Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 132 из 160

– Przepraszam panią – wysapał z trudem Aleks. – Czy mówi pani po angielsku?

– Trochę – odpowiedziała kobieta, najwyraźniej zauważając jego ułomność i podniecony głos. – Czy ma pan jakieś trudności?

– Wiele trudności. Muszę znaleźć taksówkę. Muszę natychmiast do kogoś dotrzeć, a nie mogę załatwić tego telefonicznie.

– Wezwą taksówkę dla pana z recepcji. Wzywają co wieczór dla mnie, kiedy wychodzę.

– Pani czeka?…

– Właśnie nadjeżdża – rzekła kobieta, gdy zbliżające się światła reflektorów pojawiły się przy wjeździe na parking.

– Proszę pani! – krzyknął Conklin. – To jest pilne. Człowiek umiera, a i

– Bie zhaoji – krzyknęła kobieta, prosząc, aby się uspokoił. – Panu się spieszy. Mnie nie. Niech pan weźmie moją taksówkę. Sprowadzę sobie i

– Dziękuję – rzekł Aleks, gdy taksówka zatrzymała się przy krawężniku. – Dziękuję! – dodał otwierając drzwi i wsiadając do samochodu. Kobieta uprzejmie skinęła głową i wzruszyła ramionami odwracając się, by wejść z powrotem po schodach. Szklane drzwi na górze otworzyły się szeroko i Conklin widział przez tylną szybę, jak kobieta omal nie zderzyła się z dwoma ludźmi Lina. Jeden z nich zatrzymał ją i coś do niej mówił, drugi dobiegł do krawężnika i zmrużył oczy wpatrując się w ciemność.

– Pospiesz się – powiedział Aleks do kierowcy, gdy przejeżdżali przez bramę. – Kuai yidiar, jeżeli wyrażam się poprawnie.

– Zrobię to – odparł taksówkarz pły

Nathan Road stanowiła iście galaktyczny wjazd do mieniącego się barwami świata, jakim była Golden Mile. Jaskrawo kolorowe światła, światła, które tańczyły, mrugały i iskrzyły się na murach tej zatłoczonej, miejskiej doliny ludzkości, gdzie kupujący wciąż czegoś poszukiwali, a handlarze krzykiem zachwalali swe towary. Był to bazar bazarów, z dziesiątkami języków i dialektów przekrzykujących się nawzajem, z nieusta

Dotarł do końca czwartego kwartału, ostatniego kwartału. Gdzie oni są? Gdzie jest szczupły, niepozorny Panov i wysoka, uderzająco piękna, kasztanowłosa Marie? Jego instrukcje były jasne, bezdyskusyjne. Pierwsze cztery kwartały w kierunku północnym po prawej stronie, wschodniej stronie. Mo Panov powtórzył je z pamięci. O, Chryste! Szukał dwóch osób, a jedna z nich mogła przypominać setki ludzi w tych czterech zatłoczonych kwartałach. Jego oczy szukały więc wysokiej, ciemnorudej kobiety – a przecież ona wyglądała już inaczej. Miała włosy przemalowane na siwo, z białymi pasemkami! Aleks zawrócił w stronę Salisbury Road, jego oczy wypatrywały teraz tego, czego powinien szukać, a nie tego, co chciałby znaleźć, a co podsuwały mu jego wspomnienia.

Są! Na skraju tłumu otaczającego ulicznego sprzedawcę, na którego straganie leżały stosy jedwabi różnych gatunków – tkaniny niepewnego pochodzenia, z metkami równie autentycznymi jak sfałszowane podpisy.

– Chodźmy – powiedział Conklin biorąc oboje pod ręce.

– Aleks! – krzyknęła Marie.

– Czy u ciebie wszystko w porządku? – spytał Panov.

– Nie – powiedział agent CIA. – Ani u nikogo z nas.

– Dawid, tak? – Marie mocno chwyciła Conklina za ramię.

– Nie teraz. Pospieszmy się. Musimy się stąd wydostać.

– Oni są tutaj? – Marie oddychała ciężko, jej siwowłosa głowa odwracała się to w prawo, to w lewo, a w oczach malował się strach.

– Kto?

– Nie wiem! – zawołała przekrzykując zgiełk.

– Nie, nie ma ich tutaj – powiedział Conklin. – Chodźcie. Pen zamówił dla mnie taksówkę.

– Co za Pen? – spytał Panov.

– Mówiłem ci. Hotel Peninsula.

– Ach tak, zapomniałem.

Cała trójka ruszyła wzdłuż Nathan Road. Aleks – co dla Marie i Morrisa Panova było oczywiste – szedł z trudem.

– Możemy zwolnić, prawda? – zapytał psychiatra.

– Nie możemy!

– Ale ciebie boli – powiedziała Marie.

– Skończcie z tym. Oboje. Nie potrzebuję waszej zasranej litości.

– Powiedz nam w takim razie, co się stało – domagała się Marie, gdy przechodzili przez ulicę wymijając samochody, kupujących i sprzedawców, a także turystów, którzy ciągnęli w kierunku egzotycznego tłumu na Golden Mile.

– Oto taksówka – powiedział Conklin, gdy zbliżyli się do Salisbury Road. – Prędzej. Kierowca wie, dokąd jechać.

Wewnątrz samochodu, gdzie Panov usiadł między Marie i Aleksem, jeszcze raz sięgnęła ręką w stronę Conklina zaciskając ją na jego ramieniu.

– To Dawid, prawda?

– Tak. Wrócił. Jest tutaj, w Hongkongu.

– Dzięki Bogu!

