Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 50 из 66

32

–  Byłoby lepiej, żebym to ja go obił – rzekł Win.

– Byłoby tak samo – odparł Myron, nie zwalniając kroku.

Win wzruszył ramionami. Mieli godzinę. W sali konferencyjnej Chase’a Laytona pozostawili Wielką Cyndi, rzekomo w celu omówienia z nim nowego kontraktu w zawodowym wrestlingu. Kiedy tam weszła w kostiumie Wielkiej Szefowej na dwumetrowym, stuczterdziestokilogramowym ciele, adwokat ledwo na nią spojrzał. Ból po ciosach Myrona z pewnością już słabł. Layton wyglądał na poturbowanego, lecz nie doznał poważnego szwanku.

Esperanza zajęła pozycję w holu na dole. Myron i Win spotkali się z Zorrą dwa piętra niżej, na szóstym. Po rekonesansie Zorra uznała szóste za najspokojniejsze i najłatwiejsze do kontroli. Pomieszczenia biurowe na północnej ścianie były puste, jedyne wejście i wyjście po stronie zachodniej. Esperanza, Zorra i Win utrzymywali z sobą stały kontakt za pośrednictwem komórek. W ciągu dwudziestu minut od zajęcia przez Myrona i Wina stanowisk winda zatrzymała się na ich piętrze tylko dwa razy. Doskonale. W obu przypadkach udali zajętych rozmową, którzy czekają na windę jadącą w przeciwnym kierunku. Prawdziwi tajni komandosi.

Myron żywił ogromną nadzieję, że gdy przystąpią do dzieła, nie pojawi się nikt postro

– Znowu się zastanawiasz, czy cel uświęca środki? – zagadnął z uśmiechem Win.

– Nie zastanawiam się.

– Nie?

– Wiem, że nie uświęca.

– A jednak?

– Nie jestem w nastroju do analizowania własnych uczuć.

– Szkoda, bo jesteś w tym bardzo dobry.

– Dziękuję.

– Znam cię doskonale. Zachowasz to na później, kiedy znajdziesz więcej czasu. Zazgrzytasz zębami nad tym, co zrobiłeś, zawstydzisz się, dopadną cię wyrzuty sumienia i poczucie winy, lecz zarazem będziesz dziwnie dumny, że nie ja odwaliłem za ciebie brudną robotę. Na koniec sole

– A więc jestem hipokrytą – odparł Myron. – Zadowolony?

– Ja nie o tym.

– A o czym?

– Nie jesteś hipokrytą. Mierzysz bardzo wysoko. To, że twoje strzały nie zawsze sięgają celu, nie czyni z ciebie obłudnika.

– Z czego wniosek, że cele nie uświęcają środków. Najwyżej czasami.

Win rozłożył ręce.

– A widzisz? Zaoszczędziłem ci wielu godzin grzebania w duszy. Może powinienem rozważyć, czy nie napisać podręcznika w stylu „Jak najlepiej gospodarować własnym czasem”.

– Są – dobiegł przez komórkę głos Esperanzy.

Win przyłożył telefon do ucha.

– Ile osób? – spytał.

– Wchodzą trzy. Susan Lex. Granitowy gość, o którym tyle mówi Myron. I ochroniarz. Dwóch zostaje na zewnątrz.

– Zorra – powiedział Win do słuchawki. – Miej oko na tych dwóch dżentelmenów.

– A gdyby się ruszyli?

– To ich powstrzymaj.

– Z przyjemnością.

Zorra zachichotała. Win uśmiechnął się. Witamy w telefonie zaufania dla psycholi. Tylko 3,99 $ za minutę. Pierwsza rozmowa za friko.

Zaczekali. Minęły dwie minuty.

– Środkowa winda – poinformowała Esperanza. – Wsiedli wszyscy troje.

– Ktoś z nimi jedzie?

– Nie… zaraz. Cholera, wsiadają dwaj biznesmeni.

Myron zamknął oczy i zaklął.

– Zadanie dla ciebie – powiedział Win.

Myronowi strach ścisnął serce. Windą wjeżdżali niewi

– Tak? – spytał.

– Chwileczkę – odezwała się Esperanza. – Granitowy zagrodził im drogę. Chyba kazał im zaczekać na drugą windę.

– Ochrona tip-top – rzekł Win. – Dobrze, że nie mamy do czynienia z amatorami.

– W porządku. W środku tylko troje – poinformowała Esperanza.

Myronowi wyraźnie ulżyło.

– Winda się zamyka… już.

Myron nacisnął guzik „góra”. Win wyjął czterdziestkęczwórkę. Myron wyciągnął glocka. Straszny ciężar pistoletu, który trzymał przy udzie, pokrzepiał. Czekali. Myron nie spuszczał z oka korytarza. Nikogo. Liczył, że szczęście ich nie opuści. Puls mu przyśpieszył. Zaschło w ustach. Nagle zrobiło się cieplej.

