Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 63 из 85

– Wygramy? – Patrząc na niego w tym momencie, odnosiłem wrażenie, że zna przyszłość, która nas czeka.

Krew odpłynęła mu z twarzy.

– Nie wiem – szepnął. – Ale czuję, że antychryst i jego sługi zbierają się, by pchnąć nas w otchłań jeszcze straszliwszych cierpień… Nie będzie drugiej szansy zwycięstwa. Choć może… – Teraz w jego oczach pojawił się strach. – Może mi się uda. Jeśli będzie trzeba oddać życie za Rosję…

Odbił trzecią butelkę i pił chciwie, jak gdyby jedynie oszołomienie alkoholem pozwalało mu zapomnieć o tym, co zobaczył na ścieżkach ducha…

Powszechnie sądzi się, że praca agenta to pasmo niezwykłych przygód, bieganie z naganem w ręce, nocne obławy na socjalistów i strzelaniny w robotniczych dzielnicach. Tymczasem dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu pracy to nudna, żmudna obserwacja. Tak jak teraz. Leżenie godzinami na pasiastym sie

Jeszcze gorzej, gdy leżąc człowiek dręczy się myślami, jak postąpić. Tego dnia zaczynałem wachtę o ósmej wieczorem. Było dwanaście stopni mrozu, a z nieba walił gęsty śnieg. Na miejsce dotarłem na piechotę, nawet dorożkarze niechętnie pracowali w taką pogodę. Gdy przechodziłem koło stróżówki, wyskoczył z niej jak z procy Sokołow.

– Dobrze, że jesteś – powiedział.

– Coś się stało? – Zaniepokoiłem się nie na żarty.

– Ci durnie zgubili obiekt!

– Rasputin się im wymknął?

– Dokładnie. Poszedł pewnie w tango po knajpach, nasi przeczesują już miasto. Ale musisz pomóc.

– Może sam wróci albo, co bardziej prawdopodobne, odwiozą go? – Nie bardzo miałem ochotę zdzierać zelówki

– Niewykluczone. Ale lepiej, żebyśmy go znaleźli zanim napyta sobie jakiejś biedy. Albo zanim ktoś go zabije…

Rzucił na parapet plan miasta.

– Umiesz prowadzić samochód?

– Tak.

– Weźmiesz mojego forda i objedziesz ten kwartał. – Zakreślił ołówkiem obszar na mapie.

Znalazłem go w dziesiątej z kolei odwiedzonej restauracji. Siedział samotnie nad niedojedzoną faską pierogów i pił arak. Jego spojrzenie było nieco błędne, a na twarzy malowało się nieludzkie zmęczenie.

– Chodź, Grisza. – Położyłem mu dłoń na ramieniu. – Pora wracać do domu.

Nie byłem w tej chwili agentem tajnej policji, ale sąsiadem, który niepokoi się o przyjaciela. Kelner zjawił się jak spod ziemi.

– Życzą sobie panowie coś na drogę? – zapytał.

– Nie, nie trzeba. – Zdziwiła mnie jego uprzejmość. – Rachunek uregulowany?

– I jeszcze dał dwadzieścia rubli napiwku.

Aha. To dlatego był taki zadowolony. Szatniarz pomógł nam ubrać Griszę w wilczą szubę. Pijany w trakcie tej operacji doszedł do siebie i dał im kolejne napiwki – po dziesięć rubli. We dwóch z wysiłkiem wytaszczyliśmy Rasputina na zewnątrz.

– Nie szastaj tak pieniędzmi – powiedziałem, gdy szliśmy do zaparkowanego auta.

– Mnie już nie będą potrzebne – szepnął.

Znowu odpłynął. Z trudem wepchnąłem go do samochodu i usiadłem za kierownicą. Bałem się, że nie ruszę, ale silnik zapalił od razu. Grigorij oprzytomniał już trochę, choć cztery butelki wina nieźle go sponiewierały. Uderzył głową o szybę, ocknął się i rozejrzał po wnętrzu maszyny. Na jego twarzy odmalowało się na chwilę zwierzęce przerażenie i wściekłość, potem jednak poznał mnie.

– Jeszcze nie dzisiaj – mruknął.

Jechałem w stronę domu.

– Rosja umiera – powiedział.

Spojrzałem spod oka i przeżyłem wstrząs. Już nie był pijany. W ciągu pięciu minut kompletnie wytrzeźwiał. Wnętrze wozu nadal wypełniał intensywny zapach gorzelni, ale Grisza patrzył spokojnie i przytomnie, w głosie nie było słychać żadnego śladu przepicia.

– Czujesz coś? – zapytałem.

– Królestwo antychrysta nadchodzi. Trzeszczą zawiasy bramy piekieł. Zbliża się czas szatana… Widzę ciemność. Cała przyszłość jest czarna. Umrą miliony ludzi.

