Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 54 из 88

– Narzeczona – odparł z oficjalną, nienaturalną powagą.

Dziewczyna trochę się zdziwiła, ale na jej twarzy rozlał się rutynowy uśmiech. Spisała zamówienie i odeszła, a Ewa poczuła gwałtowny skurcz w żołądku. „Jakbym się czegoś wystraszyła”, pomyślała.

– Nie rób sobie takich żartów – powiedziała.

– Słuchaj, ja wiem, że to jest moje dziecko – oznajmił ściszonym głosem.

– Ale ja jeszcze nie wiem. Ono nie dało mi znaku – stwierdziła nieufnie.

– Wystarczy, że ja wiem. I ożenię się z tobą. Ono będzie miało ojca. Wszystko będzie tak, jak powi

Jadła w milczeniu, bez apetytu, choć jedzenie pachniało zachęcająco i było ładnie podane na wąskim, prostokątnym półmisku z granatowej porcelany.

„Ono, obudź się. Obudź się i powiedz coś. Daj znak. Zrobię tak, jak zechcesz, ale to wszystko idzie za łatwo”, myślała, dziobiąc widelcem w talerzu.

Starała się na niego nie patrzyć, ale i tak wciąż widziała te szeroko otwarte niebieskie oczy z bardzo długimi rzęsami („Jakie ciemne, jak wytuszowane lub po he

– Muszę zobaczyć trzeciego z was – oznajmiła z powagą.

– Oczywiście, to jasne. Artura złapiesz w Warszawie, akurat ma sesję, więc nie będzie problemu. A potem tu wrócisz.

– Najpierw wrócę do domu – powiedziała sztywno.

– Nie ma sprawy. Dam ci tysiąc, żebyś się swobodnie poruszała. Kupię ci bilet pierwszej klasy, nie chcę, żebyś wsiadała do byle przedziału. Pociągi nie są teraz bezpieczne – mówił z wyraźnym ożywieniem.

– Dobra – przytaknęła. „Nigdy nie jechałam pierwszą klasą. I nigdy nie byłam w Warszawie”, pomyślała. „I oddam mamie cały ten tysiąc. Ależ ona by się ucieszyła, gdyby słyszała naszą rozmowę! Dlaczego ja się nie cieszę?”

– Pójdziemy teraz do mnie do domu, przedstawię cię matce – stwierdził energicznie Andrzej. – Już jej o tobie mówiłem.

– Dlaczego? – spytała nieufnie. „Powinien udawać, że mnie nie ma”, pomyślała.

– Musiałem ją przecież przygotować, nie? – odparł pytaniem na pytanie i dodał nagląco: – Ewa, zrozum… Będzie ci ze mną dobrze. Niczego ci nie zabraknie. Wyniesiemy się z tego zadupia i wynajmiemy mieszkanie w Warszawie czy w Poznaniu, albo w i

Uregulował rachunek, zostawiając hojny napiwek uśmiechniętej kelnerce. Znowu ruszyli przez to niewielkie, ale ruchliwe miasto i już po paru minutach dotarli na spokojną ulicę, zabudowaną małymi, nowymi domkami. W niczym nie przypominały szarego pudła, w jakim Ewa mieszkała z rodzicami.

– To tam – powiedział Andrzej, wskazując na jeden z domów z czerwonym dachem.

– Bardzo ładny. „Ma taras i ogródek – zapatrzyła się w ten dom i nagle zaczęła niecierpliwie poganiać Ono. „Obudź się i zrób coś… Daj znak. Moglibyśmy tu zamieszkać. Siedziałabym na tym tarasie na leżaku i piła kawę, a ty byś się bawiło w ogródku. No, obudźże się

– Ten dom byśmy sprzedali, mamie kupili garsonierę, a sami urządzilibyśmy się gdzieś na swoim. I nie tu, ale w większym mieście – mówił Andrzej szybko, coraz szybciej, odbierając jej natychmiast słoneczną wizję kawy na tarasie. – i posłuchaj… Mamie możesz wszystko powiedzieć. Niczego nie musisz udawać.

– Co wszystko? – spytała zdziwiona.

– o tym… o gwałcie. Jak to z nami było.

Ono poruszyło się na moment i znowu znieruchomiało, a Ewa razem z nim.

– Dlaczego? – spytała ponownie.

– To w końcu moja matka. Powi

W jednym z okien poruszyła się biała firanka.

– Ktoś na nas patrzy – powiedziała Ewa.

– Mama – odparł Andrzej. – Mama zawsze wygląda zza firanki, gdy wracam do domu. Gdy nie wracam, też patrzy.

Nie chciała wchodzić do tego domu i stawać przed jego matką. Ale czuła, że musi.

