Страница 60 из 90
Małgorzata, choć o piątym wymiarze nawet się nie zająknęła — mówił o nim tylko Korowiow — wysłuchawszy opowieści o przygodach kombinatora mieszkaniowego roześmiała się wesoło. Korowiow tymczasem ciągnął:
— Ale do rzeczy, do rzeczy, Małgorzato Nikołajewna. Jest pani bardzo mądrą kobietą i bez wątpienia domyśliła się już pani, kim jest nasz gospodarz?
Serce Małgorzaty załomotało, skinęła głową.
— No, więc tak, więc tak — mówił Korowiow. — Jesteśmy wrogami wszelkich niedomówień i tajemniczości. Raz do roku messer wydaje bal. Jest to wiose
Małgorzata słuchała starając się nie uronić ani słowa, uczuła chłód pod sercem, nadzieja szczęścia powodowała zawrót głowy.
— Utarła się tradycja — mówił dalej Korowiow — że gospodyni balu musi mieć na imię Małgorzata, to po pierwsze, a po drugie — powi
Korowiow uśmiechnął się znacząco, przegiął się w talii i Małgorzata znowu poczuła chłód pod sercem.
— Krótko mówiąc — zawołał Korowiow — żeby się mię rozwodzić: czy zgadza się pani przyjąć na siebie te obowiązki?
— Zgadzam się! — zdecydowanie odpowiedziała Małgorzata.
— To wszystko — powiedział Korowiow i wzniósłszy latarmką dodał: — Proszę za mną.
Poszli pomiędzy kolumny, wreszcie dotarli do jakiejś i
Drzwi otworzyły się. Pokój był to bardzo nieduży. Małgorzata zobaczyła szerokie dębowe łoże, na nim brudne, zmięte i skopane prześcieradła i poduszki. Przed łożem stał dębowy stół na rzeźbionych nogach, a na stole — kandelabr z gniazdami na świece w kształcie szponiastych ptasich łap. W siedmiu takich złotych szponach płonęło siedem grubych woskowych świec. Prócz kandelabra znajdowała się na stole wielka szachownica z figurkami nader misternej roboty. Na malutkim wytartym dywaniku stała niska ławeczka. Był tam jeszcze jeden stół, stał na nim jakiś złoty puchar i drugi kandelabr, którego ramiona zrobione były na kształt węży. W pokoju trwał zapach siarki i smoły. Na posadzce krzyżowały się cienie obu świeczników.
Wśród obecnych Małgorzata od razu poznała Asasella, teraz ubranego już we frak i stojącego w głowach łoża. Wystrojony Asasello nie przypominał już owego rozbójnika, jakim wydał się wtedy Małgorzacie w parku Aleksandrowskim, ukłonił się jej również z nieopisaną galanterią.
Naga wiedźma, ta sama Helia, która tak zgorszyła czcigodnego bufetowego Varietes, i ta sama, niestety, którą, na całe szczęście, kogut spłoszył owej nocy po osławionym seansie, siedziała na podłodze, na dywaniku przed łożem, i mieszała w garnku coś, z czego buchały pary siarki.
Oprócz nich znajdowało się jeszcze w pokoju olbrzymie czarne kocisko, które siedziało na wysokim taborecie przy stoliku szachowym i trzymało w prawej łapie szachowego konia.
Helia wstała i pokłoniła się Małgorzacie. Kocur zeskoczył z taboretu i uczynił to samo. Szurgając prawą zadnią łapą upuścił konia i poszukując go wlazł pod łoże.
Umierająca ze strachu Małgorzata w zdradliwych cieniach świec zaledwie zdołała to wszystko zauważyć. Jej uwagę przykuwało posłanie — siedział na nim ten, którego jeszcze tak niedawno biedny Iwan przekonywał na Patriarszych Prudach, że książę ciemności nie istnieje. Nieistniejący siedział na łożu.
Dwoje oczu wpiło się w twarz Małgorzaty. Prawe, ze złotą iskierką na dnie, prześwidrowywało każdego na wylot, lewe, puste i czarne, było jak wąskie ucho igielne, jak wylot bezde
Woland leżał wyciągnięty na pościeli, ubrany tylko w długą nocną koszulę, brudną i zacerowaną na lewym ramieniu. Jedną gołą nogę podkulił pod siebie, drugą wyciągnął i wsparł na ławeczce. Helia nacierała właśnie kolano tej ciemnej nogi jakąś dymiącą maścią.
