Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 55 из 90

Z latarką w jednej ręce i z pistoletem w drugiej Riggs przekroczył ostrożnie próg. Był właściwie przekonany, że w środku nikogo nie ma, ale takie założenie mogło się skończyć niepożądaną podróżą do kostnicy z karteczką dyndającą przy dużym palcu u nogi. Z miejsca, w którym stał, widział prawie cały parter. Przesunął powoli promieniem latarki po pokoju. Zauważył wyłącznik światła na ścianie, ale ani myślał z niego korzystać. Była to jadalnia. Na zakurzonej podłodze odróżniał ślady świadczące, że jeszcze niedawno coś na niej stało. Przejechał po tych miejscach palcem i ruszył dalej. W kuchni uniósł słuchawkę telefonu. Nie było sygnału. Wrócił do jadalni.

Rozglądając się po pomieszczeniu, nie zauważył postaci w czerni stojącej za uchylonymi drzwiami ście

Jackson, widząc jak promień latarki zbliża się do jego kryjówki, zamknął oczy, żeby nie odbiło się w nich światło. Kiedy promień przesunął się dalej, otworzył z powrotem oczy i zacisnął dłoń na rękojeści noża. Usłyszał Riggsa, zanim ten zdążył postawić nogę na ganku. Wiedział, że nie jest to mężczyzna, który wynajął chatę. Tamten dawno się stąd wyniósł. Jackson przeszukał już dokładnie wnętrze. Ten człowiek również przybył tu na rekonesans. To pewnie ten Riggs – wywnioskował Jackson. Riggs interesował Jacksona prawie tak samo jak mężczyzna, którego przyszedł dzisiaj zabić. Przed dziesięciu laty Jackson przewidywał, że z LuA

Kiedy Riggs mijał w odległości kilku stóp jego kryjówkę, Jackson gotów był go zabić. Wystarczyłoby jedno cięcie ostrym jak brzytwa nożem po gardle. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Usuwając teraz Riggsa, nic by nie osiągnął. Rozluźnił chwyt na rękojeści noża. Ten facet pożyje jeszcze jeden dzień. Następne spotkanie, jeśli do takiego dojdzie, może się skończyć inaczej. Nie lubił, kiedy ktoś mieszał się do jego spraw. Na razie postanowił dokładniej sprawdzić przeszłość Riggsa.

Riggs wyszedł z chaty. Zrobiwszy parę kroków, przystanął i obejrzał się. Jakiś szósty zmysł podpowiadał mu, że przed chwilą niewiele brakowało, by spotkało go nieszczęście. Otrząsnął się z tego uczucia. Kierował się kiedyś instynktem, ale ten zdążył się już przytępić od czasu zmiany zajęcia. Zwyczajny opuszczony dom, i nic ponad to.

Jackson, obserwując przez okno odwrót intruza, zauważył wahanie Riggsa, i to jeszcze bardziej rozbudziło jego ciekawość. Będzie się musiał bliżej zainteresować tym człowiekiem, ale wszystko po kolei. Na razie miał coś pilniejszego do zrobienia. Podniósł z podłogi szafy torbę podobną do lekarskiej. Przeszedł z nią do jadalni, przykucnął i wypakował zawartość – profesjonalny zestaw daktyloskopijny. Zbliżył się do wyłącznika górnego światła i skierował na niego wiązkę ręcznego lasera, który wyjął z kieszeni kurtki. Laserowy promień ujawnił kilka niewidocznych gołym okiem odcisków palców. Szczoteczką z włókna szklanego naniósł na te miejsca czarny proszek, a następnie odkurzył dokładnie cały wyłącznik. Odciski nabrały wyrazistości. Tę samą procedurę zastosował wobec kuche

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY

– Lubię tego pana Riggsa, mamo.

– Przecież wcale go nie znasz.

LuA

– Mam w tych sprawach dobre wyczucie.

– Naprawdę? To może mi zdradzisz, co ci ono podpowiada.

– Kiedy on tu znowu przyjdzie?

LuA

– Liso, być może będziemy musiały wkrótce wyjechać.

Ta nagła zmiana tematu zbiła Lisę z tropu. Uśmiech spełzł jej z twarzy.

– Wyjechać?! Dokąd?!

– Trudno powiedzieć. To na razie nic pewnego. Naradzamy się jeszcze z wujkiem Charliem.

– Mnie też bierzecie pod uwagę w tych swoich naradach?

Obcy ton w głosie córki zmroził LuA

– O czym ty mówisz?

– Ile razy się przeprowadzaliśmy przez ostatnie sześć lat? Osiem? Tyle mniej więcej pamiętam. Nie wiadomo, ile było tych przeprowadzek wcześniej, kiedy byłam jeszcze malutka. To nie fair. – Na policzki Lisy wystąpił rumieniec, głos jej drżał.

