Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 88 из 173

– Siedź tutaj! Pęcherz mi pęka… Zaraz wracam, to sobie trochę pogadamy. Może mamy wspólnych kumpli? Nic nie słyszałem o operacji w Angoli…

Jason oparł się o bar i zamówił une biere, dziękując w duchu Bogu za to, że muzyka była zbyt głośna, a barman za bardzo zajęty, żeby podsłuchiwać ich rozmowę. Jednak zdecydowanie większą wdzięczność żywił wobec świętego Aleksa, który dawał każdemu szkolonemu przez siebie agentowi następującą radę: "Najpierw bij po gębie, a potem wyciągaj rękę na zgodę". Conklin wyznawał bowiem teorię, że przyjaźń zawiązująca się w miejsce wrogości jest znacznie trwalsza od tej, która ma bezproblemowe początki. Bourne pociągnął z ulgą łyk piwa. Miał teraz przyjaciela w Le Coeur du Soldat. Zdobył przyczółek, pozornie mało istotny, ale w sprawach tego rodzaju pozory często mogły mylić.

Czołgista wrócił do baru, obejmując potężnym ramieniem młodego, dwudziestoparoletniego chłopaka średniego wzrostu i postury obszernego sejfu, ubranego w kurtkę amerykańskiej piechoty. Jason wykonał ruch, jakby chciał zejść ze stołka.

– Siedź, siedź! – ryknął jego nowy przyjaciel, nachylając się nad głowami

ludzi i przekrzykując grzmiącą muzykę. – Przyprowadziłem nam dziewicę.

– Że co?

– Zapomniałeś? Ma zamiar wstąpić do Legii.

– Ach, tak! – Bourne roześmiał się, usiłując zatuszować gafę. – Wiesz, w takim miejscu…

– W takim miejscu można wszystko załatwić, ale tu nie o to chodzi – odparł czołgista. – Pomyślałem sobie, że powinien z tobą pogadać. To Amerykanin i jego francuski jest żałosny, ale jak będziesz mówił wolno i wyraźnie, to powinien się połapać.

– Nie ma potrzeby – odezwał się Jason po angielsku z ledwo uchwytnym francuskim akcentem. – Urodziłem się w Neuchatel, ale długo mieszkałem w Stanach.

– To świetnie! – Akcent młodego Amerykanina wskazywał nieomylnie na głębokie Południe. Miał szczery uśmiech i ostrożne, ale nie bojaźliwe spojrzenie.

– W takim razie zacznijmy od początku – powiedział Belg również po angielsku, ale z wyraźnymi francuskimi naleciałościami. – Nazywam się… Maurice. To równie dobre imię, jak każde i

– Francois – odparł Jason, zastanawiając się, jak sobie radzi Bernardinena lotniskach. – Nie jestem bohaterem, bo oni za szybko umierają… Zamówcie, co chcecie. Ja stawiam. – Podczas zamawiania drinków Bourne usiłował za wszelką cenę przypomnieć sobie wszystko, co wiedział na temat Legii Cudzoziemskiej. – Przez dziewięć lat wiele się zmieniło, Maurice. – Jak łatwo przychodzą mi te słowa, pomyślał jeszcze raz kameleon. – Dlaczego chcesz się zaciągnąć, Ralph?

– To chyba najlepsze, co mogę zrobić. Muszę zniknąć na parę lat, przynajmniej napięć.

– Pod warunkiem, że uda ci się przetrwać pierwszy rok – zauważył Belg.

– Maurice ma rację. Posłuchaj go. Oficerowie są brutalni i wymagający…

– A w dodatku prawie sami Francuzi! – dodał czołgista. – Co najmniej dziewięćdziesiąt procent. Awansuje co najwyżej jeden na stu etrangers. Lepiej od razu pozbądź się złudzeń.

– Aleja skończyłem college! Jestem inżynierem.

