Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 88

– Gówno – oznajmia nagle Teresa. – Gówno chciałam.

I wychodzi, trzaskając drzwiami. Bach niemal od razu odzywa się głośniej, więc Teresa, chcąc go zagłuszyć, włącza na pełny regulator ostatnie wiadomości w TVP:

„…samolot Boeing z 356 osobami na pokładzie. Na razie nie udało się odnaleźć ani jednego ciała, a poszukiwania utrudniają fatalne warunki pogodowe i sztorm na Oceanie Spokojnym. Talibowie wprowadzili w Afganistanie doraźne sądy nad kobietami, które łamią prawo szarijatu. Przywrócono kary chłosty, kamienowania, obcinania członków. W Łodzi, w jednej z dzielnic na obrzeżach miasta, wybuchł samochód, należący do Grzegorza T. W samochodzie znaleziono zwęglone ciało. Prawdopodobnie w grę wchodzą porachunki mafijne”.

– Pieprzcie się – mówi Teresa i wyłącza telewizor.

Ono… Powiem ci coś… Będziesz nadal rosło sobie we mnie, ale nie dlatego, ze cię chcę, bo tak nie jest, przeciwnie, ja się nawet ciebie boje. I nie wiem, dlaczego cię nie wyskrobałam. Może dlatego, że jestem sama i nie mam do kogo mówić, najwyżej do ściany, a teraz będę miała coś własnego?

Może naprawdę zrobiło mi się żal, że nigdy byś nie zobaczyło, jakie to jest drzewo, kasztan, brzoza czy dąb i tylko ja bym je widziała, w maju lub w kwietniu. Może dlatego, że nagle usłyszałam mnóstwo dźwięków, na które wcześniej byłam głucha i zrobiło mi się żal, że ty ich nigdy nie usłyszysz? a może po prostu nie wiem, czego chcę, wiem tylko, że jeśli nie zmienię czegoś w swoim życiu, to będzie tak samo się toczyć przez wiele lat, w rytmie telewizyjnych programów, jak życie mojej mamy, która wciąż czeka, że coś się wydarzy. A ja tak nie chcę. Teraz, gdy jesteś, coś z tym muszę zrobić, choć nie wiem, co.

Aha, ale musisz wiedzieć coś ważnego: to nie stało się z miłości. Kocha się coś, co się zna, a ja nie mam o tobie sądnego pojęcia, jesteś dla mnie czymś obcym i przypadkowym. Nie umiem cię kochać i nawet nie wiem, czy będę umiała.

Marzec 2001. Wiosna

Na śniadanie bułki z dżemem. Chleb. I ser.

– Jeden facet procesuje się z „Milionerami” – mówi z ożywieniem matka. – Powiedział, że kajzerka ma cztery nacięcia, a oni mówią, że pięć.

– A ile ma? – pyta Złotko.

– Nieważne ile, ważne, że chodzi o sześćdziesiąt cztery tysiące złotych! – woła matka.

– Czy tata by wiedział, ile jest tych nacięć? – zaciekawia się Ewa.

– Głupia jesteś. Tata nawet nie wie, co je, to jak mógłby liczyć nacięcia na jakiejś bułce!

– No to czemu tak się upierasz, żeby zagrał w „Milionerach”? – pyta Ewa.

– Właśnie, dlaczego tata już nie gra w teleturniejach, skoro wszystkie kiedyś wygrywał? – dopytuje się Złotko.

– Nie wszystkie, tylko większość, a dzisiaj w telewizji chcą ładniejszych niż on. Wyobrażasz go sobie w telewizorze? Naprzeciw Huberta Urbańskiego z tym jego radosnym uśmiechem? – pyta Ewa.

Złotko chichocze.

– Mógłby zagrać. To jest forsa. A my nie mamy forsy ani nawet szansy, że ją zdobędziemy w jakikolwiek sposób – stwierdza gniewnie mama. – Gdyby dalej grał…

– A kajzerka? – wtrąca Złotko. – Sama mówisz, że tata nie wie, ile ma nacięć!

„Tata nie gra przez tę kajzerkę. On wie, że dziś w teleturnieju wszędzie wyskoczy jakaś kajzerka”, myśli Ewa. „Wszystkie jego książki, płyty, atlasy i mapy kosmosu, cała jego wiedza okazałaby się niczym, gdyby nagle go spytano, ile nacięć ma bułka. A on kocha to, co wie. I nie chce wystawić tego na pośmiewisko, nie chce, żeby publicznie potwierdziło się, że ta wiedza jest całkiem zbędna”.

– Złotko? – pyta matka. – a ty czytasz tego Harry Pottera?

– Nie – burczy Złotko.