Małgorzata dostrzegła jeszcze na nieowłosionej piersi Wolanda misternej roboty skarabeusza z ciemnego kamienia na złotym łańcuszku, żuk miał na grzbiecie jakieś hieroglify. Na masywnym postumencie obok Wolanda stał dziwny, jak gdyby żywy globus oświetlony z jednej strony promieniami słońca.
Przez kilka sekund trwało milczenie. “Ocenia mnie” — pomyślała Małgorzata i wysiłkiem woli spróbowała opanować drżenie kolan.
Woland uśmiechnął się wreszcie i przemówił, jego roziskrzone oko zabłysło przy tym.
— Witam cię, królowo, i proszę, byś mi wybaczyła mój domowy strój.
Głos Wolanda był tak niski, że przy niektórych sylabach przechodził w chrypienie.
Wołand podniósł z łoża długą szpadą, pochylił się, pogrzebał szpadą pod łóżkiem i powiedział:
— Wyłaź! Przerywamy partię. Mamy gościa.
— Ależ — niczym sufler lękliwie świsnął Małgorzacie nad uchem Korowiow.
— Ależ… — zaczęła Małgorzata.
— Messer — tchnął jej w ucho Korowiow.
— Ależ, messer — opanowawszy się, cicho, ale wyraźnie powiedziała Małgorzata, potem uśmiechnęła się i dodała: — bardzo proszę, niechże pan nie przerywa sobie partii. Jestem pewna, że każde pismo szachowe wiele by zapłaciło za to, by móc tę partię przedrukować.
Asasello cicho chrząknął z zadowoleniem, Woland zaś uważnie przyjrzał się Małgorzacie i przywołał ją skinieniem. Podeszła, nie wyczuwając bosymi stopami posadzki. Woland położył jej na ramieniu swoją ciężką, jak gdyby z kamienia wykutą, a zarazem gorącą jak płomień rękę, przyciągnął Małgorzatę ku sobie i posadził ją obok siebie na łożu.
— No, skoro jest pani tak ujmująco uprzejma — powiedział — czego się zresztą spodziewałem, to dajmy pokój ceremoniom — znów schylił się nad krawędź łóżka i krzyknął: — Długo jeszcze będzie trwał cyrk pod tym łóżkiem? Wyjdziesz ty stamtąd, Hansie przeklęty!
— Nie mogę znaleźć konia — przytłumionym, fałszywym głosem odezwał się spod łóżka kocur — pocwałował gdzieś, a zamiast niego skacze tu jakaś żaba.
— Czy nie wydaje ci się aby, że jesteś na jarmarku? — zapytał Woland udając zagniewanie. — Nie ma i nie było pod łóżkiem żadnej żaby! Zachowaj te tandetne sztuczki dla Varietes. Jeśli w tej chwili nie wyjdziesz, to będziemy uważali, że poddałeś partię, przeklęty dezerterze!
— Za nic, messer — wrzasnął kot i natychmiast wylazł spod łóżka z koniem w łapie.
— Pragnę polecić pani… — zaczął Woland, ale sam sobie przerwał: — Nie, nie mogę patrzyć na tego błazna. Proszę popatrzyć, co on z siebie zrobił pod tym łóżkiem!
Zakurzony, stojący na tylnych łapach kocur kłaniał się tymczasem Małgorzacie. Miał teraz pod szyją białą muszkę, a na piersiach dyndało mu na rzemyku oprawne w masę perłową damskie lorgnon. Poza tym pozłocił sobie wąsy.
— Co to ma znaczyć? — zawołał Woland. — Dlaczegoś sobie pozłocił wąsy? I po kiego diabła ci ta muszka, skoro nie masz nawet spodni?
— Spodnie nie dotyczą kota, messer — niezmiernie godnie odpowiedział kocur. — Może polecisz mi, messer, włożyć jeszcze buty? Koty w butach występują jedynie w bajkach, messer. Ale czy zdarzyło ci się kiedykolwiek widzieć na balu kogoś, kto by nie był w muszce? Nie chciałbym znaleźć się w ośmieszającej sytuacji ani ryzykować, że zostanę wyrzucony za drzwi. Każdy przystraja się, jak może. Weź pod uwagę, messer, że to, co powiedziałem, odnosi się także do lorgnon!