Domofon przy furtce cicho zaterkotał i ruszyli ścieżką z różowej kostki. „Moja mama by taką chciała”, pomyślała, przypominając sobie, że do ich domu prowadzi szary kawałek wysłużonego betonu. Taras też wyłożono różową terakotą, a drzwi wejściowe były z jasnego drewna.

– Mamo, to Ewa – oznajmił Andrzej pustemu, przestro

To były drogie meble, nie musiała tego wiedzieć, wystarczyło im się przyjrzeć. „A łazienka i kuchnia pewnie całe w kafelkach”, pomyślała i zerknęła na wyfroterowane na błysk, drewniane schody, które kręcąc się spiralnie, wiodły na piętro.

– Mamo – powiedział Andrzej do jasnej ściany, na której wisiał witrażowy krzyż w czerwono-pomarańczowym kolorze ze srebrnymi, cynowymi żyłkami. – Mamo, nie będzie procesu ani policji, ani oskarżenia o gwałt, mówiłem ci już, że nie będzie. Po prostu się ożenię.

– Słuchaj, ja… – zaczęła szeptem Ewa, ale on położył palec na ustach, więc odruchowo zamilkła. Ściana z krzyżem też milczała.

– Mamo… – zawołał jeszcze raz Andrzej już z mniejszą energią i niepewnie. W pokoju zapadła cisza. „O takiej ciszy mówi się, że jest kamie

Nagle usłyszała za plecami czyjś drżący, melodyjny i cichy głos.

– Czy naprawdę nie mogłaś tego usunąć?

Aż podskoczyła, gdyż głosu nie poprzedziły odgłosy kroków, żaden szmer. „Nie chciałabym z nią mieszkać. Miałabym uczucie, że jest wszędzie i wszystko słyszy, że bezszelestnie pojawia się w każdym dowolnym miejscu”. Odwróciła się powoli i z namysłem, chcąc odwlec chwilę odpowiedzi. Ale już mówił Andrzej:

– Mamo, przecież ty jesteś przeciw aborcji. Założyłaś ten komitet i w ogóle…

– Tu chodzi o ciebie – powiedziała kobieta.

Była zaprzeczeniem Teresy. Drobna, szczupła, o wielkich oczach i wypukłych wargach („on ma je po niej”). „Żurnalowa”, powiedziałaby babcia Maria. Ewa jeszcze nigdy nie widziała kobiety ubranej w tak elegancką domową suknię.

– Mogłam usunąć. Rozmyśliłam się – odparła po chwili.

– I szantażujesz mojego syna – oznajmiła kobieta tym samym łagodnym głosem, choć słowa zabrzmiały brutalnie.

– Kiedy ja… – zaczęła Ewa, lecz Andrzej już mówił, pospiesznie, wpadając jej w słowo:

– Oczywiście, że musimy uniknąć rozgłosu, bo to by mi zaszkodziło, przecież wiesz. Ale to ja jestem winien. Byli świadkowie. Wszędzie bym przegrał, w każdym sądzie, może nawet by mnie skazali. Gdy się ożenię, nikt nie pomyśli o gwałcie, tylko o… o wpadce. Każdemu się zdarza. Weźmiemy cichy ślub i szybko wyjedziemy, żeby nie gadali. Gdybyśmy chcieli ustalać ojcostwo, jak proponowałaś, no to sama wiesz… Całe miasto będzie mówić tylko o tym.

– Chcę z nią porozmawiać – oznajmiła kobieta tym samym łagodnym głosem.

„Nie”, zamierzała powiedzieć Ewa, lecz Andrzej znowu odpowiedział za nią:

– Nie. Ona nie chce. Nie powi

Kobieta nagle oparła się jedną ręką o ścianę, a drugą dotknęła gwałtownie długiej, cienkiej szyi:

– Krople… – szepnęła. – Są w kuchni w kredensie albo w łazience w szafce. W tej na piętrze.

Andrzej odwrócił się gwałtownie i wybiegł z salonu. Ewa podeszła do kobiety.

– Proszę usiąść – powiedziała, nieporadnie podsuwając najbliższy fotel. Nogi fotela zgrzytnęły na jasnej, lśniącej posadzce.

Wąska dłoń kobiety powędrowała na ramię Ewy i zacisnęła się.

– Dam ci dwadzieścia tysięcy gotówką, od razu.

Albo będę posyłać co miesiąc po tysiąc, to ci wystarczy. Ludzie muszą dziś żyć za mniejsze pieniądze. Zrobimy umowę u notariusza, jeśli mi nie wierzysz. Ale go zostaw.

„Dwadzieścia tysięcy… Jezu… Albo po tysiąc… Tylko jak długo? Może do końca życia?”, myśli gorączkowo Ewa.