Страница 25 из 90
– Coś dla ciebie? – spytał uprzejmie.
– Nic – warknęła, przeszywając go wściekłym spojrzeniem.
Kelnerka oddaliła się.
– Ponieważ rozumiem doskonale, że nie chcesz przeciągać tej rozmowy – podjął Romanello – przejdźmy może od razu do sedna sprawy.
– Jak się nazywasz?
– Bo co? – spojrzał na nią zdumiony.
– Jeśli nie chcesz mi zdradzić prawdziwego nazwiska, to podaj chociaż zmyślone. Wszyscy, z którymi mam ostatnio do czynienia, tak robią.
– O czym ty mówisz… – urwał i zastanowił się. – No dobrze, nazywaj mnie Tęcza.
– Tęcza, ha, dobre sobie. Nie wyglądasz mi na tęczę.
– I tu się mylisz. – Oczy zabłysły mu na chwilę. – Tęcze wspierają się końcami na garncach złota.
– Naprawdę? – LuA
– Naprawdę, a ty, LuA
– Nigdy nie byłam dobra w takich przekomarzaniach, panie Tęcza, a więc gadaj, o co ci chodzi, i kończmy z tym.
Romanello zaczekał, aż kelnerka przyniesie mu kawę.
– Na pewno nie napijesz się czegoś gorącego? – zwrócił się do LuA
Nie doczekawszy się odpowiedzi, wzruszył ramionami. Kelnerka postawiła przed nim kawę ze śmietanką i spytała, czy życzą sobie czegoś jeszcze. Kiedy odeszła, Romanello nachylił się nad stolikiem do LuA
– Byłem w twojej przyczepie, LuA
Drgnęła.
– Czego tam szukałeś?
Odchylił się na oparcie.
– Po prostu przechodziłem i zajrzałem.
– Kawał sukinsyna z ciebie.
– Być może. Chciałem ci tylko powiedzieć, że widziałem, jak podjeżdżałaś pod przyczepę tym samochodem ze zdjęcia w gazecie. Widziałem, jak na stacji kolejowej wyciągałaś plik banknotów z nosidełka swojego dziecka. Widziałem, jak dzwoniłaś w parę miejsc.
– I co z tego? Dzwonić mi już nie wolno?
– W tej przyczepie były dwa trupy i fura narkotyków! I była to twoja przyczepa!
Lu A
– Nie wiem, o czym mówisz. Nie widziałam żadnych trupów. A w tamtym samochodzie musiałeś widzieć kogoś i
Romanello wziął od niej fragment gazety, zerknął na niego i schował do kieszeni. Kiedy jego dłoń znowu wyłoniła się spod stolika, Lu A
– Poznajesz, LuA
Robiła, co mogła, żeby nie dać po sobie poznać, jak jest wstrząśnięta.
– Jakiś poplamiony gałgan. I co z tego?
Uśmiechnął się.
– Wiesz, nie spodziewałem się, że tak chłodno to przyjmiesz. Taka tępa wieśniaczka z zabitej dechami dziury. Myślałem, że padniesz na kolana i będziesz błagała o litość.
– Przykro mi, że zawiodłam twoje oczekiwania. A jak jeszcze raz nazwiesz mnie czymś tępym, to dam ci kopa w tyłek.
Twarz nagle mu zesztywniała. Rozsunął zamek błyskawiczny kurtki, odsłaniając kolbę pistoletu.
– Dobrze ci radzę, LuA
LuA
– Czego ode mnie chcesz?
Zapiął kurtkę.
– Jak już wspomniałem, jesteś moim garncem złota.
– Nie mam pieniędzy – powiedziała szybko.
Nieomal parsknął śmiechem.
– Po co przyjechałaś do Nowego Jorku, LuA
LuA
– No dobrze – odezwała się w końcu, nie patrząc na mężczyznę – może wiedziałam, co się stało w przyczepie. Ale ja nic złego nie zrobiłam. Musiałam jednak stamtąd uciekać, bo to mogło źle się dla mnie skończyć. A Nowy Jork to takie samo dobre miejsce jak każde i
– Co zrobisz z taką górą pieniędzy, LuA
Oczy omal nie wyszły jej z orbit.
– O czym ty mówisz? Jakie pieniądze? Te w nosidełku?
– Wątpię, czy udałoby ci się w nim upchnąć sto milionów dolarów. – Spuścił wzrok na jej biust. – W staniku też by się nie zmieściły, choć spory. – LuA
LuA
– Odbiło ci, i to porządnie.
– Jutro konferencja prasowa, LuA
– Jaka znowu konferencja?
– No ta, na której, uśmiechając się i machając do zawiedzionych mas, masz odebrać swój wielki czek.
– Muszę już iść.
Wyciągnął błyskawicznie rękę nad stolikiem i chwycił ją za ramię.
– Raczej trudno będzie ci rozporządzać tą forsą z więzie
– Powiedziałam, że muszę iść. – Wyrwała rękę z jego uścisku i wstała.
– Nie bądź głupia, LuA
– Ja nic nie zrobiłam.
– Owszem, wielkie głupstwo, LuA
LuA
– Mądrze robisz, LuA
– Nie mogę ci zapłacić połowy.
Twarz mu pociemniała.
– Chytry dwa razy traci, moja pani.
– Tu nie chodzi o skąpstwo. Mogę ci zapłacić, tylko nie wiem jeszcze ile, ale na pewno dużo. Na twoje cholerne potrzeby wystarczy aż nadto.
– Nie rozumiem… – zaczął.
– Nie musisz niczego rozumieć – wpadła mu w słowo LuA
Przyjrzał się jej uważnie.
– Co to za pytanie?
LuA
– Co robiłeś w przyczepie? Przecież wiem, że nie znalazłeś się tam przypadkowo.
– A co to ma za znaczenie? – Wyrzucił ramiona w górę w teatralnym geście.
LuA
– Czekam na odpowiedź i lepiej, żeby była prawdziwa.
– Utrzymuję się… – uśmiechnął się i skorygował – utrzymywałem się z pomagania ludziom w rozwiązywaniu ich małych problemików.
LuA
– Jakich problemików? Czy to miało coś wspólnego z narkotykami, którymi handlował Duane?
Romanello kręcił już głową.
– Nic nie wiedziałem o żadnych narkotykach. Kiedy tam wszedłem, Duane już nie żył. Może zalegał z forsą dostawcy albo go kantował i tamten drugi facet go załatwił. Kto to wie? Kogo to obchodzi?
– Co się stało z tym drugim?
– Przecież sama go uderzyłaś, dobrze mówię? Zimny trup, jak wspomniałem w liście. – LuA
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. A jak nie usłyszę odpowiedzi, to możesz od razu dzwonić do szeryfa, bo ode mnie nie dostaniesz złamanego centa.
Romanello zawahał się, ale w końcu chciwość wzięła górę nad rozsądkiem.
– Przyszedłem tam, żeby zabić ciebie – powiedział po prostu.
Ścisnąwszy jeszcze raz mocno jego nadgarstek, LuA
– Dlaczego? – spytała gniewnie LuA
– Robię to, za co mi płacą, bez zadawania niepotrzebnych pytań.