Страница 8 из 32
Jestem księciem nieuchwytności. Kiedy mówię, że nie piję, z całą pewnością nie jest to prawda, ale kiedy mówię, że piję, też mogę łgać jak najęty. Nie wierzcie, nie wierzcie. Pijakowi wstyd pić, ale pijakowi jeszcze gorszy wstyd: nie pić. Jakiż to pijak, co nie pije? Marny. a jakiż lepszy: marny czy nie marny? Co wyżej stoi: marność czy niemarność? a poza tym – kiedy się dopełni pijackie fatum, rzeczą nie tylko daremną, ale i nietaktowną, a nawet haniebną jest przezwyciężanie pijackiego fatum.
Przodownik Pracy Socjalistycznej, sędziwy wytapiacz z huty im. Sendzimira (dawniej Lenina), gdy za którymś pobytem na oddziale deliryków pojął wreszcie własną bezradność, gdy pojął, iż dopełniło się pijackie fatum i zamknęło nad nim jak piaszczyste wzgórze nad zbiorową mogiłą – osłupiał i całymi dniami stał pod męską toaletą (łzy nieprzerwanie płynęły po zarosłych siwą szczeciną policzkach), stał niczym posąg osłupienia pod kiblem i powtarzał wkoło:
– Jak tu nie pić, jak wszyscy piją? Jak tu nie pić, jak wszyscy piją? Jak tu nie pić, jak wszyscy piją? Jak tu nie pić?
I stałby tak nieszczęśnik aż do dnia sądnego, stałby tak aż do dnia wypisania z oddziału deliryków, stałby tak i szlochał, gdyby doktor Granada o pewnej wyjątkowo rozpaczliwej godzinie nie wezwał go wreszcie do siebie, nie posadził w fotelu i nie przemówił doń w te mniej więcej słowa:
– Niebawem wyjdzie pan stąd, panie Przodowniku, i jeśli uda się panu po wyjściu nie pić, niech pan nie pije, niech pan z całych sił nie pije, ale niech pan wszem wobec i każdemu z osobna oznajmia, że pan pije. W ten sposób uniknie pan wielu zachęcających do picia stresów, uniknie pan licznych boleści, przykrości i nieprzyjemności, a nawet zgorszenia. Uniknie pan pełnych rozczarowania i złowieszczego wyczekiwania spojrzeń. Ciężko pan, panie Przodowniku, zapracował na swą pijacką zasługę i teraz będzie lepiej i dla pana, i dla pańskiego nadwątlonego zdrowia, jeśli nie będzie pan nadmiernie komplikował własnego wizerunku. Wszedł pan w nasze progi jako pijak i dla pańskiego komfortu psychicznego, i dla świętego spokoju pańskich najszczerszych przyjaciół wyjdzie pan stąd rzekomo jako ten sam pijak, w istocie w pijackim jedynie przebraniu. Niech pan nie pije i niech pan twierdzi wprost, albo daje do zrozumienia za pomocą niewyszukanych sugestii, że pan pije. Jak najdłużej i jak najusilniej niech pan kłamie, że pan pije, zwłaszcza że prędzej czy później i tak się pan napije.
I łzy natychmiast obeschły na porosłych siwą szczeciną policzkach Przodownika Pracy Socjalistycznej, i kamień spadł z serca jego, i wyszedł z gabinetu doktora Granady z rozjaśnionym obliczem, i wyszedłszy, jeszcze bardziej rozjaśnił nad nami oblicze swoje.
10. Rzeka świętego spokoju.
Nie drażniła mnie obłuda Kolumba Odkrywcy, nie drażnił mnie nawet jego apodyktyczny i nieznośny w swej pryncypialności ton, drażniło mnie niewypowiedzianie to, że niektóre jego racje były nie do odparcia.
– Nie ma żadnej filozofii picia – powtarzał – jest jedynie technika picia. Istnieje natomiast – bezwiednym belferskim gestem unosił palec w górę – istnieje natomiast filozofia złego samopoczucia. Generalnie sens egzystencji ludzkiej da się sprowadzić do permanentnych starań o poprawę samopoczucia, służyć temu może na przykład ideologia, religia, postęp techniczny, dobra materialne, służyć temu może także picie – ściślej – umiejętnie sterowana technika picia. I
Miał drażniącą, nieodpartą i straszliwą rację. Gdy sprawy (użycie nonszalanckiego wyrażenia: “technika picia”, przychodzi mi w tym miejscu z niejakim trudem), gdy zatem sprawy ulegają rozprzężeniu, z coraz ciemniejszych i coraz głębszych nurtów rzeki, na której brzegu szukasz ukojenia, prędzej czy później poczną się wyłaniać trupie dłonie.
Ale na razie wody były czyste, płynęły jak oddech, wyszedłem z oddziału deliryków, miałem za sobą dwudziestominutową jazdę taksówką, cztery stabilizujące pięćdziesiątki, miałem pod ręką otwartą butelkę, jasna rzeka świętego spokoju toczyła niezauważalne nurty, byłem w dobrej formie, technika picia niezawodnie wspierała dobre samopoczucie, spokój, w każdym razie żadnej histerii, żadnych szybkich ruchów, żadnego popijania wprost z butelki. Popijałem metodycznie ze szklanki, ale drobnymi, ściśle odmierzonymi, dwudziestopięciogramowymi łykami, i równie metodycznie pracowałem. Napełniałem wa
Wyłem, nie słyszałem własnego wycia, ale chyba istotnie wyłem, oni w każdym razie mówili, że moje wycie było straszne, straszne. Kręcili się po mieszkaniu, niewielu ich było, ale i tak nie byłem w stanie ich zliczyć. Nie byłem w stanie zliczyć do trzech. Skąd się tu wzięli? z kart literatury zstąpili? Zeszli ze stron Procesu albo Daru Humboldta. Przyszli ze świata przedstawionego powieści opisującej scenę rewizji albo aresztowania? Podnosiłem zdrewniałe powieki i szczerze powiem, obawiałem się, że są pełnym klasycznych cytatów delirycznym snem, obawiałem się, że jeszcze trwa sezon amorficznych, literackich widm, ale jeden z nich pochylił się nade mną, poprawił mi poduszkę, poczułem rzemie
– Zaraz dostaniesz pół szklanki becherovki – głos, który słyszałem, był również niezbicie realny, nie miał też w sobie żadnych dwuznacznych tonacji, żadnej bandyckiej chrapliwości ani żadnej diabelskiej falsecikowatości, był to przyjemny niski głos budzącego zaufanie internisty. Realność tego prawie barytonu przynosiła ulgę niemal taką samą, jak zwiastowana przezeń obietnica. Tak jest, z pijackim uporem powtarzam raz jeszcze: realność całej sytuacji sprawiała mi ulgę, nadto byłem udręczony nieusta