Страница 94 из 160
– Shemmdl
– Wei! – krzyknął Bourne, podbiegając do taksówkarza i podnosząc do góry plik juanów, równowartość pięćdziesięciu dolarów amerykańskich. – Biyao bangzhu – powiedział, wyjaśniając, iż bardzo potrzebuje pomocy i zapłaci za nią niezależnie od licznika.
– Hao! – zawołał kierowca, chwytając pieniądze. – Bingli ba! – dodał, usprawiedliwiając swoje zachowanie koniecznością udzielenia pomocy turyście, który nagle zachorował.
Jason i d'Anjou wsiedli. Taksówkarz głośno wyraził protest widząc, że od strony chodnika wsiadł drugi pasażer. Bourne rzucił mu dalsze dwadzieścia juanów, co go udobruchało. Kierowca zawrócił z dala od kolejki taksówek i wyjechał z kompleksu lotniskowego.
– Przed nami jest autobus rzekł d'Anjou pochylając się do przodu i zwracając do kierowcy w łamanym mandaryńskim. – Czy mnie rozumiesz?
– Mówisz jak kantończyk, ale rozumiem.
– Jedzie na plac Tiananmen.
– Która brama? – spytał taksówkarz. – Który most?
– Nie wiem. Znam tylko numer, jaki ma z przodu. Siedem-cztery-dwa-jeden.
– Końcowa cyfra jeden – stwierdził kierowca. – Brama Tian, drugi most. Wejście do Miasta Cesarskiego.
– Czy jest tam plac postojowy autobusów?
– Będzie kolejka wielu autobusów. Wszystkie pełne. Bardzo zatłoczone. Tiananmen jest bardzo zatłoczony, gdy słońce świeci nisko.
– Powi
– Bez trudności – odparł Chińczyk, szczerząc zęby. – Autobusy są stare i często się psują. Możemy się dostać do Niebiańskiej Bramy Północnej na wiele dni przed nim.
– Mam nadzieję, że nie mówisz poważnie – wtrącił Bourne.
– Ach, nie, hojny turysto. Wszyscy kierowcy są znakomitymi mechanikami… jeśli mają szczęście natrafić na miejsce, w którym znajduje się silnik. – Kierowca zaśmiał się pogardliwie i nacisnął na gaz.
Trzy minuty później wyminęli autobus, którym jechał zabójca. A po czterdziestu sześciu minutach wjechali na rzeźbiony biały marmurowy most nad fosą z płynącą wodą, prowadzący do Bramy Niebiańskiego Spokoju, pod którą przywódcy Chin ukazywali się na szerokiej trybunie, by oklaskiwać paradujące przed nimi narzędzia wojny i śmierci. Za tak nietrafnie nazwaną bramą znajduje się jedno z najbardziej niezwykłych ludzkich dokonań na Ziemi. Plac Tiananmen. Magnetyczne centrum Pekinu.
Wzrok turysty najpierw przyciąga sama potęga jego majestatycznych wymiarów, a następnie architektoniczny ogrom Wielkiej Hali Ludowej po prawej, gdzie samo foyer mieści aż trzy tysiące osób. Zwykła sala bankietowa ma ponad pięć tysięcy miejsc siedzących, a największy,,pokój konferencyjny” dziesięć tysięcy i jeszcze zostaje dużo miejsca. Naprzeciw bramy stoi sięgający obłoków czworoboczny słup kamie
pomniki, muzea, bramy i biblioteki – gdzie okiem sięgnąć. Ale nade wszystko wrażenie wywiera ogrom otwartej przestrzeni. Przestrzeni i ludzi… Ludzkie ucho zaś zaskakuje coś zgoła i
Jason popatrzył na to wszystko krótko i beznamiętnie. Dopłacił jeszcze taksówkarzowi sumę odpowiednią do przebytej odległości i skoncentrował się całkowicie na celu i problemach stojących przed nim i d'Anjou. Jakiekolwiek były tego przyczyny, czy wezwanie przez telefon, czy przyjęcie taktyki wynikającej z dodatkowych instrukcji, komandos był w drodze na plac Tiananmen. Gdy tylko przybędzie, zaczną tańczyć pawanę, stawiając pierwsze powolne kroki ostrożnego tańca, który coraz bardziej przybliżać będzie zabójcę do wysła
centralna postać, klient, ma swoją osobą zrównoważyć ryzyko śmierci. Ustalone zostanie drugie miejsce spotkania. Klient ma przybyć pierwszy, a jeśli cokolwiek będzie wskazywało na podstęp, zostanie zastrzelony. Tak postępował Jason Bourne. Tak samo postąpi komandos, jeśli ma w głowie choć połowę mózgu.