– Masz nadzieję. Mamy nadzieję.

– Co to wszystko znaczy? – zapytał ostro psychiatra.

– Coś poszło nie tak. Scenariusz nie wypalił.

– Na litość boską! – krzyknął Panov. – Mówże po angielsku!

– Jemu chodzi o to – powiedziała Marie wpatrując się w człowieka z CIA – że Dawid zrobił coś, czego nie powinien był robić lub też nie zrobił czegoś, co zrobić należało.

– Mniej więcej. – Wzrok Conklina powędrował w prawo w kierunku świateł Portu Wiktorii i wyspy Hongkong. – Zazwyczaj byłem w stanie przewidzieć posunięcia Delty. Później, kiedy stał się Bourne'em, umiałem go wytropić, podczas gdy i

Z pistoletem wycelowanym w kark sobowtóra Delta posuwał się cicho przez krzaki rosnące przed wysokim murem otaczającym dom. Zabójca zawahał się; znajdowali się około trzech metrów od ciemnego wejścia. Wciskając mocniej broń w ciało komandosa, Delta wyszeptał:

– Nie ma tu żadnych włączających się samoczy

Rozkaz padł, gdy znaleźli się niewiele ponad metr od bramy. Delta chwycił swego więźnia za kołnierz i obrócił go, trzymając wciąż lufę pistoletu przy jego szyi. Człowiek z „Meduzy” sięgnął do kieszeni, wyjął ładunek plastiku i najdalej jak mógł wyciągnął przed siebie rękę w kierunku bramy. Przylepną stroną przycisnął ładunek mocno do muru; niewielki zapalnik czasowy znajdujący się w środku został wcześniej nastawiony na siedem minut, liczbę wybraną na szczęście, a także po to, by mieć czas oddalić się stamtąd o kilkaset metrów.

– Idziemy! – powiedział szeptem.

Skręcili za rogiem i poszli dalej prosto do miejsca, skąd widać było w księżycowej poświacie koniec kamie

– Poczekaj – powiedział Delta sięgając do plecaka, który przewieszony był przez klatkę piersiową niczym ładownica i zwisał przy jego prawym boku. Wyjął czarne prostokątne pudełko, które miało 12 cm szerokości, 7 cm wysokości i 5 cm głębokości. Z boku umieszczona była kilkunastometrowa linka cienkiego, czarnego, plastikowego kabla. Był to zasilany baterią głośnik. Umieścił go na szczycie muru i nacisnął przełącznik z tyłu. Zapaliło się czerwone światełko. Rozwinął cienki kabel i popchnął zabójcę do przodu. – Jeszcze z siedem, dziesięć metrów – powiedział.

Ponad nimi rozpościerały się gałęzie wierzby płaczącej, które sięgały powyżej muru, a następnie opadały łukiem w dół. Kryjówka.

– Tutaj – szepnął Bourne chrapliwie i zatrzymał komandosa chwytając go za ramię. Wydobył z plecaka obcęgi do cięcia drutu i przycisnął mordercę do ogrodzenia. – Oswobadzam cię, ale nie uwalniam. Rozumiesz? – Komandos skinął głową, a Delta przeciął liny, którymi skrępowane były nadgarstki i łokcie więźnia, trzymając bez przerwy broń wymierzoną w jego głowę. Cofnął się o krok i stojąc przed nim wysunął do przodu zgiętą w -kolanie prawą nogę, podając mu jednocześnie obcęgi. – Stań mi na nodze i przetnij druty. Dosięgniesz do nich, jeśli trochę podskoczysz i przygniesz je ręką. Niczego nie próbuj. Nie masz jeszcze broni, ja za to mam i jak sądzę, zorientowałeś się, że na niczym mi już nie zależy.

Więzień wykonał polecenie. Lekko odbił się od nogi Jasona, zręcznie przełożył lewe ramię między drutami i uchwycił się przeciwległej krawędzi muru. Bezszelestnie poprzecinał splecione druty przykładając obcęgi tylko z jednej strony, aby wytłumić odgłosy. Wolna przestrzeń nad nimi miała półtora metra szerokości.

– Wejdź na górę – rzekł Delta.

Zabójca wypełnił polecenie. W chwili gdy jego lewa noga znalazła się po drugiej stronie muru, Delta podskoczył chwytając się jego spodni, po czym podciągnął się w górę i przerzucił lewą nogę ponad murem. Obaj siedzieli teraz okrakiem na murze.

– Dobra robota, majorze Allcott-Price – powiedział Bourne trzymając w ręku mały, okrągły mikrofon i mierząc ponownie z pistoletu w głowę mordercy. – Już niedługo. Na twoim miejscu zbadałbym teren.

Ponaglany przez Conklina kierowca taksówki pędził drogą na Yictoria Peak. Minęli rozbity samochód stojący na poboczu;

nie pasował do tego eleganckiego otoczenia – Aleks wzdrygnął się na myśl o wypadku drogowym.

– Dom jest tutaj! – krzyknął człowiek z CIA. – Na litość boską, niech się pan pospieszy. Jedźmy do…

Nie dokończył – nie mógł. Drogę przed nimi wypełnił huk wybuchu, a noc stała się nagle jasna. Ogień i kamienie rozprysnęły się na wszystkie strony – najpierw runęła spora część muru, a następnie wielka żelazna brama, która niesamowitym, spowolnionym ruchem zwaliła się do przodu, prosto w płomienie.

– O, mój Boże, miałem rację – powiedział cicho Aleksander Conklin. – Delta wrócił. Chce umrzeć. I umrze.