Страница 14 из 66
8
Win się nudził, więc pojechał z Myronem na lotnisko po Terese. Pedał gazu wciskał z taką pasją, jakby był na niego zły. Jaguar śmigał. Myron, jak zwykle podczas jazdy w Winem, wolał nie patrzeć przed siebie.
– Zdaje się, że najlepiej będzie znaleźć na względnym odludziu, północy lub zachodzie Jersey, filię kliniki szpiku kostnego i włamać się tam w nocy z fachowcem od komputerów.
– To na nic – odparł Myron.
– Por que?
– Centrala w Waszyngtonie wyłącza sieć o szóstej po południu. Nawet gdybyśmy się włamali, nie uruchomilibyśmy głównego komputera.
– Hm!
– Nie martw się. Mam plan.
– Kiedy tak mówisz, twardnieją mi sutki – rzekł Win.
– Myślałem, że podnieca cię tylko to, co rzeczywiste.
– Twój plan nie jest rzeczywisty?
Zostawili samochód na krótkoterminowym parkingu na lotnisku Ke
– Stanę w kącie – oznajmił Win, gdy pojawili się pierwsi pasażerowie.
– Dlaczego?
– Żeby nie rzucić cienia na wasze powitanie. Zresztą będę miał stamtąd lepszy widok na kuperek pani Collins.
Cały Win.
Dwie minuty później Terese Collins zeszła – by użyć fachowego języka przewoźników – z pokładu, wystrojona „niedbale” w białą bluzkę i zielone spodnie. Kasztanowe włosy miała związane w koński ogon. Ludzie trącali się łokciami, szeptali i dyskretnie pokazywali ją sobie, obrzucając ukradkowymi spojrzeniami, które mówią: „Poznaję cię, ale nie myślę się łasić”.
Terese podeszła do Myrona i obdarzyła go uśmiechem, z repertuaru „A teraz przerwa na reklamy”. Nieznacznym, krótkim i przyjacielskim, lecz zarazem przypominającym telewidzom, że w swoim programie mówi o wojnach, epidemiach i tragediach, dlatego szeroki, zadowolony uśmiech byłby nie na miejscu. Uściskali się odrobinę za mocno i Myron znów poczuł przypływ znajomego smutku. Powtarzało się to za każdym razem, kiedy to robili – miał wrażenie, że coś się w nim od nowa kruszy. To samo wyczuwał u niej.
Podszedł Win.
– Witaj, Win – powiedziała.
– Witaj, Terese.
– Znów przyglądasz się mojej pupie.
– Owszem. Lecz wolę słowo „kuperek”.
– Nadal świetny?
– Pierwsza klasa.
– Ahm! – chrząknął Myron. – Zaczekajcie na klasyfikatora drobiu.
Win i Terese wymienili spojrzenia i wywrócili oczami.
Myron pomylił się. Emily nie była ulubienicą Wina. Była nią Terese, choć wyłącznie dlatego, że mieszkała bardzo daleko.
– Jesteś żałosnym, głodnym uczuć typem, który czuje się niespełniony bez stałej dziewczyny – rzekł mu kiedyś Win. – Najlepsza jest niezależna kobieta, która mieszka tysiąc mil od ciebie.
Zaczekali na bagaż, a Win poszedł po jaguara. Terese patrzyła, jak odchodzi.
– Ma tyłek lepszy od mojego? – spytał Myron.
– Nikt nie ma tyłka lepszego niż twój – odparła.
– Wiem. Tylko cię sprawdzałem.
– Ciekawy gość – powiedziała, wciąż patrząc na Wina.
– No pewnie.
– Na zewnątrz chłodny i zdystansowany. Ale w środku, w głębi duszy, zdystansowany i chłodny.
– Znasz się na ludziach, Terese.
Win podwiózł ich do Dakoty i wrócił do biura. Gdy znaleźli się w apartamencie, Terese mocno pocałowała Myrona. Zawsze jej się śpieszyło. Pożądała miłości. Było to miłe, oczywiście. A nawet wspaniałe. Ale spowite smutkiem. Smutkiem, który nie pierzchał nawet wtedy, kiedy się kochali, i tylko na jakiś czas unosił się i zawisał nad nimi jak powłoka z chmur.
Kilka miesięcy temu wzięli udział w imprezie charytatywnej, zaproszeni tam w najlepszej intencji przez znajomych. Przyciągnęły ich do siebie nieszczęścia, jakby byli jasnowidzami, którzy dostrzegli nawzajem swoje aury, niewidoczne dla i
Jego rany nareszcie zaczęły się goić. Nie odzyskał jeszcze pełni sił, nie wrócił do normalności. Wątpił, czy to w ogóle możliwe. Być może wcale tego nie pragnął. Wielkie łapy skręciły go jak ścierkę, a kiedy go wypuściły, nabrał przekonania, że jego z wolna rozkręcający się świat już nigdy nie odzyska pierwotnego kształtu.