Światełko nad środkową windą zadzwoniło. Win, znów w swoim żywiole, z miną bliską błogostanu poruszył brwiami i powiedział:

– Akcja!

Myron napiął mięśnie, lekko się pochylił. Szum windy ucichł i po chwili drzwi zaczęły się rozsuwać. Win nie czekał. Zanim otwarły się na szerokość stopy, już był w środku i wbijał rewolwer w ucho Granitowego. Myron zrobił to samo z drugim ochroniarzem.

– Kłopoty z miodem w uszach, Grover? – spytał Win głosem aktora z telewizyjnej reklamy. – Smith-wesson to załatwi!

Susan Lex już otwierała usta, ale uciszył ją przyłożeniem palca do warg i łagodnym „ciii”, a potem obszukał i rozbroił szefa jej ochrony. Myron zajął się drugim gorylem.

– Ależ proszę, bardzo proszę – zachęcił Win Grovera, odbijając jego ostre jak sztylet spojrzenie – niech pan zrobi gwałtowny ruch.

Granitowy ani drgnął.

Win cofnął się. Myron przytrzymał nogą zamykające się drzwi windy i wymierzył glocka w Susan Lex.

– Pani pójdzie ze mną – powiedział.

– A może przedtem mi oddasz? – zagadnął Grover.

Myron wpatrzył się w niego.

– Śmiało. – Grover rozłożył ręce. – Uderz mnie w brzuch. No dalej, walnij mnie z całej siły.

– Pardon moi – wtrącił Win. – Czy pańskie zaproszenie obejmuje moją osobę?

Grover spojrzał na niego jak na smakowitą tartinkę.

– Słyszałem, że jest pan niezły – odparł.

– „Niezły”. – Win przeniósł wzrok na Myrona. – Monsieur Grover słyszał, że jestem „niezły”.

– Win – ostrzegł Myron.

Cios kolanem w krocze był tak silny, że wbił Granitowemu jądra aż do żołądka. Ochroniarz złożył się bezgłośnie jak kiepska „ręka” w partii pokera.

– Zaraz, powiedział pan: „w brzuch”? – spytał Win, marszcząc brwi. – Muszę popracować nad celnością. Być może ma pan rację. Może istotnie jestem tylko „niezły”.

Win kopnął go w głowę podbiciem stopy. Klęczący z dłońmi wciśniętymi między nogi Grover przewrócił się jak kręgiel. Drugi ochroniarz uniósł pod spojrzeniem Wina ręce i prędko wycofał się do kąta.

– Przekaże pan kolegom, że jestem „niezły”? – spytał Win.

Ochroniarz skinął głową.

– Wystarczy – rzekł Myron.

– Melduj, Zorra – powiedział Win do komórki.

– Stoją jak słupy, przystojniaku.

– W takim razie wjedź na górę. Pomożesz sprzątnąć.

– Sprzątnąć?! Zorra leci, pędzi.

Win zaśmiał się.

– Wystarczy – powtórzył Myron. Nie dostał odpowiedzi, ale na nią nie liczył. – Idziemy.

Wziął pod rękę Susan Lex i wyciągnął ją na klatkę schodową. Zobaczył, że z dołu nadbiega w podskokach Zorra. W szpilkach! Musiał zostawić dwóch nieuzbrojonych ludzi na pastwę jego i Wina. Zgroza. Ale nie miał wyboru.

– Musi mi pani pomóc – zwrócił się do Susan Lex, mocno trzymając ją za łokieć.

Spojrzała na niego hardo, z dumnie uniesioną głową.

– Przyrzekam, że wszystko zostanie między nami – ciągnął. – Nie mam interesu w szkodzeniu pani i pani rodzinie. Ale zawiezie mnie pani do De

– A jeżeli odmówię?

Myron spojrzał na nią wymownie.

– Zrobi mi pan krzywdę? – spytała.

– Dopiero co pobiłem niewi

– Kobietę też pan pobije?

– Nie chciałbym być oskarżony o seksizm.

Choć nie zmieniła wyzywającej miny, to w przeciwieństwie do Chase’a Laytona wiedziała, na czym świat stoi.

– Zdaje pan sobie sprawę, jaką władzą dysponuję.

– Tak.

– A więc wie pan, co pana czeka po wszystkim?

– Nie dbam o to. Porwano trzynastoletniego chłopca.

Niemal się uśmiechnęła.

– A powiedział pan, że wymaga on przeszczepu szpiku kostnego.

– Nie mam czasu na tłumaczenia.

– Mój brat nie ma z tym nic wspólnego.

– Słyszę to od początku.

– Bo to prawda.

– Więc proszę o dowody.

W rysach Susan Lex zaszła zmiana, jej napięta twarz rozluźniła się i zagościł na niej dziwny spokój.

– Dobrze. Jedźmy – powiedziała.