– Już umierają miliony. – Wspomnienie mego przyjaciela nie zgasło.

– Idzie taki czas, że ludzie będą wspominać błoto okopów jak pobyt w raju… To jeszcze nie apokalipsa, to zaledwie próba generalna. – Uprzedził niezadane pytanie.

– Możemy to jakoś odwrócić?

Spojrzał na mnie z rozpaczą.

– Nie wiem – odparł bezradnie. – Może gdyby odpowiednia ofiara…

I nagle zaszła w nim zmiana. Już nie był syberyjskim pątnikiem, patrzył na mnie przerażony chłop, który nie wiedział, dokąd niesie go nurt wydarzeń, i który odczuwał jedynie grozę wywołaną przeczuciem nieuniknionej zagłady.

– Zabiją mnie. – Trząsł się ze strachu. – Zamordują.

Wydobył zza pazuchy piersiówkę i pił chciwie anyżówkę, aż na jego twarzy ponownie odmalowała się ulga.

– Gdyby chcieli to zrobić, uderzyliby właśnie teraz – powiedziałem. – Gdy jesteśmy sami.

Otrząsnął się. Zakręcił butelkę.

– Duch ochoczy, ale ciało słabe – wymamrotał. – Teraz? Teraz… – Popatrzył w ciemne ulice. Acetylenowe światła samochodu przecinały śnieżna zadymkę. – Nie, nie teraz. Stowarzyszenie Piotra I – parsknął. – Miałeś to zrobić, ale nie dostałeś jeszcze rozkazu.

Skąd wiedział? Czyżby jego siatka informatorów sięgała tak daleko?

– I nie wykonam, gdybym go dostał.

– Wiem. Może masz rację, a może nie? – Znowu przybrał wygląd świątobliwego starca. – Może krew niewi

Wzdrygnął się. Widziałem, jak walczy ze swoim strachem.

– Nie – szepnął. – Jestem wi

– Musisz na siebie uważać.

– Wiem, wiem. Książę Feliks coś knuje.

– Chce cię zabić.

– Nie on jeden. Ale to dobry człowiek. Tylko błądzi. Gdy pozna mnie lepiej, polubi. Dobro zwycięża zło…

Przyszedłem do pracy na ósmą. Zluzowałem agenta Asta.

– Obiekt u siebie – zameldował. – Dziś wieczorem chyba nikt się do niego nie wybiera. On też raczej nic nie planuje.

– Rozumiem. – Kiwnąłem głową.

– Zostawiłem ci dzisiejsze gazety, gdybyś się nudził. – Uśmiechnął się lekko.

– Dziękuję.

Poszedł. Zaparzyłem herbaty. Z dwojga złego lepsza nudna noc spędzona na posterunku, niż wałęsanie się po knajpach i pilnowanie, by podopiecznemu nie rozbito głowy w jakiejś burdzie… Kończyłem właśnie czytać najnowszy numer „Niwy”, gdy w przedpokoju rozległ się brzęczyk elektrycznego dzwonka alarmowego.

Porwałem rewolwer ze stojaka i wyskoczyłem na klatkę, w biegu dokręciłem tłumik. Coś stało się w stróżówce? Nie, to z mieszkania! Ktoś otworzył drzwi kuche

Kucharka Dunia stanęła w przejściu do jadalni. Mało jej nie zastrzeliłem.

– I czego się rozbija? – Spojrzała na mnie niechętnie. – Griszka poszedł.

– Gdzie, u diabła, poszedł?

– Ktoś zadzwonił, samochód podjechał i poszedł…

– Czy on zwariował!?

Dopadłem tylnego wyjścia i popędziłem po ciemnych, kamie

Leżałem, potłuczony, na lodowatej posadzce. Nie miałem władzy w nogach, dolna połowa ciała była jak martwa. Czułem śmiertelny chłód, sunący od stóp ku sercu. Przed oczyma robiło mi się coraz ciemniej i ciemniej…

Czy to nie głupie? Agent carskiej ochrany powinien umierać ze sztyletem w sercu, kulą w plecach, z szablą w dłoni, odpierając atak tłuszczy. No, pal diabli, od bomby jakiegoś anarchisty… Ale przecież nie tak. Co powiedzą kumple, gdy dowiedzą się, że spadłem ze schodów i skręciłem sobie kark?

Rasputin wysiadł z samochodu. Dziedziniec pałacu pokrywał suchy śnieg. Porywisty, lodowaty wiatr bez przerwy przesuwał jego zaspy. Okna budynku były ciemne. Książę Feliks powitał gościa w holu. Gdzieś w oddali grał patefon. Stłumione dźwięki muzyki przenikały na dół. Uściskali się, potem gospodarz zabrał ciężką, pokrytą szronem wilczą szubę gościa i odwiesił ją do garderoby.