Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 1 из 34

Katarzyna Grochola

Podanie O Miłość

Dorotce i Pawłowi

raz tym, którzy chcą kochać

Niedziela

Poniedziałek przypominał miejsce przy potoku, wtorek miał wygląd starej szopy, w której przechowywali narzędzia, środa była ciężka, czwartek szary, a piątek mglisty. Sobota wyglądała jak gotycka wieża kościelna. Niedziela zaś była niebieska. W niedzielę niebo było bezchmurne. Nawet jeśli padało, niedziela była dniem, kiedy można było poza te chmury na chwilę wyskoczyć. A jak tam było pięknie!

W niedzielę pamiętało się, że ponad chmurami jest słońce. Księżyc. Gwiazdy. Niedziela była święta. Niedziela nie dzieliła ich na pół. Niedziela z dwóch kalekich ciał tworzyła jedno. Kochał niedziele. Pora

Dla niego cały tydzień był podróżą. Od wczesnych godzin ra

W kamieniołomach zdejmował koszulę, stara

Lubił kamienie.

Były jak żywe. Nie znał ich nazw, ale wyczuwał pod kilofem łagodną miękkość jednych, niezdecydowaną kruchość i

Ostry kilof ranił. Zagłębiał się w nie. W niektóre miękko i powoli, jak w ukochaną kobietę, niespiesznymi ruchami, ale ze zdecydowaną siłą, jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze. Do samego końca. Kilof błyskał w górze złotym odbiciem słońca i opuszczał się dziesiąty, setny raz. Pot spływał mu po piersiach słonymi strużkami, żłobiąc opalone ciało. Podnieść, uderzyć, wedrzeć się, zwyciężyć. Kiedy kamień pękał, odczuwał czysto zmysłową przyjemność, napięcie ustępowało miejsca odprężeniu. Odkładał kilof i zgrubiałymi rękami dotykał kamienia jak mężczyzna dotyka kobietę po spełnieniu. Delikatnie gładził równe krawędzie, zamykał oczy i chłonął ich zimny dotyk. Czasem pchnięcia musiały być ostre i gwałtowne, każde wydawało się ostatnie, niecierpliwie łupał brzegi, jak pies targający brudną szmatę. Lecz wtedy nie był zadowolony. Otwarty kamień irytował go, że oto już jest po wszystkim. Ale to stawało się przez niego. A pękający kamień jęczał echem metalu, póki głucho nie odetchnął po raz ostatni, otwierając bezbro

Dni upływały mu na otwieraniu kamieni. Taka praca. Cały tydzień uderzał, rozbijał, niszczył, obnażał. Okruchy były wywożone gdzieś w niewiadomym kierunku, ale to już go nie obchodziło nic a nic.

Podnosił kilof setki razy w poniedziałek, wtorek, środę, w czwartek wokół zaciśniętych ust pojawiała się zapowiedź radości, od czwartku było już parę godzin do piątku, a w piątek można było powiedzieć: jutro jadę. Jutro jadę do domu. Będę w niedzielę w domu.

Rozklekotany autobus przyjeżdżał w sobotę, przedzierał się przez góry, jęcząc i dysząc. Charczał silnik, tłumik pluł. Najmilsze dźwięki na świecie w sobotę będą go wieźć do domu. Tym razem na pewno. Tam na niego czekała miłość.

Odłupany blok granitowy domagał się obróbki. Napluł w dłonie i podniósł swój kawałek słońca wyżej. Mignęła stal, głucho uderzyła w kamień. Mężczyzna uśmiechnął się. Lubił wyzwania. Kamień musiał się poddać.

Słodkawy smak jego potu obejmował jej piersi, rozpuszczał się i przenikał przez skórę aż do środka, aż pod.

Ciało dało pierwszy znak. Znak, że już nadchodzi. Że pierwotne rozpoznanie następuje przed świadomością czy decyzją. To ono wydaje zgodę. Zaczęło od lekkiego niepokoju, tam, niżej niż… I skóra zrobiła się na lewą stronę. Chroniona zwykle wiecznym zakazem, teraz nagle obnażona jednym mocnym zerwaniem wierzchniej warstwy, kiedy jego ręce przyciągnęły jej łopatki. A między nimi był zamek błyskawiczny i on właśnie pękł, rozerwał się i wypłynęło, uwolniło. No więc, skóra najpierw.

I uszy.

Robią się za duże, o wiele za duże. Robisz się słuchem. Poskręcana muszla ucha prostuje zwoje, a każde pół słowa przedostaje się przez ciemne korytarze bezpośrednio do błony, i każdy ruch powietrza jest powielany i zwielokrotniany, każde niedopowiedzenie i brak tchu nawet odbija się echem. Bicie serca wraca podwójnie, oba bicia nakładają się, i ucho zaczyna żyć niezależnie od reszty.

A smak też już nie ten.

Pomarańcze są pomarańczowe w ustach i ten kolor spływa do miejsca, skąd się wszystko zaczęło, skąd przyszła zapowiedź i zgoda. Język smakuje i odróżnia drobne kawałki miąższu, oddziela mniejsze drobiny, przerywa przezroczystą błonę między nimi, odkrywa kroplową pomarańczowość, która pęka pod jego dotknięciem i niezmierną słodyczą obmywa wnętrze ust.

Pachniesz pomarańczową namiętnością.

Uda rozsuwają się bez twojego rozkazu, idą naprzeciw pragnieniu. Twój początek miłości, nienasycony dotykiem i

Drżysz, bo oto anioł wilgotnym skrzydłem pieści twoje uda, przygotowując cię na rozkosz, której nie zatrzymasz, która stanie się poza twoją decyzją. Już nie obronisz swojego pragnienia, już umknęło twojej kontroli, już widać je jak na dłoni, to pragnienie, co je chciałaś ukryć, ale on przyjmuje ten dar jak naturalne piękno stworzone przez jego namiętność, nie musisz bronić niczego, bo danina raz złożona wraca do ciebie dziesięciokroć w pulsującym rytmie rozkoszy. I ta fala coraz jest większa i wynosi cię coraz wyżej, ale nie wiesz, gdzie cię zostawi. I kiedy już nie możesz o tym myśleć, bo ty jesteś tą wodą i on jest jej brzegiem, staje się światłość.

I już wiesz, że to, co się dzieje, jest jak otwarcie drzwi, do których kołatałaś latami na próżno, a były cały czas otwarte, wystarczyło po prostu wejść, i wiesz, że to nie obce drzwi, ale drzwi do twojego domu.