Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 64 из 160

ROZDZIAŁ 17

Catherine Staples nalegała, by zaproszony przez nią na kolację gość wypił jeszcze jedno martini z wódką. Sama wymówiła się pod pretekstem, że ma jeszcze do połowy pełną szklankę.

– Jest również w połowie pusta – zauważył trzydziestodwuletni amerykański attache. Był zdenerwowany; uśmiechnął się blado, odgarniając ciemne włosy z czoła. – To głupie z mojej strony, Catherine – dodał – przykro mi, ale nie potrafię zapomnieć, że widziałaś te zdjęcia. Nie mówiąc już o tym, że ocaliłaś moją karierę i zapewne też życie. Ciągle idzie o te cholerne zdjęcia.

– Prócz mnie widział je tylko inspektor Ballantyne.

– Ale t y je widziałaś.

– W moim wieku mogłabym być twoją matką.

– Tym gorzej. Patrzę na ciebie i jest mi wstyd, czuję się po prostu brudny.

– Mój były mąż, licho wie, gdzie teraz przebywa, powiedział mi kiedyś, że w stosunkach seksualnych nie ma niczego, co można by czy powi

– .Postaram się. – Zbliżył się kelner, więc gestem zamówił kolejnego drinka. – Po twoim telefonie dziś po południu poczułem się wykończony. Myślałem, że okazało się coś znacznie gorszego. Przecież przez dwadzieścia cztery godziny nie wiedziałem, co robię.

– Dano ci podstępnie dużą dawkę narkotyku. Nie mogłeś za siebie odpowiadać. I przepraszam cię, powi

– Gdybyś to zrobiła, nie wyłączyłbym się z pracy na ostatnie pięć godzin.

– Postąpiłam okrutnie i bezmyślnie. Raz jeszcze przyjmij moje przeprosiny.

– Przyjęte. Jesteś wspaniałą dziewczyną, Catherine.

– Wykorzystuję twoje nawroty infantylizmu.

– Nie licz na to aż tak bardzo.

– W takim razie nie pij piątego martini.

– To dopiero drugie.

– Odrobina pochlebstwa nigdy nie zaszkodzi.

Zaśmiali się cicho. Kelner wrócił z drinkiem dla Johna Nelsona. Attache podziękował i zwrócił się do Catherine. – Przyszło mi właśnie do głowy, że nie zawdzięczam zaproszenia na cudzy koszt do „The Plume” potrzebie stworzenia okazji do pochlebstw. Ta knajpa jest poza moimi możliwościami finansowymi.

– Moimi też, ale nie Ottawy. Zostaniesz tam wpisany na listę bardzo ważnych osobistości. Faktycznie już jesteś.

– To miłe. Nigdy mi o tym nie mówiono. Dostałem tu bardzo dobre stanowisko, ponieważ nauczyłem się chińskiego. Wykombinowałem sobie, że konkurując z tymi wszystkimi absolwentami Ivy League*, chłopak z Wyższego College'u Stanowego w Fayette, stan Iowa, powinien mieć jakąś przewagę.

– I masz ją, Joh

– Jeśli tak jest, to dzięki tobie i Ballantyne'owi. I tylko dzięki wam obojgu. – Nelson przerwał, pociągnął martini i popatrzył na kobietę znad szklanki. Odstawił koktajl i spytał: – O co idzie, Catherine? Czemu jestem tak ważny?

– Ponieważ potrzebuję twojej pomocy.

– Zrobię wszystko. Wszystko, co będę mógł.

– Nie tak szybko, Joh

– Ivy League – sześć czołowych uniwersytetów amerykańskich, jak Yale, Harvard itd.

– Jeśli istnieje ktokolwiek, komu powinienem rzucić koło ratunkowe, to właśnie tobie. Pomijając drobne różnice, nasze dwa kraje są sąsiadami i zasadniczo lubią się wzajemnie. Jesteśmy po tej samej stronie. Więc o co chodzi? Jak mam ci pomóc?

– Marie St. Jacques… Webb – powiedziała Catherine, badając wyraz jego twarzy.

Nelson zamrugał oczami w głębokim zamyśleniu, jego spojrzenie błądziło w przestrzeni.

– Nic – odrzekł. – To nazwisko nic mi nie mówi.

– Dobrze, próbujmy dalej: Raymond Havilland.

– Ach, to zupełnie i

– A więc zdajesz sobie sprawę, że przed laty wasz arystokratyczny ambasador był zamieszany w negocjacje nie tylko dyplomatyczne.

– Nikt o tym nie mówi, ale tylko naiwniacy nabierają się na jego minę faceta nie mieszającego się do awantur.

– Naprawdę jesteś dobry, Joh

– Tylko spostrzegawczy. Dostaję za to część mojej pensji. Jaki jest związek między nazwiskiem, które znam, i tym mi nie znanym?

– Gdybym tylko wiedziała! Czy orientujesz się, po co Havilland się tu pojawił? Doszły cię jakieś plotki?

– Nie mam pojęcia, po co tu jest, ale wiem, że nie znajdziesz go w żadnym hotelu.

– Przypuszczam, że ma zamożnych przyjaciół…

– Tego jestem pewien, ale u nich też go nie ma.

– O?

– Konsulat po cichu wynajął dom na Yictoria Peak, a z Hawajów przyleciał następny oddział piechoty morskiej, by go strzec. Żaden z nas, wyższych urzędników, nie został o tym poinformowany. Wyszło to na jaw dopiero kilka dni temu, gdy wybuchła jedna z tych zwykłych, głupich historii. Dwóch żołnierzy z tamtej grupy poszło na kolację do Wanchai i jeden z nich zapłacił rachunek czekiem tymczasowym, wystawionym na bank w Hongkongu. No cóż, wiesz, jak to jest z wojskowymi i czekami; kierownik knajpy przyczepił się do tego kaprala na amen. Chłopak oświadczył, że ani on, ani jego kumpel nie mieli czasu, by podjąć gotówkę, a czek jest całkowicie w porządku. Niech tylko kierownik zatelefonuje do konsulatu albo pogada z attache wojskowym.