LuA

– Słoneczko, ja nie powiedziałam, że to już postanowione. Powiedziałam tylko, że być może.

– Wszystko jedno. Jak nie teraz, to może za miesiąc oświadczysz: „Przeprowadzamy się”, i nie będzie dyskusji.

LuA

– Wiem, że ci z tym ciężko, dziecko.

– Nie jestem już dzieckiem, mamo. I naprawdę chciałabym się wreszcie dowiedzieć, przed czym uciekamy.

– Przed niczym nie uciekamy. Niby przed czym mielibyśmy uciekać?

– Miałam nadzieję, że ty mi to powiesz. Podoba mi się tutaj, nie chcę wyjeżdżać, i jeśli nie wyjaśnisz mi, dlaczego musimy to zrobić, nie wyjadę.

– Liso, masz dopiero dziesięć lat i pomimo całej swojej inteligencji i dojrzałości jesteś jeszcze dzieckiem. A więc twoje miejsce jest przy mnie.

Lisa odwróciła głowę.

– Ustanowiłaś dla mnie fundusz powierniczy?

– Tak, czemu pytasz?

– Bo kiedy skończę osiemnaście lat, kupię sobie własny dom i będę w nim mieszkała aż do śmierci. A ciebie nigdy do siebie nie zaproszę.

– Liso! – LuA

– Zobaczysz. I znajdę sobie przyjaciół, i będę robiła, co zechcę.

– Liso Mario Savage, zwiedziłaś cały świat. Widziałaś tyle, ile i

– Wiesz co?

– Co?

– Bez wahania zamieniłabym się z nimi teraz miejscami. – Lisa położyła się na łóżku i przykryła się aż po głowę kocem. – I chcę być teraz sama.

LuA

Wszystko się rozłaziło jak zetlały materiał. Czuła to. Wstała, wbiegła do łazienki i puściła natrysk. Rozebrała się szybko, weszła pod strugi parującej wody, oparła się o ścianę i zamknąwszy oczy, usiłowała sobie wmówić, że wszystko będzie dobrze, że Lisie do rana przejdzie, że znowu będzie kochającą córeczką. Nie była to ich pierwsza poważna scysja. Lisa nie tylko fizycznie przypominała matkę; odziedziczyła również po niej niezależność i upór. Po paru minutach LuA

Otwierając znowu oczy, myślała już o czymś i

Namydlała ciało gwałtownymi ruchami, rozładowując w ten sposób swoją frustrację. I brutalny nacisk własnych dłoni na skórę coś jej nagle uświadomił. Ostatnim mężczyzną, z którym spała, był Duane Harvey. Od tamtego czasu minęło już dziesięć lat. Kiedy przesuwała palcami po piersiach, przed oczyma stanęła jej znowu twarz Riggsa. Potrząsnęła gniewnie głową, zacisnęła mocno powieki i wsparła się czołem o ścianę kabiny natryskowej. Kafelki były mokre i ciepłe. Trwała w tej pozycji, chociaż przez głowę przemykały jej niebezpieczne skojarzenia. Ta wilgoć. To ciepło. To poczucie bezpieczeństwa. Myśląc wciąż o Matcie Riggsie, niemal nieświadomie zsunęła dłonie na talię, potem na pośladki. Oczy miała mocno zaciśnięte. Palce prawej dłoni prześlizgnęły się na brzuch. Oddychała coraz głośniej. Z ust wyrwał się cichy jęk. Wielka łza potoczyła się po policzku, ale zaraz zmyła ją woda. Dziesięć lat. Dziesięć – cholernych lat. Palce obu dłoni stykały się teraz, zachodziły na siebie jak tryby zegara. Powoli, metodycznie, niezawodnie. Tam i z powrotem… Wyprostowała się tak gwałtownie, że o mało nie uderzyła głową o natrysk.

– Boże, LuA

Wstała chwiejnie, wytarła się i wyszła z łazienki.

W luksusowo urządzonej sypialni wisiał zegar, który dostała od matki. Jego tykanie koiło nerwy. Jakie to szczęście, że przed laty zdążyła go wepchnąć do torby, zanim zaatakował ją w przyczepie tamten mężczyzna. Do dzisiaj lubiła słuchać nocami odgłosów, jakie wydaje. Gubił je co trzecie bicie, a o piątej po południu emitował dźwięk kojarzący się z lekko przydepniętymi cymbałami. Zużyte tryby, sprężyny, cały mechanizm, jednak dla niej ten zegar był jak stary przyjaciel grający na sfatygowanej gitarze, która nie brzmi już tak idealnie, jak powi