Страница 35 из 38
Całe tony literatury nikczemnej u mnie były i nie wysłałem tego do Wisły, ani nie zanio- słem do „Tygodnika Powszechnego”, a na śmietnik, tak jest, na śmietnik wszystko w szale wywaliłem, a przecież były tam pisarsko przydatne roczniki „Nowych Dróg”, stylistycznie atrakcyjne pisma Józefa Stalina i edytorsko ponętne Podstawy ideologiczne PZPR pióra B. Bieruta i J. Cyrankiewicza. Ponieważ, jak mówię, kryterium pisarskiej przydatności udarem- nia jakąkolwiek selekcję, odrzucałem to kryterium, pozostawałem przy kryterium czytelni- czym, ergo ponieważ wiedziałem, że Andrzejewskiego może już w ogóle w życiu, a z całą pewnością w najbliższym czasie czytał nie będę, stałem nad stertą pism tego pisarza niemo i debatowałem w duchu, czy wysłać go do Wisły, czy zanieść do „Tygodnika Powszechnego”. I tak długo się wahałem, tak długo się namyślałem, tak długo wszystkie za i przeciw rozwa- żałem, że w końcu wszystkie książki Jerzego Andrzejewskiego łącznie z Popiołem i diamen- tem zostawiłem na półce. Andrzejewski zostaje. A to jest jeden tylko przykład, jeden pobież- nie opowiedziany przypadek, jedna z setek paradoksalnych przygód, jakie w tych dniach przy układaniu książek przeżyłem.
A co powiedzieć o literaturze powszechnej? O klasykach filozofii? (Schopenhauer zostaje? Arystoteles do Wisły? Kant do „Tygodnika Powszechnego”? a może na odwrót?). O eseisty- ce? O krytyce literackie)? Co z książkami o szachach? Co z tomami rosyjskich klasyków w oryginale? (Czechów zostaje? Gogol do Wisły? Gonczarow do „Tygodnika Powszechnego”? a może na odwrót?) Jeśli idzie o literaturę powszechną, to, rozwścieczony do granic, docisną- łem pedał selekcji do dechy i szczerze powiem, mało co mi zostało. Chyba trochę przesadziłem, bo teraz półka z literaturą zagraniczną wygląda jak biblioteczka ambitnego maturzysty, co interesuje się literaturą. Jest Dostojewski, Faulkner, Kafka, Nabokov, Ma
(Kafka zostaje, Roth do Wisły, Heller do „Tygodnika Powszechnego”, Flaubert zostaje, Stendhal do Wisły, Bernanos do „Tygodnika Powszechnego”), tak to właśnie i jeszcze radykalniej szło i myślę, że pewnie faktycznie z jednej strony przesadziłem w eliminacji, ale z drugiej strony nazbyt byłem w eliminacji powściągliwy, bo przecież dałoby się tu jeszcze to i owo wyczyścić.
Weźmy choćby tego całego Kafkę. Kafka zostaje i bardzo dobrze, ale kiedy teraz wzro- kiem roznamiętnionym selekcją po Kafce wodzę, to widzę, że chyba Kafki za dużo zostało, że mogłem zostawić tylko Przemianę i Listy do Felicji, Proces i Zamek do Wisły, a miniatury i zwłaszcza rozmowy z Janouchem do „Tygodnika Powszechnego”. Z Marquezem tak samo: Miłość w czasach zarazy zostaje, Sto lat samotności do Wisły, a Generał w labiryncie do Ty- godnika Powszechnego”. I Ma
Żółtodziobe serce
Staliśmy nad otwartą trumną Biskupa i śpiewaliśmy najpiękniejsze pieśni pogrzebowe. Wpierw śpiewaliśmy Pan zawołał sługę swego w kancjonale Heczki numer 747, potem śpie- waliśmy numer 777 Dziś jeszcze żyję, lecz jutro może lub przed wieczorem śmierć przyjdzie, Boże, potem numer 789 Pobożnych dusze żyją, u Boga wieczny dzień, grobowce tylko kryją żywota ziemski cień, potem numer 783 już się wykonało, serce przecierpiało, potem jeszcze numer 770 Wiemć ja, że w niebie jest miejsce krasne, a na samym końcu, przed modlitwą i przed przyłożeniem wieka, zaśpiewaliśmy porywającą i rozdzierającą niczym ukraińska dum- ka pieśń numer 825 Jam stęskniony, jam stęskniony.
