Страница 44 из 66
Zabrał się do przeglądania zawartości pudeł. Znalazł pochodzący z 1986 roku album ze szkoły średniej i odszukał zdjęcie Meliny. Z podpisu wynikało, że chciałaby malować. Zerknął na obrazy na ścianie. Takie barwne, optymistyczne. Śmierć zawsze była podszyta ironią. A najbardziej śmierć w młodym wieku.
Ponownie skupił się na zdjęciu. Uśmiechnięta niepewnie i nieśmiało licealistka Melina patrzyła gdzieś w bok. Myron dobrze znał takie uśmiechy. Znamy je wszyscy. Zamknął album i podszedł do szaf. Ubrania były porządnie ułożone, na górnych półkach dużo swetrów, buty stojące karnie w szeregu jak mali żołnierze. Wrócił do pudeł i w pudełku po butach – pudełku z różnościami – znalazł zdjęcia. Potrząsnął głową i zaczął je przeglądać. Sandra przysiadła obok na podłodze.
– To jej matka – powiedziała.
Myron spojrzał na fotografię dwóch obejmujących się kobiet, matki i córki. Po nieśmiałym uśmiechu nie zostało śladu. Uśmiech Meliny w matczynych ramionach wzbijał się w niebo niczym śpiew aniołów. Wpatrując się w jej anielski uśmiech, wyobraził sobie, jak z niebiańskich ust kobiety wydobywa się krzyk strasznego bólu. Wrócił myślami do samotnego George’a Garstona w oświetlonym żółto gabinecie. I zrozumiał go.
Sprawdził godzinę. Musiał się pośpieszyć. Przerzucił zdjęcia ojca Meliny, jej brata, Sandry, pamiątki z wycieczek z rodziną, nic niezwykłego. Żadnych zdjęć Stana Gibbsa. Nic przydatnego.
W drugim pudełku znalazł kosmetyki i perfumy. W trzecim natknął się na pamiętnik, ale ostami wpis pochodził sprzed dwóch lat. Przerzucił kartki z uczuciem, że wchodzi z butami w jej prywatność. Był tam list miłosny od dawnego chłopaka Meliny. Kilka recept…
I kopie artykułów Stana.
Hm!
W notesie z adresami? Wszystkie artykuły? Nie było na nich żadnych adnotacji. Gołe wycinki spięte spinaczem. Czy to coś znaczyło? Sprawdził jeszcze raz. Nic prócz wycinków. Odłożył je na bok i wrócił do kartkowania notesu. Coś z niego wypadło. Kremowa, a może pożółkła, wydarta skądś kartka z postrzępionym brzegiem, raczej kartonik złożony na pół. Z wierzchu czysty. Rozłożył go. Na górze napisano odręcznie słowa: „Z wyrazami miłości, Tata”. Myron znów pomyślał o siedzącym sam jak palec w swoim gabinecie George’u Garstonie i zapiekła go skóra.
Przysiadł na kanapie, próbując wywołać niewidzialne. To, że siedział w opustoszałym pokoju, w którym wciąż unosił się słodki zapach zmarłej, i zachowywał jak obdarzona parapsychologicznymi zdolnościami malutka kobieta z filmów z serii Duch, mogło się wydać dziwne. Ofiary nie przemawiały do niego zza grobu, skądże, ale niekiedy wyobrażał sobie, co myślały i czuły. Bywało, że jakaś iskra zapalała płomień. Dlatego znów próbował.
Nadaremnie.
Jeszcze raz powędrował oczami po obrazach i znów zapiekło go pod skórą. Przesunął wzrokiem po jaskrawych kolorach, pozwalając, żeby go zaatakowały. Te barwy powi
Zamknął oczy, próbując zdusić gniew. Gniew nie pomagał. Mącił umysł. W przeszłości nieraz szedł za swoim wewnętrznym głosem – nazwanym przez Esperanzę kompleksem Batmana – ale wcielanie się w bohatera szukającego sprawiedliwości czy zemsty (na jedno wychodziło) było niemądre, niebezpieczne. Oglądałeś rzeczy, których nie chciałeś widzieć. Odkrywałeś prawdy, których nie powinieneś znać. Rzeczy i prawdy, które gryzły, znieczulały. Lepiej było ich unikać.
Ale gorąco w żyłach pozostało. Przestał z nim walczyć i pozwolił, żeby z wolna spowiło go całego, kojąc i rozluźniając mięśnie. Może nie było takie złe. Może złe rzeczy, które widział, i prawdy, które odkrył, mimo wszystko nie zmieniły go, nie znieczuliły.
Zamknął pudełka, po raz ostatni wpatrzył się w rozsłonecznioną wyspę Mykonos i złożył ciche ślubowanie.