– Więc będziesz budował wspaniałe latryny i projektował znakomite dziury do srania na pustyni! – roześmiał się Maurice. – Francois, opowiedz mu, jak traktuje się żółtodziobów.

– Ci z wykształceniem muszą się najpierw nauczyć walczyć – powiedział Jason, mając nadzieję, że tak jest w istocie.

– Otóż to! – wykrzyknął Belg. ~ Dlatego, że budzą podejrzenia. Czy nie zaczną wątpić? Czy nie będą chcieli myśleć zamiast po prostu wykonywać rozkazy? Naprawdę, mon ami, na twoim miejscu nie chwaliłbym się tym college'em.

– Niech to wychodzi na jaw po trochu – dodał Bourne. – Wtedy, kiedy będą tego potrzebować, nie wtedy, kiedy ty będziesz chciał im to dać.

– Bien! – potwierdził z przekonaniem Maurice. – On wie, o czym mówi. Prawdziwy legio

– Umiesz walczyć? – zapytał Jason. – Potrafiłbyś kogoś zabić?

– Zamordowałem nożem i gołymi rękami moją narzeczoną, jej dwóch braci i kuzyna. Pieprzyła się z bogatym bankierem z Nashville, a oni ich kryli, bo tamten gość płacił im za to kupę forsy… Tak, potrafię zabijać, panie Francois.

"Polowanie na zabójcę z Nashville…"

"Młody inżynier sprawcą straszliwego mordu…"

Bourne pamiętał doskonale te tytuły, gdyż widział je w gazetach zaledwie kilka tygodni temu.

– Możesz zgłosić się do Legii – powiedział, patrząc w oczy młodemu Amerykaninowi.

– Mogę się na pana powołać, gdyby robili mi jakieś trudności?

– To by ci raczej zaszkodziło, niż pomogło. Jeśli cię przycisną, powiedz prawdę. Trudno o lepsze referencje.

– Aussi bien! On wie, co to Legia! Z reguły nie przyjmują szaleńców, ale często… Jak to powiedzieć, Francois?

– Przymykają oczy.

– Oui. Przymykają oczy albo… encore, Francois?

– Albo szukają nadzwyczajnych okoliczności.

– Widzisz? Mój przyjaciel Francois ma łeb na karku. Zastanawiam się, w jaki sposób udało mu się przeżyć.

– W taki, że się tym za bardzo nie chwalę, Maurice.

Podszedł do nich kelner przepasany najbrudniejszym fartuchem, jaki Jason widział w życiu, i poklepał Belga po ramieniu.

– Votre table, Rene.

Belg zbył wzruszeniem ramion zdziwione spojrzenia obu mężczyzn.

– Też imię, tak samo dobre, jak każde i

Ryba, jaką im podano, sprawiała dość podejrzane wrażenie, więc na wszelki wypadek Maurice i Ralph popili ją czterema butelkami lichego wina. Życie w lokalu toczyło się tak samo, jak co wieczór. Od czasu do czasu wybuchały mniejsze lub większe bójki, szybko likwidowane przez barczystych kelnerów, a grzmiąca marszowa muzyka wywoływała u byłych żołnierzy przypływ wspomnień; niezależnie od tego, czy byli zwykłym mięsem armatnim, czy służyli w doborowych oddziałach, odczuwali wielką dumę, ponieważ udało im się przeżyć okropności, o jakich ich paradujący w eleganckich mundurach przełożeni nie mieli najmniejszego pojęcia. Gwar rozmów zwykłych żołnierzy walczących w Korei i Wietnamie niczym się nie różnił od tego, jaki towarzyszył wojskom faraonów. Oficerowie zawsze wydawali rozkazy z głębokich tyłów, a zwykli żołnierze ginęli, żeby potwierdzić lub zakwestionować słuszność ich decyzji. Bourne doskonale pamiętał Sajgon i nie dziwił się istnieniu takiego miejsca jak Le Coeur du Soldat.