Mikrobus numer 7421 w żółwim tempie wtoczył się na plac i zatrzymał na końcu kolejki pojazdów, z których wysiadali turyści. Ukazał się morderca w księżowskim stroju, pomagając wysiąść na chodnik starszej kobiecie. Poklepał ją po dłoni i pożegnał się, uprzejmie skłoniwszy głowę. Odwrócił się, szybkim krokiem skierował w stronę końca pojazdu i zniknął za nim.
– Bądź o dobre dziesięć metrów z tyłu i uważaj na mnie – powiedział Jason. – Rób to, co ja. Gdy stanę, stawaj, jeśli skręcę, skręcaj. Trzymaj się w tłumie, przechodź od jednej grupy do drugiej, ale zawsze tak, by otaczali cię ludzie.
– Bądź ostrożny, Delta. To nie amator.
– Ja także nie. – Bourne podbiegł do końca autobusu, przystanął, po czym zaczął przeciskać się obok rozgrzanych, cuchnących szczelin wentylacyjnych tylnego silnika. Ksiądz znajdował się o jakieś pięćdziesiąt metrów przed nim, jego czarna suta
Nagle morderca oderwał się od tłumu i podszedł z tyłu do chińskiego żołnierza, który robił zdjęcia trzymając aparat przy oku i nieusta
Bourne błyskawicznie odwrócił się i pochylił, by zawiązać doskonale zawiązane sznurowadło, równocześnie przepraszając osoby znajdujące się za nim. Morderca sprawdzał swe tyły, konieczny był manewr wymijający. Jason wyprostował się. Gdzie był tamten? Gdzie samozwaniec? Tam! Bourne zdumiał się: komandos wypuścił żołnierza! Dlaczego? Oficer nagle rzucił się do biegu wrzeszcząc i dziko wymachując rękami, a potem w ataku szału zwalił się na ziemię i zaraz rozgadany, podniecony tłum otoczył jego nieruchome ciało.
Dywersja! Pilnuj go. Jason pomknął przed siebie wyczuwając, że przyszedł właściwy moment. A więc nie był to pistolet wbity pod żebra, lecz igła, przebijająca klatkę piersiową żołnierza. Morderca zlikwidował jednego członka obstawy, teraz poszuka drugiego, a potem być może trzeciego. Scenariusz przewidziany przez Bourne'a rozgrywał się do końca. A ponieważ uwaga zabójcy skupiła się wyłącznie na poszukiwaniu następnej ofiary, moment był właściwy! Teraz! Jason wiedział, że potrafi obezwładnić każdego człowieka na Ziemi paraliżującym ciosem w nerki, szczególnie zaś człowieka, który zupełnie nie spodziewał się ataku, bo to właśnie on, zwierzyna, atakował i skoncentrował się wyłącznie na tym. Bourne zmniejszał odległość dzielącą go od samozwańca. Piętnaście metrów, dwanaście, dziesięć, dziewięć… przeskakiwał od jednego tłumu do drugiego… czarno odziany,,ksiądz” był w zasięgu ręki. Mógł więc go złapać! Marie!