonka, która materiał o autostradzie zrobiła z haniebną po prostu niedbałością, pojechała do domu już godzinę wcześniej. Uspokojona co do losów swojego Magazynu Motoryzacyjnego postanowiła chwilowo zająć się wykryciem sprawcy morderstwa pani dyrektor. Nie miała jeszcze tylko całkowitej pewności, czy po wykryciu zabójcy wyda go tryumfalnie w ręce policji, czy raczej rzuci mu się na szyję i pomoże w całkowitym zatarciu śladów.

Zostawiła fioletowego Zygfryda przed budynkiem i pozwoliła swojemu gremlinowi na odbycie mniej więcej piętnastometrowego spaceru celem oblania rosnącej siedem i pół metra od drzwi wejściowych akacji. Dłuższej przechadzki Gizmo stanowczo odmówił i wspiął się na tylne łapki, przednimi bębniąc znacząco o wysmarowane sprayem drzwi. Ilonka wzięła go pod pachę i weszła do wysprayowanej windy.

Jedyną zaletą jej mieszkania była panorama z okien na dziesiątym piętrze. Dodajmy, że blok usytuowano na górce. Rzeka, jezioro Dąbie, wszystkie kanały i wody portowe lśniły właśnie purpurowo w świetle zachodzącego słońca. Ilonka otworzyła okno, wpuściła świeże, wiose

Podobną fascynację wzbudziła kiedyś w Ilonce instalacja do produkcji kwasu siarkowego w Policach, urządzenie wielkości całkiem sporego osiedla mieszkaniowego, złożone – tak jej się w każdym razie wydawało – z miliona kilometrów rurek i przewodów. Z niektórych kapało na ziemię coś, co śmierdziało kwasem siarkowym – ekipa nie sprawdzała na wszelki wypadek, czy wyżera takie same dziury jak kwas siarkowy. Niemniej, nawet biorąc pod uwagę pewne niedoskonałości, instalacja była imponująca.

Ilonka była dziecięciem cywilizacji industrialnej.

Tym razem jednak ani widok ulubionej suwnicy, ani nawet warkot silnika przelatującego niedaleko śmigłowca (uwielbiała latać) nie wywołały uśmiechu na jej twarzy.

Brak Jaromira Kopcia?

Przecież już sobie wyperswadowała… Zresztą ostatnimi czasy nie było między nimi prawdziwego kontaktu. Zwłaszcza odkąd na drodze Kopcia stanęła chuderlawa miłośniczka wędkowania. A ona sama, Ilonka, zaczęła się leciutko podkochiwać w Adamie Grzybowskim, który nie zamierzał jej pocieszać, tylko odszedł z wychowawczynią i sam stał się wychowawcą.

Być może wpadłaby w kolejny mały letarg, ale Gizmo, pokręciwszy się trochę po pokoju, zaczął popychać nosem swoją miseczkę do wody. Na kuche

Otworzyła i najchętniej byłaby zamknęła je natychmiast na twarzy sąsiadki, pani Donaty Karachulskiej, niestety, pani Donata już trzymała nogę w szparze. Za nią – jeszcze bardziej niestety – majaczył zwalisty cień jej trzydziestoletniego synka, po mamuni nazwanego Donatem.

– Dzień dobry, dobry wieczór, pani sąsiadko, jak to dobrze, że panią zastaliśmy, chodź, Doniu, jest pani Ilonka, jest, a już myśleliśmy, że pani znowu do nocy nie będzie, na szczęście Donio zobaczył przez okno ten paniny fioletowy samochód, swoją drogą co to za kolor dla takiego dużego samochodu, czarny byłby o wiele lepszy albo w ostateczności czerwony. No ale pani samochód, pani kolor wybierała. My tu z sąsiedzkiej życzliwości do pani przychodzimy, pani po tym jak pan Jarek odszedł, to taka biedna sama… Ja wczoraj nagotowałam galartu, on w nocy stanął, dobry galart, pani powi