Główny barman, potężnie zbudowany łysy mężczyzna w drucianych okularach, podniósł słuchawkę ukrytego pod kontuarem telefonu. Jason obserwował go między przesuwającymi się postaciami. Wzrok barmana błądził bez celu po pomieszczeniu – to, co słyszał, było chyba bardzo ważne, a to, co widział, nie miało najmniejszego znaczenia/Powiedział kilka słów, po czym sięgnął drugą ręką pod ladę; wykręcał numer. Kilka sekund później powiedział znowu jedno lub dwa zdania i odłożył słuchawkę. Kolejność wydarzeń była dokładnie taka sama jak ta, o jakiej opowiadał na Wyspie Spokoju stary Fontaine: wiadomość odebrana, wiadomość przekazana. Tym, komu ją przekazano, był Szakal.

Bourne widział już wszystko, co chciał zobaczyć tego wieczoru. Teraz należało spokojnie to przemyśleć, a być może wynająć ludzi, tak jak robił już nieraz. Ludzi bez znaczenia, których można przekupić lub zastraszyć, żeby nie pytając o nic, wykonywali jego rozkazy.

– Przyszedł człowiek, z którym miałem się spotkać – powiedział do ledwo przytomnych Maurice'a i Ralpha. – Mam wyjść z nim na zewnątrz.

– Opuszczasz nas? – załkał Belg.

– T- to nieładnie… To b- b- bardzo nieładnie – oświadczył Amerykanin z Południa.

– Tylko na dzisiejszy wieczór. – Bourne nachylił się nad stolikiem. – Współpracuję z i

– A niech mnie…

– Merde!

– Niczego nie obiecuję, ale może nam się przydacie. Trzymajcie gęby na kłódkę i wyjdźcie stąd jakieś piętnaście minut po mnie. Tylko ani kropli więcej, jutro macie być zupełnie trzeźwi… O której otwierają tę spelunkę, Maurice?

– Wątpię, czy w ogóle ją zamykają… Kiedyś byłem tu nawet o ósmej rano. Oczywiście, nie ma wtedy takiego tłoku, ale…

– Spotkamy się około południa. Trzeźwi, rozumiecie?

– Znowu będę le caporal extraordinaire Legii, tak jak kiedyś! Mam założyć mundur? – zapytał Maurice i głośno beknął.

– Do diabła, nie!

– A ja założę g- garaitur i k- k- krawat. Mam k- krawat, słowo daję!

– Nie! Obaj macie być ubrani tak jak teraz, tyle że trzeźwi. Rozumiecie, co do was mówię?

– Mówisz jak Amerykanin, mon ami.

– Właśnie.

– Nie jestem Amerykaninem, ale nawet gdybym był, to chyba prawda nie jest tu artykułem pierwszej potrzeby?

– Ou est- ce que…

– Ja rozumiem, o co mu chodzi. G- g- gada jak tacy faceci, co zawsze chodzą w k- k- krawatach.

– Pamiętaj, Ralph: żadnego garnituru. Do zobaczenia jutro.

Bourne wstał od stolika, ale nagle uderzyła go pewna myśl. Zamiast ruszyć do drzwi skierował się powoli w stronę baru. Wszystkie miejsca były zajęte, więc delikatnie wcisnął się bokiem między dwóch klientów, zamówił drinka, a następnie poprosił o serwetkę, na której, nie kryjąc się, napisał długopisem po francusku kilka zdań:

"Gniazdo Kosa jest warte co najmniej milion franków. Cel: dyskretne doradztwo w interesach. Bądź za pół godziny za rogiem, przy starej fabryce. Niczym nie ryzykujesz. Jeśli przyjdziesz sam, czeka dodatkowo 5000 franków".

Bourne wsunął pod serwetkę stufrankowy banknot i dał znak ręką barmanowi, który poprawił niecierpliwym gestem okulary, jakby uznał to za impertynencję. Podszedł niespiesznym krokiem i oparł na kontuarze grube, pokryte tatuażem ramię.

– O co chodzi? – zapytał gburowato.