Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 20 из 88

– Nasze Mazury – mówi z radością. – a prawie o nich zapomniałam.

Znowu wpatruje się w tę niewielką, amatorską fotkę. „Tata się na niej śmieje. Więc kiedyś umiał się śmiać?”

– To tam szukaliśmy faunów – mówi tata i powoli, niepewnie się uśmiecha.

„Nadal umie. A gdy się uśmiecha, wydaje się większy, wyższy, młodszy”, myśli Ewa.

– Mazury… nasz stary, wiejski domek. Dlaczego babcia Irena go sprzedała? – pyta.

– Nie mieliśmy pieniędzy. A twoja babcia dokładała do budowy naszego domu, gdy nie udało mi się wygrać teleturnieju.

Ewa wciąż wpatruje się w malutkie zdjęcie.

– Przypominam sobie – mówi. – Chodziłeś ze mną po lesie. Płoszyliśmy łabędzie na jeziorze, bo chcieliśmy usłyszeć dźwięki, jakie wydają ich skrzydła w locie. Mówiłeś, że to jest muzyka. Pokazywałeś mi ćmy i nie pozwalałeś bać się nietoperzy i pająków.

– Są pożyteczne. I piękne – bąka ojciec.

– Bardzo lubiłeś tam jeździć. Ja też. Dla mnie Mazury to weranda z dzikim winem, na której się bawiłam, jezioro z łabędziami, ćmy i pająki. No i fauny. Fauny na łące. A dla ciebie?

– Frau Schnittke – mówi niezrozumiale tata.

– Że co? – pyta Ewa. – Co to jest to „frałsznit…” Jak powiedziałeś?

– Frau Schnittke, ale to nieważne – powtarza tata i dodaje: – Jezioro było codzie

rodzice Jana kupili starą chałupkę na Mazurach z myślą o synu i wnuczce i zaczęli szukać miejscowej „złotej rączki”, która mogłaby ją tanio wyremontować, o co w latach osiemdziesiątych nie było łatwo. W sklepach nie było kołków, gwoździ, śrub, wapna, a cement można było kupić dopiero po złożeniu podania w gminie. Żeby zbudować sławojkę (z oryginalnym serduszkiem w drzwiach – dlaczego akurat z serduszkiem, tego nikt nie wiedział), trzeba było przekupić pracownika tartaku, który pozwolił zajechać traktorem z przyczepą i nakładł do niej pospiesznie dwa kubiki wybrakowanych desek. Więc remont zrobili byle jak, byle najtaniej – i musiało wystarczyć.

Jednak ten dom, choć ponad stuletni i rozsypujący się, zbudowany nie z pustaków czy cegły, lecz z wielkich głazów spajanych gliną, nie odnawiany od lat, wciąż bronił się przed deszczem, śniegiem, mazurskim wichrem – i samotnością. Gdy Jan po raz pierwszy wszedł w jego niski próg, miał uczucie, że dom ucieszył się z jego obecności.

Trzeba było odnowić dwa zrujnowane pokoje i kuchnię, sień i stajnię – w której powstały później dwie kolejne letnie izby – a mimo to Jan z Teresą i malutką Ewą już spędzili tam wakacje. Rodzice Jana niechętnie – uważając, że dom jeszcze nie jest gotów do zamieszkania – jednak dali im klucze.

– …pod warunkiem, że uprzątniecie ogród – powiedzieli, patrząc nieufnie na Teresę, która ich zdaniem miała dwie lewe ręce do roboty, a ręce Jana trzeba było chronić, te wąskie, duże i długie dłonie pianisty, z palcami o rozstawieniu powyżej oktawy.

– Nigdy nie polubię tej rudery – mówiła Teresa, patrząc na opadające ze ścian tynki, na wyłażące z sufitu siatki z sitowia, na krzywą kamie

Dom z zewnątrz był jeszcze brzydszy niż w środku, dziwnie niski, długi, z zardzewiałym dachem, z rozpadającym się płotem. Ale Jan i mała Ewa widzieli tylko żywe, zmieniające się barwy jeziora, malwy, które kwitły w ogrodzie, nie dając się pożreć chwastom i słoneczne światło, które wpadając do środka, rozświetlało cieniutkie pajęczyny, zawieszone niemal w każdym kacie, tkane uparcie, wciąż od nowa przez niewidocznych lokatorów.

– Nienawidzę pająków – powtarzała ze wstrętem Teresa. – Gdyby twoi starzy pomyśleli, to daliby nam forsę na wakacje w Grecji, zamiast wyrzucać pieniądze na tę ruderę.

