Страница 28 из 160
– Powinien to zrobić… proszę pana. Webb wysiadł z taksówki i poprosił kierowcę, żeby zaczekał.
Taksówkarz jednak odmówił, więc Dawid dał mu najmniejszy z możliwych napiwek i wspiął się po szerokich, kamie
Drzwi otworzył Kaktus, który powitał go tak naturalnie, jakby się widzieli zaledwie kilka dni temu.
– Masz może kołpaki na kołach, Dawidzie?
– Przyjechałem taksówką, ale szofer nie chciał czekać.
– Widocznie naczytał się tych wrednych plotek rozpowszechnianych przez faszystowską prasę. Ja mam tylko trzy karabiny maszynowe w oknach i niczego się nie boję. Proszę, wchodź do środka. Cieszę się, że cię widzę, ale dlaczego wcześniej nie zadzwoniłeś?
– Twojego numeru nie ma w książce telefonicznej.
– Doprawdy? Widocznie jakieś niedopatrzenie.
Przez chwilę rozmawiali w kuchni, aż wreszcie fotograf zorientował się, że Dawid się spieszy. Zaprowadził go do atelier, położył na biurku pod ostrym światłem lampy trzy fałszywe paszporty Webba, a jemu polecił usiąść przed zamontowanym na statywie aparatem.
– Włosy zrobimy ci na popielato, ale nie będą aż tak jasne, jak wtedy w Paryżu. Popielaty kolor zmienia odcień w zależności od oświetlenia, więc będziemy mogli go wykorzystać do wszystkich zdjęć. Brwi zostaw takie, jakie są, zajmę się nimi przy retuszu.
– A oczy?
– Nie ma czasu na szkła kontaktowe, ale jakoś sobie poradzę. Zwykłe okulary, lekko zabarwione dokładnie przed tęczówkami. Mam błękitne, brązowe albo czarne, jakie tylko chcesz.
– Wszystkie trzy.
– Są bardzo drogie, Dawidzie, a przyjmuję tylko gotówkę.
– Mam forsę przy sobie.
– Więc lepiej zbyt głośno się nie chwal.
– Teraz włosy. Kto się tym zajmie?
– Moja znajoma, kilka domów stąd. Prowadziła kiedyś salon piękności, dopóki policja nie zajrzała do pokoików na piętrze. Zna się na rzeczy. Chodźmy, zaprowadzę cię.
Godzinę później Webb wyszedł spod suszarki w niewielkim, słabo oświetlonym pomieszczeniu i spojrzał w wiszące na ścianie lustro. Właścicielka przybytku, niska Murzynka o gęstych, siwych włosach i przenikliwym wzroku stanęła obok niego.
– Niby to pan, a jednak i
Ma rację, pomyślał Dawid, patrząc na swoje odbicie. Jego ciemne włosy nie tylko stały się znacznie jaśniejsze, ale dopasowały się do nieco zmienionego koloru cery, zyskując jednocześnie na miękkości i układając się swobodnie, jakby potargane przez wiatr. Człowiek spoglądający na niego z lustra był nim, a jednocześnie nie był.
– Rzeczywiście – przyznał. – Dobra robota. Ile płacę?
– Trzysta dolarów – powiedziała kobieta. – Oczywiście w cenę jest wliczonych pięć opakowań pudru wraz z instrukcją użycia i najbardziej dyskretne usta w Waszyngtonie. To pierwsze wystarczy panu na kilka miesięcy, a to drugie do końca życia.
– Miło mi to słyszeć – odparł Webb, sięgając do kieszeni. Odliczył banknoty i wręczył je kobiecie. – Kaktus powiedział, że zadzwoni pani do niego, kiedy już będzie po wszystkim.
– Nie ma potrzeby, on ma zegarek w głowie. Czeka w saloniku.
– W saloniku?
– To właściwie tylko przedpokój z kanapą i stojącą lampą, ale lubię nazywać go salonikiem. Ładnie brzmi, nie uważa pan?
Wykonanie zdjęć nie zajęło wiele czasu; Dawid trzykrotnie zmieniał koszule i marynarki, a Kaktus poprawiał mu brwi za pomocą aerozolu i szczoteczki do zębów. Na zapleczu znajdował się magazyn kostiumów, jakiego nie powstydziłby się niejeden zawodowy teatr. Jedno zdjęcie było bez okularów, natomiast dwa pozostałe w szkłach barwiących oczy na niebiesko i brązowo. Po zrobieniu odbitek Kaktus wkleił je na miejsce, po czym za pomocą narzędzia własnego pomysłu wykonał na nich odcisk pieczęci Departamentu Stanu. Uporawszy się z tym przedstawił Dawidowi do oceny trzy paszporty.
– Żaden celnik nie ma prawa się do niczego przyczepić – zapewnił go konfidencjonalnym tonem.
– Wyglądają na bardziej prawdziwe niż przedtem.
– Wyczyściłem je, to znaczy trochę postarzyłem.
– Wspaniała robota, przyjacielu. Ile jestem ci winien?
– A skąd mam wiedzieć, do cholery? To nic nadzwyczajnego, a poza tym znamy się tak długo…
– Ile?
– A ile możesz dać? Chyba nie jesteś na państwowej posadce?
– Dzięki, jakoś sobie radzę.
– Pięć paczek i będziemy kwita.
– Możesz mi wezwać taksówkę?
– To długo potrwa, a poza tym nie wiadomo, czy jakaś zechce przyjechać. Mój wnuk cię odwiezie, dokąd będziesz chciał. Jest taki jak ja: nie zadaje pytań. Widzę, że się spieszysz, Dawidzie. Chodźmy, odprowadzę cię do drzwi.
– Dziękuję. Zostawię forsę na stole.
