Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 29 из 38

Staliśmy na placu Kossaka, jak diabelski młyn obracały się nasze worki na pantofle, ugi- naliśmy się pod ciężarem mądrości, ale historiozoficzno – odzieżowa refleksja, że pierwsze minispódnice, na które patrzymy, uczynione są z przedwoje

„Mężczyźni mojego pokolenia – powiada Bellow w Darze Humboldta – nigdy nie zdo- łali się przyzwyczaić do siły, długości i piękna kobiecych nóg, dawniej całkowicie zakry- tych”. Mężczyźni mojego pokolenia zapewne przyzwyczaili się do siły, długości i piękna nóg kobiecych na krótko dawniej zakrytych i potem odkrytych permanentnie. Ja w każdym razie przyzwyczaiłem się całkiem bezboleśnie. Nie mogę wszakże odzwyczaić się od myśli, iż pierwsza odkrywająca kobiece nogi minispódniczka, jaką ujrzałem w życiu, uszyta była z przedwrześniowych tkanin. Jest to myśl nieobsesyjna (obsesyjnie myślę o czym i

„Pokój temu domowi”

Jaskra wyżerała oczy, niebezpiecznie wzrastało ciśnienie wewnątrzgałkowe, malało pole widzenia, cukrzyca trawiła silne ciało Pana Naczelnika, skaleczenia nie chciały się goić, ma- lała krzepliwość, naczynia kruszały, przyszła miażdżyca, po wylewie był na pół sparaliżowa- ny, zdawało się, że to już koniec, ale doszedł do siebie, wrócił do sprawności, choć była to sprawność człowieka zanurzonego w gęstych ciemnościach, na długo przed wylewem był już całkowicie niewidomy.

Ośrodek zdrowia w Wiśle, prywatny gabinet w Ustroniu, szpital na Zawodziu, szpital w Cieszynie, szpital w Krakowie, niewiarygodne ilości insuliny, tona rozmaitych pastylek, cy- sterna kropel do oczu, operacja, zastrzyki i to co najgorsze – dieta.

Dziadek Czyż był człowiekiem dobrym, chyba w ogóle nie pamiętam jego gniewu, był człowiekiem wielkiego serca i z pogodą ducha znosił przeciwności losu. Ściśle, jak jest to w Piśmie powiedziane, czynił dobro i zło dobrem zwyciężał. Kiedy bez mała wszystkie jego pomysły na poprawę życia brały w łeb, kiedy wszystkie jego fantazyjne przedsięwzięcia koń- czyły się fiaskiem, zachowywał spokój i pogodę ducha. Kiedy jako uczeń cieszyńskiego gim- nazjum zakochał się bez pamięci w Marysi Chmielównie, co chodziła do sióstr boromeuszek na kurs kroju, szycia, gotowania, wytrwale znosił miłosne udręki.

W gimnazjum polskiego uczył dziadka Przyboś, uczniów było bez mała trzydziestu, sami prawie mężczyźni, dwie tylko gimnazjalistki do tej samej klasy co dziadek chodziły: A

Była ciemna sala oddziału matematyczno – przyrodniczego, koledzy gimnazjaliści zerkali w stronę przystojnej koleżanki, włożyła dziś bluzkę w niepokojącym kolorze szałwi, bardzo w niej powabnie koleżanka wyglądała, za parę tygodni pod jej stopami miała otworzyć się otchłań, pod ich stopami zresztą też powoli i

Dziadek się kocha w Marysi Chmielównie i nawet mu do głowy nie przychodzi, że można by dla niej wiersz napisać albo jakiś już napisany przez kogo i

Zwyciężyła miłość, a także zwyciężyła dobroć. Bo przecież jak człowiek bierze sobie o dwa lata starszą wdowę z dzieckiem, jak przy okazji bierze na kark zadłużoną – jak się oka- zuje – masarnię, nie tylko spełnia się w miłości, spełnia też dobry uczynek. Dobrocią dziadek osiągał albo tracił wszystko. Dobrocią, powiedzmy dokładniej, cierpliwą dobrotliwością pró- bował się nawet komunie przeciwstawić. Kiedy w latach sześćdziesiątych któryś z towarzy- szy w powiecie, wykrzesawszy z siebie resztki rewolucyjnej czujności, zauważył, iż piastują- cy kluczowe stanowisko naczelnika UPT Wisła – Uzdrowisko obywatel Czyż Jerzy nie jest towarzyszem, wśród towarzyszy nastąpiło znaczne ożywienie, ruszyła ofensywa ideologiczna, zaczęły się obracać niewidzialne tryby, jęły się mnożyć fałszywe ataki, nicość pracowała. Dziadek podjął walkę, pisał podania, pisma wyjaśniające, cierpliwie odpierał wyimaginowane zarzuty, obalał księżycowe zastrzeżenia, wygrywał jedna za drugą topornie inscenizowane rozprawy dyscyplinarne i choć odparł atak i w sumie wygrał, to w ogóle przegrał, bo przecież w dwie różne gry obie strony grały. Towarzysze wszak wiedzieli, że nie o fałszywe oskarże- nia idzie, a o brak jednoznacznego poparcia ideologicznego, a przez to o nieposłuszeństwo ideologiczne, czyli o prawdziwy i poważny zarzut idzie. Klasyczny tu działał zestaw dialek- tycznych mechanizmów systemowych, w i

Krótko i obrazowo mówiąc, naczelnik Czyż to był taki człowiek, że jak, dajmy na to, pod- chodził do niego budzący mieszane uczucia kloszard i prosił o wsparcie, otrzymywał wspar- cie i dobre słowo do tego. Na Śląsku Cieszyńskim kloszardzi to zawsze była rzadkość, nawet teraz, w epoce wielkich wędrówek kloszardów, prawie ich tu nie ma, jeśli wszakże za Gierka albo za Gomułki znalazł się jakiś prekursor bezrobocia i jeśli stał on w pieniężnej potrzebie, dajmy na to, na dworcu autobusowym w Cieszynie, i jeśli wahał się, kogo wybrać i do kogo podejść, to niechybnie po namyśle i w wyniku intuicyjnego podszeptu wybierał czekającego na autobus do Wisły naczelnika Czyża. I podchodził doń, i nieśmiało formułował prośbę, i dziadek wyciągał z portmonetki sły