– Ale teraz wszyscy go czytają. Może trzeba ci kupić, żebyś nie była gorsza od i

– Nie chcę – krzywi się Złotko. – Co mnie zmuszasz…

– Nie ma już Harry Pottera – oświadcza Ewa. – Rozpłynął się w coca-coli. Coca-cola kupiła sobie Harry Pottera i kupi wszystko, co będzie fajne, bo ma kupę kasy. A Tolkiena rozsmarowano na pizzy.

– Pieniądze, pieniądze… Zawsze te pieniądze – powtarza Teresa nienawistnie.

– Ja zbieram kapsle od coca-coli, ale dalej mam za mało – obwieszcza Złotko. – Wszyscy w klasie piją coca-colę na przerwie, a ja tylko czasami, bo mama mi nie daje kieszonkowego.

– Też nigdy nie miałam kieszonkowego – wzrusza ramionami Ewa.

Jest niedziela, godzina dziewiąta, więc mama po śniadaniu idzie prosto do telewizora, a Złotko drepcze za nią. Ewa dopiero przygotowuje sobie śniadanie, a tata wchodzi do kuchni i najwyraźniej chce coś powiedzieć. Ewa nie pomaga mu w przełamaniu milczenia Nie chce Robi sobie kanapkę – kruszący się chleb i najtańszy żółty ser. (W „swoim” sklepie sprzedaje niekiedy sery po osiemdziesiąt złotych za kilogram i zastanawia się, jakim cudem mogą tyle kosztować. I kto je kupuje? Ser to przecież tylko ser). A tata nadal drepcze po kuchni bez celu.

Klap, klap, klapu, klap, śpiewają kapcie taty na plastikowej wykładzinie kuche

– No i czego chcesz? – pyta Ewa ojca.

– Odwiedź babcię Irenę.

Ewa milczy. Tata robi transakcję za pięćset złotych, które jej dał. „A poszłabym i bez tego”, myśli. Ma ochotę na tę wizytę, ale trochę się boi. Babcia Irena zawsze opowiada dziwne rzeczy. I trudno ją polubić, bo Ewa ma w pamięci słowa babci Marii o „babci kapeluszowej”.

mała Ewa nie cierpiała babci Ireny. Babcia Irena, matka ojca, była „babcią kapeluszową”, w przeciwieństwie do nieżyjącej już „babci chustkowej”. Ewa pamięta niedziele, w czasie których obie rodziny spotykały się w kościele. Kapeluszowy dziadek i kapeluszowa babcia siedzieli zawsze z przodu, w pierwszej ławce i nikt nie wątpił, że im się ona należy. One zaś – babcia Maria, mama i mała Ewa – stały z tyłu. Tata trzymał się gdzieś pośrodku, jakby chciał swoją osobą połączyć te dwie obce sobie rodziny. Nigdy mu się to nie udawało i wyglądało tak, jakby tata przyszedł do kościoła sam.

W czasie Podniesienia mała Ewa nie opuszczała głowy, lecz wpatrywała się w kapeluszowych dziadków, gdyż wszyscy wówczas klękali i mogła wyraźnie ich zobaczyć. Dziadkowie przyklękali jakby inaczej niż wszyscy, nie tak nisko i trochę od niechcenia. Szarość ich ubrań nie była zwyczajna, lecz elegancka. Kapelusz babci Ireny był jedynym kapeluszem w całym kościele i rzucał się w oczy. Mała Ewa miała uczucie, że nawet w czasie Podniesienia wszyscy na niego zerkają, ponieważ buńczucznie wystawał sponad kornie pochylonych głów. Niby wciąż ten sam, szary, filcowy, ale za każdym razem i

Naturalna elegancja rodziców Jana gniewała babcię Marię („Niby w czym oni są lepsi? w tych kapeluszach?”), upokarzała mamę („Jak nam zabraknie, to dają pieniądze, ale z łaski!”) i onieśmielała małą Ewę. Potem temu onieśmieleniu zaczęła towarzyszyć niechęć, podsycana litanią słów babci Marii.

– Jaśniepaństwo, cholera… – mruczała babcia Maria. – Nie idź do nich, oni cię nie lubią.

– Czemu? – pytała mała Ewa.

– Bo nie lubią twojej mamy. Myślą, że złamała karierę ich synalkowi.

– A złamała?

Babcia Maria gniewnie zaciska usta i milczy. „Ich synalek” to tata. Babcia nie musi tego wyjaśniać. Mała Ewa wie. Nie wiedziała tylko, co to jest kariera. Wyobrażała sobie, że jest to płyta, okrągła i czarna, którą mama kiedyś połamała tacie w czasie kłótni, a potem podeptała nogami, krzycząc: „Masz swojego gównianego Bacha! Masz!” „To Mozart”, powiedział tata. Ale to nadal nie wyjaśniało, czym jest złamana kariera.