Smutne i bolesne.
Jednak to, co spotkało Terese – co sprowadziło na nią smutek czy też wykręciło jej świat – nadal trzymało ją w swoich wielkich łapach.
Złożyła głowę na jego piersi i oplotła go rękami. Nie widział jej twarzy. Nigdy nie pokazywała mu twarzy, gdy skończyli.
– Chcesz o tym porozmawiać? – zagadnął.
Dotąd mu się nie zwierzyła. Rzadko ją o to pytał, bo dobrze wiedział, że łamie tym samym niewypowiedzianą, lecz kardynalną zasadę.
– Nie.
– Nie nalegam. Ale wiedz, że jeżeli się zdecydujesz, to cię wysłucham.
– Wiem.
Chciał coś dodać, ale nadal przebywała tam, gdzie słowa są zbędne lub kłują. Zamilkł więc i pogładził jej włosy.
– Nasz związek… jest dziwny – odezwała się.
– Chyba tak.
– Ktoś powiedział mi, że spotykasz się z Jessicą Culver, tą pisarką.
– Zerwaliśmy.
– Aha. – Terese nie poruszyła się, wciąż ściskając go odrobinę za mocno. – Mogę spytać kiedy?
– Miesiąc przed naszym poznaniem.
– Jak długo byliście razem?
– Z przerwami trzynaście lat.
– Rozumiem. I przy mnie dochodzisz do siebie?
– A ty przy mnie?
– Może.
– Odpowiem to samo.
Na krótko się zamyśliła.
– Ale to nie z powodu Jessiki Culver uciekłeś ze mną.
Przypomniał sobie cmentarz sąsiadujący z podwórzem szkoły.
– Nie, nie z jej powodu – odparł.
Terese wreszcie obróciła się twarzą do niego.
– Nie mamy szans – powiedziała. – Wiesz o tym, prawda?
Nie odpowiedział.
– To nic nadzwyczajnego – ciągnęła. – Wiele związków nie ma przyszłości. Ale ludzie pozostają w nich, bo sprawia im to przyjemność. Nam nie.
– Mów za siebie.
– Nie zrozum mnie źle, Myron. Jesteś świetnym kochankiem.
– Możesz to poświadczyć pod przysięgą na piśmie?
Uśmiechnęła się, ale niewesoło.
– Więc z czym mamy tu do czynienia?
– Szczerze?
– Najlepiej.
– Za dużo analizuję – odparł. – Taką już mam naturę. Poznaję kobietę i natychmiast wyobrażam sobie dom na przedmieściach, biały płot, dwa i pół statystycznego dziecka. Tym razem jednak nie robię tego. Czekam, co się stanie. Więc na twoje pytanie odpowiem: nie wiem z czym. I chyba nie dbam o to.
Opuściła głowę.
– Wiesz, że dużo przeszłam.
– Domyślam się.
– I że dźwigam brzemię cięższe niż i
– Każdy z nas dźwiga jakieś brzemię. Pytanie, czy twoje idzie w parze z moim.
– Kto to powiedział?
– To parafraza z libretta broadwayowskiego musicalu.
– Którego?
– Z Czynszu.
Zmarszczyła brwi.
– Nie lubię musicali.
– Wielka szkoda.
– Naprawdę?
– Tak.
– Jesteś wrażliwym kawalerem po trzydziestce, który lubi piosenki z musicali. Gdybyś się lepiej ubierał, wzięłabym cię za geja.
Pocałowała go szybko i mocno w usta. Jakiś czas leżeli przytuleni. Znów zapragnął spytać Terese, co ją spotkało, ale nie spytał. Przyjął, że kiedyś mu powie. Albo nie. Postanowił zmienić temat.
– Chcę, żebyś mi w czymś pomogła – powiedział.
Spojrzała na niego.
– Muszę się dostać do systemu komputerowego banku szpiku kostnego. Możesz mi w tym pomóc.
– Ja?
– Tak.
– Trafiłeś nie na tę technofobkę.
– Ja nie potrzebuję technofobki, tylko sły
– Rozumiem. Prosisz o tę przysługę po udanym stosunku?
– Taki miałem plan. Osłabić twoją wolę. Żebyś nie mogła odmówić.
– Diable wcielony!
– Żebyś wiedziała.
– A jeżeli odmówię?
Myron poruszył brwiami.
– Ulegniesz, bo znów użyję mojego muskularnego ciała i unikalnej techniki miłosnej.
– Uuu-legnę? – Przyciągnęła go do siebie. – To jedno słowo czy dwa?