– Bystry ten kapral – wtrąciła kobieta.

– I całkiem tępy konsulat – odrzekł Nelson. – Ci chłopcy mieli wolny dzień, ale nasz napalony dział bezpieczeństwa w swej bezgranicznej paranoi na punkcie tajemnicy nie wciągnął na listę personelu oddziału z Victoria Peak. Kierownik powiedział później, że kapral pokazał mu dowody tożsamości i wyglądał na miłego chłopaka, więc zaryzykował.

– Bardzo rozsądnie. Zapewne tak by nie postąpił, gdyby kapral inaczej się zachował. A więc raz jeszcze mamy dowód, że żołnierz był bystry.

– Ale on zachował się inaczej. Następnego ranka w konsulacie. Udzielił wszystkim surowego ostrzeżenia prawie że koszarowym językiem i tak głośno, że nawet ja to usłyszałem. A mój gabinet jest na przeciwnym końcu korytarza niż recepcja. Chciał się dowiedzieć, co, u diabła, my, cywiłbanda, myślimy, po co oni tam siedzą na tej górze i jak to możliwe, że nie ma ich na liście personelu, mimo że są tu już od tygodnia. Jeśli kiedykolwiek widziałem rozwścieczonego żołnierza piechoty morskiej, to właśnie wtedy.

– I nagle cały konsulat dowiedział się, że w tej kolonii znajduje się tajny dom pod specjalną ochroną.

– Ty to powiedziałaś, nie ja. Ale powtórzę ci dokładnie, co okólnik dla całego personelu polecił nam mówić. A pojawił się na naszych biurkach w godzinę po odejściu kaprala, który przez dwadzieścia minut wymyślał bardzo zaambarasowanym błaznom z bezpieczeństwa.

– I to, co macie mówić, nie jest zgodne z tym, w co wierzysz.

– Bez komentarzy – oświadczył Nelson. – „Dom na Victoria został wynajęty dla wygody i bezpieczeństwa podróżujących osobistości rządowych, jak również dla przedstawicieli amerykańskich koncernów, przybyłych tu w interesach”.

– Ucho od śledzia. Szczególnie to ostatnie. Od kiedyż to amerykańscy podatnicy fundują takie numery Generał Motors albo ITT?

– Zgodnie z naszą polityką coraz szerzej otwartych drzwi wobec Republiki Ludowej, Waszyngton usilnie zachęca do rozwoju stosunków handlowych. To się nawet zgadza. Ułatwiamy je, staramy się o szerszy dostęp, a spróbuj tylko dostać miejsce w przyzwoitym hotelu z rezerwacją na dwa dni naprzód. Miasto jest piekielnie zatłoczone.

– Wygląda, jakbyś się tego nauczył na pamięć.

– Bez komentarzy. Powtórzyłem ci tylko to, co według instrukcji mam mówić, gdybyś poruszyła ten temat. A właśnie tak zrobiłaś.

– To oczywiste. Mam przyjaciół na Victoria Peak, którzy uważają, że przez tych wszystkich włóczących się kapralików dzielnica straci ekskluzywny charakter. – Catherine Staples upiła trochę ze swej szklanki i odstawiła ją na stół. – Havilland tam jest?

– Prawie pewne.

– Prawie?

– Biuro naszej referentki prasowej jest obok mojego. Próbowała wyciągnąć od ambasadora coś dla siebie do publikacji. Spytała konsula generalnego, w którym hotelu jest Havilland, i dowiedziała się, że nie ma go w żadnym. Więc w czyjej rezydencji? Ta sama odpowiedź. „Mamy czekać, aż nas zawiadomi, jeśli w ogóle to zrobi”, powiedział szef. Wypłakała mi się w kamizelkę, ale rozkaz był kategoryczny. Nie wolno go poszukiwać.

– Jest tam na Peak – spokojnie oświadczyła Staples. – Kazał sobie założyć chronioną kwaterę i montuje jakąś operację.

– A to ma związek z tą Webb, Marie St. Ktoś-tam Webb?

– St. Jacques. Tak.

– Możesz mi o tym opowiedzieć?

– Nie teraz. Zarówno dla twego dobra, jak mojego. Jeśli mam rację, a ktokolwiek dojdzie do wniosku, że otrzymałeś takie informacje, zostaniesz przeniesiony do Rejkiawiku natychmiast i bez swetra.

– Ale sama powiedziałaś, że nie wiesz, jaki to ma związek, że chciałabyś wiedzieć.

– W tym znaczeniu, że jeśli taki związek naprawdę istnieje, to nie wiem z jakich przyczyn. Znam tylko jeden. aspekt sprawy i to z ogromnymi lukami. Mogę się mylić. – Catherine znów wypiła maleńki łyczek whisky. – Posłuchaj, Joh

– Kanadyjka?

– Tak. Pozwól mi wytłumaczyć, czemu chcę się tego dowiedzieć nie pakując cię w tarapaty. Jeśli jest tu jakiś związek, muszę pójść w pewnym kierunku. Jeśli nie, mogę zrobić zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i skierować się gdzie indziej. I wtedy mogłabym sprawę ujawnić. Za pomocą prasy, radia, telewizji, czegokolwiek, co może nadać rzeczy rozgłos i sprowadzić tu jej męża.