Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 65

PRZYSPOSOBIENIE WOJSKOWE

Nie znosiłem bezwzględnej dyscypliny, która pozbawia człowieka własnej inicjatywy. Dyscypliny, która każe prężyć się przed i

Po raz drugi z bezwzględną dyscypliną zetknąłem się w fabryce. Przy przyjmowaniu do pracy automatycznie zostałem wciągnięty do przysposobienia wojskowego, do którego musieli należeć wszyscy pracownicy przedpoborowi. Był więc pierwszy i drugi stopień oraz tak zwana rezerwa, tak że do czasu rozpoczęcia służby wojskowej każdy z nas miał zagwarantowane zajęcie w sobotę, dwie godziny, i w czasie każdego urlopu, bo obowiązkowo wysyłano wszystkich na obóz.

Przez pięć lat pracy w fabryce nie wyszedłem z pierwszego stopnia.

Wiedziałem, że muszę należeć do przysposobienia aż do służby wojskowej, więc było mi obojętne, na którym jestem stopniu, a żeby „awansować”, należało przychodzić na każde ćwiczenia i wykazać się dobrymi wynikami. Migałem się więc od zbiórek, ćwiczeń i obozów, a jak byłem już na obozie, to tam też migałem się od wszelkich zajęć. Nie chciałem też chodzić w mundurze. Bo to niby wojsko, a właściwie zabawa w wojsko. Trzeba było salutować oficerom, a w ogóle wyglądało to bardzo dzieci

Jak wspominałem, wszyscy przedpoborowi pracownicy fabryki musieli spędzać urlop na obozach szkolenia wojskowego. Tak więc w zasadzie wszystkie urlopy były stracone. Czy naprawdę stracone? Nie. Mnie dały one bardzo dużo. Siedząc w Warszawie nigdy nie dowiedziałbym się tego, czemu miałem możność przyjrzeć się dokładnie na obozach. Przyjrzeć się i… wyciągnąć wnioski. Byłem na trzech obozach – z dwóch wymigałem się symulując nie istniejącą chorobę nadkwasoty żołądka.

Na pierwszy obóz jechałem chętnie. To był 1934 rok. Pracowałem dopiero dwa miesiące w fabryce, więc wszystko było dla mnie nowe i ciekawe. Dotychczas widziałem tylko wieś rodzi

– Jedziemy w okolicę Działdowa – zaczął. – Ludność miejscowa to przeważnie Niemcy, wrogo nastawieni do Polaków. Kto ma broń, nawet bez zezwolenia, niech ze sobą zabiera. Z obozu nie oddalać się pojedynczo, bo mogą uśmiercić, wrzucić w kartofle i nieprędko odszuka się trupa. Zdarzają się wypadki, że znikają żołnierze odbywający służbę na granicy. Za granicę nie poszedł, nie zdezerterował, nie umarł – i nie ma go.

Od stacji kolejowej szliśmy jeszcze z całym majdanem na plecach cztery kilometry, zanim – już po ciemku – dotarliśmy do obozu. Namioty były już ustawione. Były to hangary lotnicze. W jednym namiocie mieszkało sześćdziesięciu chłopaków. Sie

Komendant obozu, oficerowie i podoficerowie to pracownicy fabryki, którzy byli oficerami i podoficerami rezerwy. Zakładali mundury i bawili się w wojsko, ganiając nas bez przerwy. Każdy starał się wymyślić coś nowego, czym można by udręczyć biednych chłopaków na urlopie.

Następnego dnia rano pobudka, mycie w przepływającym w pobliżu strumieniu, śniadanie, karabiny na plecy i wymarsz na ćwiczenia. Śpiewając wojskowe piosenki, wyszliśmy na odległy o dwa kilometry od obozu ugór, tuż pod lasem. Uczono nas szermierki. „Raz pchnij – dwa razy pchnij! – raz pchnij – dwa razy pchnij!” – padał co chwila rozkaz, a my skakaliśmy, wystawiając przed siebie karabin.

– Przerwa, wolno palić! – padł rozkaz, gdy już dość długo ćwiczyliśmy i byliśmy porządnie zmęczeni. Wszyscy usiedli i zapalili papierosy, a ja z „rurą” pod pachą, idąc pomaleńku przed siebie, tak jakbym czegoś szukał, kombinowałem, jak urwać się do lasu. Wreszcie wpadłem na pomysł. Odpiąłem pas, który zawiesiłem sobie na szyi, i odpinając spodnie wszedłem do lasu. Żeby nie było poruty, gdyby ktoś jeszcze poszedł za mną, zrobiłem to, co należało zrobić stosownie do przygotowania, a jakże, postanowiłem jednak robić to dłużej niż normalnie. Gdy odgwizdano koniec przerwy, wtedy i ja przerwałem swoje zajęcie, położyłem się w krzakach na skraju lasu i obserwowałem, jak gonią chłopaków za „lenistwo” przy nauce szermierki. „Biegiem marsz! Padnij! Powstań! Biegiem marsz! Padnij! Czołgaj się! Powstań!” – i tak w kółko bez przerwy. Poleżałem tak pół godziny, już odgwizdano drugą przerwę i nikt nie zainteresował się, dlaczego nie wyszedłem z lasu. Nikt po prostu już o mnie nie pamiętał. „No, to klawo – pomyślałem – możemy iść na spacer. Możemy, to znaczy ja i mój karabin. Ale co zrobić z karabinem?”

Postanowiłem spróbować dostać się do obozu i zamelinować karabin w namiocie. Warta pilnuje tylko, żeby nikt obcy nie wszedł do obozu, a nam wolno wchodzić i wychodzić. Więc wszystko powi

Okrążyłem obóz i wszedłem od strony swojego namiotu. Gdy zbliżyłem się do wartownika, zacząłem mocno kuleć.

– Co ci się stało? – zapytał, gdy już byłem przy nim.

– Nogę, cholera, starłem i wygnali mnie do obozu – odpowiedziałem i kulejąc poczłapałem dalej. Kryjąc wzdłuż nogi karabin wszedłem do swego namiotu.

W namiocie nie było nikogo, ale zauważyłem, że w stojakach stoi kilka karabinów, to znaczy, że nie wszyscy poszli na ćwiczenia. Olśniło mnie – więc można urywać się od ćwiczeń! Ci, co pozostali, pracowali przy kuchni i uporządkowaniu obozu. Mógłbym przyłączyć się do nich – ale po co? Dla pewności, żeby ktoś nie zapisał numerów pozostawionych w namiocie karabinów, swój schowałem pod sie

Poszedłem znów popatrzyć, jak ćwiczą. Przyglądałem się leżąc w lesie pod krzakiem. A gdy zakończono ćwiczenia i wszyscy wrócili do obozu na obiad, przyszedłem dziesięć minut po nich i spokojnie łaziłem, tak jak wielu i