Uwielbiałem ten pogrzebowy przebój i śpiewałem z całej duszy, gdy przychodziła czwarta, pełna hermetycznej poezji zwrotka, dreszcz przenikał moje żółtodziobe serce. Miałem dwa- dzieścia cztery lata, kończyłem studia, pisałem pracę magisterską o estetycznych koncepcjach
„Sztuki i Narodu”, wszystko było przede mną i wszystko wiedziałem. Przyglądałem się światu z pełną politowania wyższością, mózg mój spowijała całkowita ciemność. Mówiąc po ludzku, byłem wtedy kompletnym debilem i chyba tylko dzięki nieubłaganym procesom bio- logicznym, co we mnie, jak we wszystkich, zachodziły, pamiętam słowa i obrazy. Moje zmy- sły, moje trzewia, moja wiecznie złakniona świata skóra, niespokojne nerwy były przy ołta- rzu, przy płonących gromnicach, przy otwartej trumnie Biskupa Wantuły.
Moja głowa była wtedy gdzie indziej, bo w młodzieńczej pysze sądziłem, że gdzie indziej jest istota rzeczy, gdzie indziej prawdziwe życie, gdzie indziej prawdziwa sztuka. Gdzie mia- nowicie, tego jeszcze ściśle nie wiedziałem, gdzieś na bardzo wysokich parcelach, na wysu- blimowanych terytoriach, z całą pewnością nie tu, pomiędzy farą, domem a gospodą, nie w starym kancjonale Heczki, nie w pochopnych spojrzeniach przedwcześnie rozbudzonych kon- firmantek. A przecież bezwiednie wykute na blachę na szkółce niedzielnej słowa starych ewangelickich pieśni miały mnie ocalić, a przecież pomiędzy farą, domem a gospodą „Piast”
(później „Ogrodowa”) miały się dokonać żywoty, rozegrać dramaty, a przecież nigdy nie spełnione łaknienie dotyku luterskiej skóry powściągliwych wpółwyznawczyń miało mnie uwznioślić, a przecież domowy kult Biskupa Andrzeja Wantuły miał mi dać warowne opar- cie.
Nawet gdybym chciał w tym miejscu powściągać nieokiełznaną skło
Kult Wantuły był w naszym domu absolutny, nieumiarkowany i posłusznie podlegali mu wszyscy. Moi krewni i moi przodkowie byli nieomylni, żyli w doskonałości i sprawowali absolutną wszechwładzę nad światem, i sam fakt istnienia kogoś, kogo ta zgraja pyszałków była skło
Jakiemuż niewiarygodnemu przeistoczeniu ulegał w obecności Biskupa mój patriarchalny ojciec, jak zmieniała się moja wszechmogąca babka, a o mojej toksycznej matce niezręcznie opowiadać nawet, matka kochała się w Biskupie bezwstydną miłością nastolatki. Jemu zresz- tą, jak się zdaje, sprzyjała ta adoracja, na szczęście miał on też pewną cechę, która w przy- padku wybitnych i niekonwencjonalnych księży nie zawsze jest oczywista, Wantuła miano- wicie wierzył w Pana Boga i co za tym idzie, pilnie przestrzegał wszystkich dziesięciu przy- kazań. Na religijności Biskupa opieram przeświadczenie, że do niczego nie doszło, do matki pod tym względem nie można, niestety, mieć żadnego zaufania. Kult wyklucza wszelką po- ufałość (z wyjątkiem poufałości miłosnej), toteż jak ksiądz Wantuła został biskupem wszyscy nawet w myślach przyjęliśmy to jego nowe miano. Jeden dziadek Czyż nie wypadał z formy i twardo mówił do Biskupa: Andrzeju, ale powiedzmy, że był to potwierdzający regułę wyją- tek. Samo słowo biskup tak się w języku domowym zabsolutyzowało, tak zrosło z Wantułą, stało się nie tyle synonimem jego osoby, co stało się jego osobą po prostu, że do dzisiaj wszelkie i