– Dobra.
Dawid odwrócił się plecami do Kaktusa, wyjął z kieszeni sześć pięćsetek i położył je w najciemniejszym miejscu na stole. Po tysiącu za sztukę paszporty były właściwie za darmo, ale bał się zostawić więcej, żeby nie urazić starego przyjaciela.
Wysiadł z samochodu kilka przecznic od hotelu, by nie obarczać wnuka K-aktusa znajomością swego adresu. Okazało się, że młody człowiek studiuje w American University i choć nie ulegało wątpliwości, że uwielbia swego dziadka, to nie miał najmniejszej ochoty brać udziału w jego nielegalnych interesach.
– Wysiądę tutaj – powiedział Dawid, gdy utknęli na dobre w korku.
– Dziękuję – odparł z ulgą Murzyn. – Doceniam to. Webb spojrzał na niego uważnie.
– Dlaczego pan to robi? – zapytał. – Jako przyszły prawnik powinien pan omijać dziadka z daleka.
– Może i tak, ale to wspaniały facet, który bardzo dużo dla mnie zrobił. Poza tym powiedział mi, że to będzie dla mnie zaszczyt poznać pana i że może kiedyś w przyszłości zdradzi mi, kim był nieznajomy, którego odwiozłem swoim samochodem.
– Mam nadzieję, że uda mi się wrócić znacznie wcześniej i wtedy sam to panu powiem. To na pewno żaden zaszczyt, ale usłyszy pan wówczas historię, która trafi do prawniczych książek. Do widzenia.
Znalazłszy się z powrotem w pokoju Dawid musiał się zdecydować, które ubrania zapakuje do lotniczej torby, a także jakoś się pozbyć pozostałych rzeczy, w tym dwóch pistoletów, które przywiózł ze sobą z Maine. Wtedy po prostu rozmontował je, zawinął w folię i wepchnął do walizki, ale teraz musiałby je przemycić na pokład samolotu, co z pewnością zostałoby wykryte. Należało się więc ich pozbyć, zniszczyć mechanizmy spustowe i wrzucić do kanału. Bez większych trudności kupi broń w Hongkongu.
Pozostała mu do zrobienia jeszcze jedna rzecz, nie tylko trudna, ale i bolesna. Musi usiąść i spokojnie, słowo po słowie, przypomnieć sobie wszystko, co nie tak dawno usłyszał od człowieka o nazwisku McAllister. Cały czas nie dawała mu spokoju świadomość, że przeoczył wtedy coś niezmiernie ważnego.
Spojrzał na zegarek: 15.37. Dzień mijał w szybkim, nerwowym tempie. Musi to wytrzymać! Och, Marie, gdzie jesteś?
Conklin postawił szklankę wypełnioną ginger, ale na porysowanym, poplamionym blacie baru w nędznej knajpce na Dziewiątej ulicy. Był tu stałym gościem z tej prostej przyczyny, że nikt z jego kręgów zawodowych ani towarzyskich, jeśli o takich w ogóle można było jeszcze mówić, z pewnością nie przekroczyłby progu tego lokalu. Ta świadomość dawała mu poczucie pewnej swobody, i
Conklin zsunął się ze stołka, kuśtykając wszedł do kabiny, zamknął za sobą dokładnie drzwi i podniósł słuchawkę.
– Tak?
– Czy to Treadstone? – zapytał dziwnie brzmiący, męski głos.
– Byłem tam. Pan też?
– Nie, ale wiem o tym całym gównie.
Ten głos! Jak go opisał Webb? Arystokratyczny, z angielskim akcentem, niezwykły. To był ten sam człowiek. Gnomy nie próżnowały. Ktoś zaczął się bać.
– Jeśli tak, to mam nadzieję, że pańskie wspomnienia odpowiadają moim, które dokładnie spisałem. Fakty, nazwiska, wydarzenia… Wszystko, łącznie z historią, którą wczoraj w nocy usłyszałem od Webba.
– Chyba chce mi pan dać do zrozumienia, że gdyby przydarzyło się panu coś przykrego, to ten fascynujący reportaż trafi do jednej z senackich komisji lub któregoś z gorliwych kongresmanów?
– Miło mi, że tak szybko się zrozumieliśmy.
– Nic by to panu nie dało – powiedział pobłażliwie głos w słuchawce.
– Jeżeli zdarzyłoby mi się coś przykrego, to chyba byłoby mi już wszystko jedno, prawda?
– Ma pan niebawem przejść na emeryturę. Sporo pan pije.
– To nie znaczy, że tak było zawsze. Człowiek w moim wieku i o takim doświadczeniu musi mieć poważny powód, żeby zdecydować się na obie te rzeczy.
– Nieważne. Lepiej porozmawiajmy.
– Pod warunkiem, że powie mi pan coś więcej. O Treadstone słyszało kilka osób, a poza tym nie miało to aż tak wielkiego znaczenia.
– Dobrze. „Meduza”.
– To już brzmi lepiej – przyznał Aleks. – Ale jeszcze za słabo.
– Mnich. Stworzenie Jasona Bourne'a.
– Cieplej.
– Nigdy nie rozliczone pięć milionów dolarów. Ślady prowadzą z Zurychu do Paryża, a potem dalej na zachód.
– Krążyły o tym różne plotki. Potrzebuję czegoś konkretnego.
– Proszę bardzo. Egzekucja Jasona Bourne'a, dwudziestego piątego marca, Tam Quan… a cztery lata później, dokładnie tego samego dnia, w Nowym Jorku Siedemdziesiąta Pierwsza ulica. Treadstone-71.
Conklin przymknął powieki i przez chwilę łapał szybko powietrze, czując, jak jakaś obręcz zaciska mu się na gardle.