Страница 44 из 90
O dziesiątej rano złakniona biletów kolejka tak napęczniała, że wieść o niej dotarła do milicji i z zadziwiającą szybkością zostały przysłane patrole, zarówno piesze, jak ko
Wszystko to działo się na zewnątrz, wewnątrz zaś budynku Varietes również panował nieopisany rozgardiasz. Od wczesnego rana w gabinecie Lichodiejewa, w gabinecie Rimskiego, w księgowości, w kasie i w gabinecie Warionuchy rozdzwoniły się telefony i dzwoniły już bez ustanku. Najpierw Łastoczkin coś odpowiadał, odpowiadała także kasjerka, coś tam mamrotali do słuchawek bileterzy, a potem w ogóle wszyscy przestali podnosić słuchawki, doprawdy bowiem nie mieli co odpowiadać na pytania, gdzie jest Lichodiejew, Warionucha, Rimski. Próbowali z początku spławiać rozmówcę mówiąc: “Lichodiejew jest w domu”, ale wtedy po tamtej stronie słuchawki mówiono, że do domu już dzwonili i że w domu twierdzą; że Lichodiejew jest w Varietes.
Zadzwoniła wzburzona dama domagająca się rozmowy z Rimskim, poradzono jej, żeby zadzwoniła do jego żony, na co słuchawka odrzekła wśród szlochu, że ona właśnie jest żoną Rimskiego i że Rimskiego nigdzie nie ma. Działo się coś niepojętego. Sprzątaczka zdążyła już opowiedzieć wszystkim, że kiedy przyszła do gabinetu dyrektora finansowego, żeby posprzątać, zobaczyła drzwi otwarte na oścież, pałace się lampy, wybite szyby w oknie wychodzącym na ogród, na podłodze sponiewierany fotel, ale nikogo w gabinecie nie było.
O jedenastej wdarła się do Varietes madame Rimska. Szlochała i załamywała ręce. Główny księgowy zupełnie stracił głowę i nie wiedział, co ma jej poradzić. A o wpół do jedenastej zjawiła się milicja. Jej pierwsze pytanie, zupełnie zresztą słuszne, brzmiało:
— Co się tu u was dzieje, obywatele? O co chodzi?
Personel podał tyły, na placu pozostał blady, zdenerwowany Wasilij Stiepanowicz. Trzeba było wreszcie zacząć nazywać rzeczy po imieniu i przyznać, że administracja Varietes w osobach dyrektora, dyrektora finansowego i administratora zaginęła i nie wiadomo, gdzie się znajduje, że konferansjera po wczorajszym seansie odwieziono do szpitala psychiatrycznego i że, krótko mówiąc, ten wczorajszy spektakl był po prostu skandaliczny.
Uspokoiwszy, na ile się dało, szlochającą madame Rimską wyprawiono do domu i zainteresowano się przede wszystkim opowieścią sprzątaczki o tym, w jakim to stanie zastała ona gabinet dyrektora finansowego. Poproszono pracowników, aby zechcieli powrócić do swoich zajęć, a w budynku Varietes zjawiły się niebawem organa śledcze, którym towarzyszył jasnopopielaty, spiczastouchy, muskularny pies o zdumiewająco mądrych ślepiach. Pracownicy Varietes od razu zaczęli szeptać po kątach, że ten pies to niezrównany Askaro we własnej osobie. I tak też było. Poczynania psa wprawiły wszystkich w podziw. Askaro, skoro tylko wbiegł do gabinetu dyrektora finansowego, warknął, wyszczerzył potworne żółtawe kły, przywarował i, z jakimś smutkiem, a zarazem wściekłością w ślepiach, poczołgał się w kierunku rozbitego okna. Nagle, przezwyciężając strach, zerwał się, wskoczył na parapet i dziko, złowrogo zawył zadzierając ku górze swój spiczasty pysk. Nie dawał się spędzić z parapetu, warczał, wzdrygał się i usiłował wyskoczyć przez okno.
Wyprowadzono psa z gabinetu, zaprowadzono go do westybulu, stamtąd przez drzwi frontowe wybiegł na ulicą i przyprowadził idących za nim na postój taksówek. Na postoju zgubił ślad, którym dotąd szedł. W związku z czym Askara odwieziono.
Organa śledcze ulokowały się w gabinecie Warionuchy, tam też po kolei zaczęły wzywać tych wszystkich pracowników Varietes, którzy byli świadkami wczorajszych zajść na seansie. Trzeba tu dodać, że śledztwo na każdym kroku musiało przezwyciężać nieprzewidziane trudności. Nić co chwila rwała się w ręku.
