Страница 37 из 88
– Na Boże Narodzenie trzeba się więcej naharować. Pewnie myślicie, że to, co stoi na stole, to z nieba spadło. A tu człowiek nogi sobie uchodzi po sklepach, swoje wystoi przy kuchni i dlatego jest. W życiu nic nie ma za darmo. A okna umyć, a dywan wytrzepać, a podłogi wypastować…
– Musisz to robić w święta?
– Wszyscy to robią w święta.
– To ty rób po świętach.
– Znalazła się, mądrala… Jak wszyscy coś robią, to wszyscy i coś w tym musi być.
– Chodźmy po śniadaniu na spacer, już wiosna i słońce i w ogóle.
– Jaki spacer? Gdzie i po co? i zaraz będą Kiepscy.
– Ten baranek to nie wiadomo do czego podobny. Na pewno nie do baranka.
– Foka? Przypomina fokę, prawda?
– A gdzie ty widziałaś fokę? Na obrazku? Może żywa foka też przypomina baranka?
– A ty tobyś się odezwał. Chociaż od święta byś się odezwał.
– Powiedziałem: Alleluja.
– Tata powiedział: Alleluja. Naprawdę. Nie słyszałaś?
– Cud boski, bo powiedział: Alleluja.
– A co to znaczy „Alleluja”?
– …
– Pytam co znaczy „Alleluja”?
– …
– Jan, co znaczy „Alleluja”?
– Okrzyk radości, chwalcie Pana. Po hebrajsku.
– Po żydowsku?! To my w święta mówimy po żydowsku, no co ty!
– A w szkole mówili, że Żydzi ukrzyżowali Chrystusa.
– Kto tak mówił?
– Ksiądz.
– Złotko, nie tak, to skomplikowane. Chrystus też był Żydem…
– Przestań. Naopowiadasz jej głupot i znów będzie mieć kłopoty w szkole. Lepiej niech się nie wychyla. Niech mówi, jak i
– Tak, babcia Maria zawsze tak mówiła. Pamiętam.
– I co zrozumiałaś z jej mądrych słów? Gówno. Babcia zawsze mówiła, że w porządnej rodzinie najpierw jest ślub, a potem dziecko, a ty robisz wszystko na odwrót. I wstyd nam przynosisz.
– Nie na odwrót! Nie na odwrót, bo ślubu nie będzie! Żadnego ślubu nie będzie!
– Dlaczego nie będzie? Nie chcesz długiej sukni i białego welonu? a ja bym chciała być twoją druhną!
– Złotko… Złotko…
– Żeby wychodzić za mąż, trzeba mieć za kogo. Żucie, mlaskanie, szczękanie sztućców. Bezkształtny cukrowy baranek pośrodku stołu. Stół – z kawałkiem papieru wetkniętym pod jedną z nóg, żeby się nie kiwał – ustawiony tak, by z każdego miejsca widoczny był telewizor. Gałązki borowiny udające bukszpan. Jajka na twardo z siną obwódką wokół żółtka, nierówno zafarbowane w wywarze z cebuli. Chrzan tak ostry, że w oczach kręcą się łzy od samego zapachu. Najtańsza kiełbasa. Kupny sernik. Dobiegający z kuchni zapach gotowanej kapusty. Biały obrus poszarzały od wielokrotnego prania.
Teresa dostała go w prezencie ślubnym od teściowej.
– Jest bardzo stary – powiedziała teściowa z cichym westchnieniem.
– Widzę – odparła Teresa z pogardą i z lekkim niepokojem. Jeśli ich nie stać na kupienie nowego obrusu, to może są biedniejsi, niż sądziła?
– To oryginalny stary atłas i bardzo delikatny, piękny haft richelieu. A frędzelki są z prawdziwego jedwabiu. Ten kolor nazywa się ecru.
– Taaa… – powiedziała Teresa niepewnie.
– Nie pierz go przypadkiem w ciepłej wodzie, dawaj do czyszczenia i rób to od razu, po jednym użyciu, żeby nie zszarzał. Ale nie kładź go na stół przy byle jakiej okazji, tylko w święta.
– Yhm – przytaknęła Teresa. „Co ona z tym obrusem? Oszalała?”
– Ten obrus pamięta wszystkie rodzi
„Zwariowała”, myśli Teresa, patrząc na miękki kawałek jasnokremowej tkaniny. „Przecież to tylko obrus. Głupi obrus. W dodatku stary”.
– Gdy będzie wam źle, gdy poczujesz, że rodzi się w was obcość, kładź ten obrus na stole. Potem zwołaj całą rodzinę, zasiądźcie naprzeciw siebie i spójrzcie sobie w oczy. Weźcie się za ręce i trwajcie tak przez chwilę, a zobaczysz, że wróci dobry czas. Bo to jest magiczny obrus – zakończyła teściowa z tym ulotnym, niezrozumiałym uśmieszkiem, który tak bardzo denerwował Teresę, gdyż miała uczucie, że matka Jana z niej kpi.
Już w czasie pierwszych świąt obrus został zaplamiony czerwonym barszczem, tłuszczem z ryb i kompotem z suszonych śliwek.
„Nie będę go przecież nosić do pralni i jeszcze płacić”, pomyślała Teresa i wrzuciła go do pralki z i
Obrus po wysuszeniu dziwnie się skurczył, a tajemniczy kolor „ecru”, jak nazwała go matka Jana, zamienił się w zwykły bladożółty, potem w biały, a przy następnym praniu zaczął szarzeć. Miękkie frędzelki splątały się, zesztywniały jak postronki i pewnego dnia Teresa obcięła je nożyczkami. Haft richelieu zaczął wysnuwać pojedyncze nitki, które wciąż zaczepiały się o czyjeś palce i Teresa wyszarpywała je każdorazowo przy prasowaniu, nienawidząc tej czy
– Ewa, sprzątaj ze stołu. Obrus wrzuć do pralki, bo znowu jest uświniony. Złotko, zasłoniłaś cały ekran, przesuń się. Jan, gdzie się wleczesz? Chociaż w święta posiedziałbyś z rodziną i pooglądał telewizor jak normalni ludzie.
Prezenterka w telewizorze ma odświętną bluzkę, a obok niej stoi wielki dzban pełen kunsztownie ułożonych kwiatów. Kwiaty są kolorowe, mają budzić skojarzenie ze świętami, wiosną, radością, a bluzka prezenterki jest wyszukana, a zarazem prosta, tą kosztowną prostotą wielkich salonów mody. Teresa o tym nie wie, ale zazdrości prezenterce tej bluzki, stara
– Chciałabym mieć taką bluzkę – mówi. – Nigdy nie będę mieć takiej bluzki – dodaje i pogrąża się w lekturze kolorowego tygodnika.
Jan niezgrabnie wstaje i powoli zmierza w stronę schodów. Teresa, zapatrzona w pismo, już nie zwraca na niego uwagi, więc Jan przyspiesza w obawie, że ktoś go zatrzyma i każe zasiąść przed telewizorem.
– Gdzie jest długopis? – woła Teresa. – w tym domu nigdy nie ma długopisu, jakby tu żyli sami niepiśmie
„W miłości masz zwyczaj: a) uwodzić, b) podbijać, c) zdobywać dzień po dniu?”
– Kogo uwodzić? – mruczy gniewnie Teresa. – Kiedy to było… ale tak, uwodziłam i podbijałam i zdobywałam dzień po dniu, wszystko naraz, cholera, no to którą odpowiedź zakreślić?
– Co robisz, mamusiu? – pyta Złotko i nachyla się, chcąc zajrzeć do tygodnika, ale Teresa zakrywa go ręką: