Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 54 из 116

– Oczywiście. To właściwy wietnamski.

– Wietnamski?… – Walters pochylił się do przodu. – Dlaczegóż to odnoszę wrażenie, że dotarłem do czegoś, o czym wolelibyście, panowie, mi nie powiedzieć?

– Bo jest pan prawdopodobnie bardzo zręczny podczas przesłuchań krzyżowych. – Abbott zapalił fajkę.

– Wystarczająco czujny – zgodził się kongresman. – A więc o co chodzi?

– O Kaina – powiedział Gillette, który przez chwilę dziwnie przyglądał się Dawidowi Abbottowi. – Wiemy, skąd on się wziął.

– Skąd?

– Z południowo-wschodniej Azji – odparł Ma

– W czym?

– W operacji „Meduza”.

Pułkownik sięgnął po dużą i grubą kopertę leżącą po jego lewej stronie. Otworzył ją i wyjął jeden skoroszyt spośród kilku, jakie w niej były; położył go przed sobą.

– To są akta Kaina – powiedział, skinieniem wskazując otwartą kopertę. – A to są materiały na temat „Meduzy”, tych jej aspektów, które w jakiejkolwiek mierze mogą odnosić się do Kaina.

Przedstawiciel stanu Te

– Wiecie, panowie, dobijacie mnie swoimi zwięzłymi nazwami. Ta akurat jest świetna – brzmi bardzo groźnie, bardzo złowieszczo. Myślę, że uczą was tego na kursach. Niech pan mówi dalej, pułkowniku. Co to jest, ta „Meduza”?

Ma

– To był utajniony efekt koncepcji „wychwytywania i niszczenia”, który miał funkcjonować na tyłach nieprzyjaciela w czasie wojny wietnamskiej. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z ochotników amerykańskich, francuskich, brytyjskich, australijskich i rodzimych tworzono grupy przeznaczone do działań na ziemiach okupowanych przez północnych Wietnamczyków. Miały one przede wszystkim niszczyć nieprzyjacielską łączność i kanały dostaw, ustalać usytuowanie obozów jenieckich, a ponadto, co nie było wcale najmniej ważne, mordować sołtysów wsi, o których wiedziano, że współdziałają z komunistami, jak również, kiedykolwiek to okazywało się możliwe, nieprzyjacielskich dowódców.

– Była to wojna w wojnie – wtrącił się Knowlton. – Niestety, przynależność rasowa i języki czyniły uczestnictwo w niej o wiele bardziej niebezpiecznym niż, powiedzmy, w niemieckim czy holenderskim podziemiu albo we francuskim ruchu oporu w czasie drugiej wojny światowej. Dlatego też ludzi zachodniego pochodzenia nie zawsze dobierano tak stara

– Takich grup istniało kilkadziesiąt – kontynuował pułkownik – a należeli do nich i znający wybrzeże dawni dowódcy okrętów liniowych marynarki, i francuscy plantatorzy, dla których jedyną szansą na uzyskanie odszkodowań było zwycięstwo Amerykanów. Było też trochę brytyjskich i australijskich włóczęgów, od lat zadomowionych w Indochinach, jak również mających silną motywację, ambitnych oficerów amerykańskiego wywiadu wojskowego i cywilnego. Poza tym, co nieuniknione, znalazło się tam sporo pozbawionych skrupułów kryminalistów. Głównie przemytników – ludzi, którzy szmuglowali broń, narkotyki, złoto i diamenty na całym akwenie Morza Południowochińskiego. Były to chodzące encyklopedie, kiedy chodziło o lądowanie w nocy i poruszanie się w dżungli. Wśród tych, których angażowaliśmy, nie brakowało takich, co uciekli ze Stanów przed służbą wojskową albo odpowiedzialnością karną; część z nich posiadała solidne wykształcenie, wszyscy mieli dobre pomysły. Potrzebowaliśmy ich fachowości.

– To nie byle jaki przekrój ochotników – przerwał mu kongresman. – Byli oficerowie marynarki i wojsk lądowych, włóczęgi z Anglii i Australii, francuscy koloniści i całe plutony złodziei. Jak, do cholery, udawało się wam nakłonić ich do wspólnych działań?

– Każdemu według jego chciwości – powiedział Gillette.

– Obietnicami – sprecyzował pułkownik. – Zapewnieniami o wyższych szarżach, awansach, przebaczeniu win, nawet gratyfikacjami w gotówce, a w pewnych przypadkach stwarzaniem okazji do wykradzenia funduszów… przeznaczonych na sama operację. Widzi pan, oni wszyscy musieli być po trosze szaleńcami; rozumieliśmy to. Szkoliliśmy ich potajemnie w stosowaniu szyfrów, sposobów transportowania, zasadzek i w zabijaniu – a nawet w używaniu takich rodzajów broni, o których dowództwo w Sajgonie nic nie wiedziało. Jak już wspominał Peter, ryzyko ponosili ogromne, gdyż pojmanie kończyło się torturami i egzekucją; cena była wysoka i oni ją płacili. Większość ludzi uznałaby ich za zbiorowisko paranoików, ale to byli geniusze, ilekroć w grę wchodziły dywersja i zabijanie. Zwłaszcza zabijanie.

– Za jaką cenę?

– Operacja „Meduza” pociągnęła za sobą ogromne ofiary – zginęło ponad dziewięćdziesiąt procent ludzi. Ale ta liczba jest myląca – wśród tych, co nie powrócili, byli i tacy, którzy wcale nie mieli zamiaru wrócić.

– Spośród owej garstki złodziei i zbiegów?

– Tak. Niektórzy z nich okradli „Meduzę” ze znacznych sum pieniędzy. Sądzimy, że jednym z tych ludzi jest Kain.

– Dlaczego?

– Jego modus operandi . On stosuje takie same szyfry, pułapki, sposoby zabijania i transportowania, jak te, które udoskonalano i dostosowywano do potrzeb „Meduzy”.

– Na miłość boską – wtrącił Walters – tak więc macie ślad prowadzący bezpośrednio do ustalenia jego tożsamości. Jest mi to obojętne, gdzie je zakopaliście – i jestem najzupełniej pewny, że nie chcielibyście ich ujawniać – ale przypuszczam, że jakieś rejestry były prowadzone.

– Owszem, były, i wydobyliśmy je wszystkie z tajnych archiwów, łącznie z tymi tutaj materiałami. – Oficer wskazał palcem leżące przed nim akta. – Przestudiowaliśmy wszystko, oglądaliśmy wykazy pod mikroskopem, wprowadzaliśmy dane do komputerów – robiliśmy wszystko, co umieliśmy wymyślić. Nie jesteśmy ani o krok dalej, niż kiedy zaczynaliśmy.

– To nie do wiary – stwierdził kongresman. – Albo też niewiarygodna wprost niekompetencja.

– Raczej nie – zaprotestował Ma

– Ale czyż wtedy nie wiedzieliście już, że on był związany z „Meduzą”? – zapytał przedstawiciel stanu Te

– Tak. Bez żadnej wątpliwości.

– Trzeba więc było, do cholery, sięgnąć do akt poszczególnych uczestników „Meduzy”!

Pułkownik otworzył teczkę, którą wyjął przedtem z kompletu akt dotyczących Kaina.

– Oto wykazy strat. Wśród ludzi pochodzenia zachodniego, białych, którzy zniknęli w trakcie operacji „Meduza” – a mówiąc „zniknęli”, mam na myśli „przepadli bez śladu” – znajdują się następujące osoby: siedemdziesięciu trzech Amerykanów, czterdziestu sześciu Francuzów, trzydziestu dziewięciu Australijczyków i dwudziestu czterech Anglików oraz około pięćdziesięciu białych mężczyzn – łączników werbowanych spośród osób neutralnych w Hanoi i szkolonych w warunkach bojowych; większości z tych ostatnich nigdy nie poznaliśmy. Ponad dwieście trzydzieści możliwości; ile ślepych uliczek? Kto żyje? Kto nie żyje? Gdybyśmy nawet ustalili nazwisko każdego, komu faktycznie udało się przeżyć, to jak on się teraz nazywa? Kim jest? Nie jesteśmy nawet pewni narodowości Kaina. Sądzimy, że jest Amerykaninem, ale dowodów nie ma.

– Przypadek Kaina jest jedną z dodatkowych spraw wysuwanych przy okazji naszych nacisków na Hanoi mających na celu odnalezienie współpracowników wywiadu wojskowego – wyjaśnił Knowlton. – Ciągle umieszczamy te nazwiska na listach zaginionych.

– Również w tym kryje się pewien haczyk – dodał reprezentant wojska. – Kontrwywiad tych z Hanoi schwytał i zlikwidował sporą część kadry „Meduzy”. Oni zdawali sobie sprawę, że jest prowadzona taka operacja i nigdy nie wykluczaliśmy możliwości infiltracji. W Hanoi wiedziano, że uczestnicy „Meduzy” to nie oddziały bojowe; nie nosili mundurów. Nie musieli przed nikim odpowiadać.

Walters wyciągnął rękę.

– Można? – spytał wskazując stos kartek.

– Oczywiście – oficer podał je kongresmanowi. – Zapewne rozumie pan, że te nazwiska nadal pozostają tajne, podobnie jak sama operacja „Meduza”.

– Kto podjął taką decyzję?

– To jest niezmie

– To ma wielką siłę rażenia, prawda?

– Uważano, że tego wymaga interes państwa – powiedział przedstawiciel CIA.

– W takim razie nie będę się spierał – ustąpił Walters. – Wymowa takiej operacji nie przysporzyłaby chwały naszej fladze. Nie szkolimy morderców, a już na pewno nie wykorzystujemy.