Afisze na przykład… Były? Były. Ale w nocy zaklejono je nowymi i teraz nie ma ani jednego, choć się powieś! Skąd się wziął ten cały mag? A kto go tam wie. Zapewne jednak zawarto z nim jakąś umowę?
— Pewnie zawarto — odpowiadał przejęty główny księgowy.
— Wiec skoro ją zawarto, to musiała przejść przez księgowość?
— Bez wątpienia — odpowiadał zdenerwowany Wasilij Stiepanowicz.
— Więc gdzież ona jest?
— Nie ma — blednąc coraz bardziej i rozkładając ręce odpowiadał księgowy.
I rzeczywiście, ani w skoroszytach księgowości, ani u dyrektora finansowego, ani u Lichodiejewa, ani u Warionuchy nie było nawet śladu umowy.
Jak brzmi nazwisko tego maga? Łastoczkin nie wie, nie było go wczoraj na seansie. Bileterzy nie wiedzą, kasjerka z kasy biletowej marszczyła czoło, marszczyła, medytowała, wreszcie powiedziała:
— Wo… Zdaje się — Woland…
A może nie Woland? Może i nie Woland. Może Faland.
Stwierdzono, że w biurze turystyki zagranicznej o żadnym Wolandzie ani też Falandzie, magu, w ogóle nie słyszano.
Goniec Karpow zeznał, jakoby ten mag miał się zatrzymać u Lichodiejewa w domu. Oczywista, pojechano tam natychmiast, ale żadnego maga tam nie było. Nie było również Lichodiejewa. Nie byłe także służącej Gruni i nikt nie wiedział, gdzie się podziała. Nikanora Iwanowicza, przewodniczącego zarządu, nie ma. Proleżniewa też nie ma!
Słowem — jakaś historia nie z tej ziemi: zniknęło całe kierownictwo administracji teatru, wczoraj odbył się straszny, skandaliczny seans, a kto go przeprowadził i z czyjej inicjatywy — nie wiadomo.
Tymczasem zbliżało się południe, a o dwunastej powi
Księgowy Łastoczkin miał przed sobą dwa nie cierpiące zwłoki zadania. Po pierwsze — pojechać do Komisji Nadzoru Widowisk i Rozrywek Lżejszego Gatunku i złożyć raport o wczorajszych zajściach, a po drugie — wpaść do wydziału finansowo — widowiskowego, żeby wpłacić wczorajsze wpływy z kasy — dwadzieścia jeden tysięcy siedemset jedenaście rubli.
Pedantyczny i obowiązkowy Wasilij Stiepanowicz opakował pieniądze w gazetę, przewiązał paczkę szpagatem, włożył ją do teczki i, świetnie znając instrukcję, poszedł oczywiście nie do autobusu ani nie do tramwaju, tylko na postój taksówek.
Skoro tylko kierowcy trzech taksówek zobaczyli zmierzającego w kierunku postoju pasażera z wypchaną teczką, natychmiast pustymi taksówkami odjechali mu sprzed nosa, nie wiedzieć czemu oglądając się przy tym z wściekłością.
Zdumiony tym księgowy przez dłuższą chwilę stal w osłupieniu, nie mogąc dociec, co też by to miało znaczyć.
Po trzech minutach podjechała pusta taksówka, kierowca skrzywił się na widok pasażera.
— Wolny? — zapytał Łastoczkin odkaszlnąwszy ze zdumieniem.
— Pokaż pan pieniądze — nie patrząc na pasażera ze złością odpowiedział kierowca.
Coraz bardziej oszołomiony księgowy ścisnął pod pachą drogoce
— Nie pojadę! — krótko oświadczył kierowca.
— Przepraszam bardzo… — zaczął księgowy, ale kierowca przerwał mu:
— Trójek pan nie ma?
Zupełnie już zbity z tropu księgowy wyjął z portfela dwa trzyrublowe banknoty i pokazał je kierowcy.
— Wsiadaj pan! — krzyknął taksówkarz i tak trzepnął w chorągiewkę taksometru, że o mało jej nie złamał. — Jedziemy.
— Zabrakło panu drobnych? — nieśmiało zapytał księgowy.
— Drobnych pełna kieszeń! — zaryczał szofer i w lusterku ukazały się jego przekrwione oczy. — Już trzeci raz dziś mi się to zdarza. I