– Kiedyś ten dom, odnowiony i piękny, będzie dla Ewy – mówił Jan, a Teresa tylko prychała:

– Ewa będzie miastowa jak ja i nie zniesie wsi dłużej niż przez tydzień.

Jan, instruktor w ognisku muzycznym, miał dwa miesiące wakacji. Poza sezonem szkolnym dzieci nie chciały przychodzić na lekcje fortepianu, traktując to jako katorgę, porównywalną z lekcjami matematyki czy historii. Dom kultury zamierał w lecie i Jan miał mnóstwo czasu, by przygotować się do kolejnych teleturniejów.

– Tutaj jest świeże powietrze i lepiej będzie mi wszystko wchodzić do głowy – wymyślił argument, który mógł zatrzymać Teresę na tej mazurskiej wsi; Teresę bojącą się nie tylko pająków, ale i krów idących drogą, brzydzącą się żab, których chór rozlegał się donośnie co wieczór i ciem wpadających do pokoju, ledwie zaświecili gołą żarówkę przy nie zasłoniętych oknach. – Zabij to świństwo…! Zabij! – wrzeszczała wtedy. Jan czuł, że mała Ewa nie powi

To wtedy, w czasie tych pierwszych mazurskich wakacji – które później Teresa usiłowała skrócić do minimum lub zmusić Jana, by sprzedali dom – na Mazury zaczęli przyjeżdżać Niemcy.

– Przecie tu byli kiedyś Prusacy. Jeżdżą, bo chcą odebrać swoje – ostrzegł Jana miejscowy chłop, dodając w trzeciej, grzecznej osobie: – Niech nie puszczają Szwabów do środka, bo będzie nieszczęście. Cukierka niech wezmą, będzie dla dziecka, papierosy i marki też, paczki, jak dają, niech też biorą, ale od domu wara.

Pewnego dnia pod ich chałupką zatrzymał się elegancki, srebrny, zachodniej marki samochód. Pierwsza wysiadła z niego stara dama w jasnym, siwym trenczu i z włosami w takim samym kolorze, zza kierownicy wyskoczył młody chłopak, a z tyłu wygramoliła się zażywna kobieta w średnim wieku. („Babcia, córka i wnuk”, pomyślał Jan).

Teresa, ubrana w stary dres, wybierała z ziemi w ogrodzie kawałki gruzu, śmieci, szkła i wrzucała do wyszczerbionego wiadra. Jan w podartych dżinsach obłupywał łuszczące się warstwy tynku, aby odsłonić naturalny kamień, a mała Ewa, siedząc wprost na mokrej ziemi, budowała zamki z błota. Wszyscy troje odwrócili się i zapatrzyli w niespodziewanych gości.

Siwa dama obrzuciła ich spojrzeniem i szybkim gestem uniosła obie ręce w górę, jakby działając na komendę „Hande hoch”. Idąc prosto na nich, wciąż z tymi uniesionymi rękami, powtarzała donośnie, stanowczo i ostrzegawczo:

– Ich habe keine prezent… Ich habe keine prezent!

– Co ona mówi? – spytała Teresa.

– Mówi, że nie ma prezentu – odparł machinalnie Jan, rejestrując mimochodem, że kategorycznej deklaracji starej damy towarzyszy grzeczny, sympatyczny uśmiech zarówno jej, jak i córki oraz wnuka.

– Jakiego prezentu? – zaciekawiła się Teresa.

– Prezent? – mała Ewa powtórzyła dobrze znane sobie słowo, kojarzące się ze świętym Mikołajem, gwiazdką, czekoladopodobnymi cukierkami i szeleszczącym, błyszczącym papierkiem.

– Guten Morgen – powiedział odruchowo Jan i dorzucił: – Oni chyba myślą, że spodziewamy się od nich prezentu.

– A spodziewamy się? – spytała niepewnie Teresa.

– Nie. Nie spodziewamy się – odparł Jan z nieznaną sobie stanowczością w głosie.

– To czemu o nim mówią? – spytała znowu Teresa.

Stara Niemka zaczęła coś opowiadać, wskazując na dom. Słaba niemczyzna Jana wystarczyła, by pojąć, że ona, dziś osiemdziesięcioletnia emerytka, urodziła się tu i mieszkała przez piętnaście lat, zanim wyjechała w głąb Niemiec, by się kształcić.

– Chcesz cukierka? – indagowała siwa pani.

– Danke schön – odparł, patrząc na nią i zastanawiając się, co właściwie ma zrobić.