Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 85 из 173

– A… Cześć, Lou- odpowiedział mu niepewnie delikatny falset z kosztownego apartamentu w Greenwich Village. – Mogę zadzwonić do ciebie za dwie minuty? Właśnie odprowadzam mamę do taksówki. Zaraz wrócę, zgoda?

– Oczywiście. Za dwie minuty.

Matka? Dziwka! Il pinguino! Louis podszedł do marmurowego, wyposażonego w lustro baru, nad którym unosiły się dwa różowe aniołki. Nalawszy niemal pełną szklankę, pociągnął kilka głębokich, uspokajających łyków. Po chwili zadzwonił wiszący przy barze telefon.

– Tak? – powiedział, ostrożnie trzymając w dłoni również delikatną, bo tym razem kryształową, słuchawkę.

– To ja, Lou. Już odprowadziłem mamę.

– Dobry z ciebie chłopiec, Frankie. Zawsze pamiętaj o mamie.

– Oczywiście, Lou. Ty mnie tego nauczyłeś. Powiedziałeś mi, że urządziłeś swojej mamie najwspanialszy pogrzeb, jaki widziano w East Hartford.

– Tak, bo kupiłem cały ten ich pieprzony kościół.

– To naprawdę miłe.

– A może zajęlibyśmy się czymś rzeczywiście miłym, co? Miałem okropny dzień, Frankie. Wiesz, o czym myślę?

– Jasne, Lou.

– Mam straszną ochotę. Muszę się odprężyć. Przyjedź do mnie, Frankie.

– Zaraz wsiadam do taksówki, Lou.

Prostituto! To będzie ostatnia usługa, jaką odda mu Frankie Duża Buźka.

Znalazłszy się na ulicy, stara

Adwokat rozpiął pasek ze skóry aligatora, nacisnął w dwóch miejscach sprzączkę, wydostał spod niej mały, cienki prostokącik i zapiął z powrotem pasek. Uniósłszy prostokącik pod światło, przyglądał się przez chwilę zatopionemu w nim miniaturowemu urządzeniu rejestrującemu, tak nowoczesnemu, że uchodziło uwagi nawet najbardziej wyrafinowanych czujników, po czym nachylił się w stronę kierowcy.

– William…

– Tak, sir? – Szofer spojrzał we wsteczne lusterko i ujrzał wyciągniętą rękę swego pracodawcy. Sięgnął do tyłu.

– Zabierz to do domu i przegraj na kasetę, dobrze?

– Tak jest, panie majorze.

Adwokat z Park Avenue opadł z powrotem na siedzenie i uśmiechnął się do siebie. Od tej chwili miał Louisa w garści. Capo supremo nie powinien podejmować się roboty na boku, która mogła boleśnie ugodzić w interesy rodziny, nie mówiąc już o tym, że pewne seksualne upodobania były dla mafii nie do zaakceptowania…

Morris Panov siedział z zawiązanymi oczami obok kierowcy; capo subordinato skrępował mu ręce tak luźno, jakby zdawał sobie sprawę, że jest to zupełnie niepotrzebne. Strażnik przerwał milczenie po mniej więcej trzydziestu minutach jazdy.

– To ma być jakiś specjalny dentysta? – zapytał.

– Tak. Taki, który przeprowadza operacje we wnętrzu jamy ustnej i zajmuje się problemami związanymi z zębami i dziąsłami.

Cisza. Siedem minut później:

– Jakimi problemami?

– Różnymi. Od zwykłych infekcji i usuwania korzeni, do poważniejszych zabiegów, zwykle dokonywanych we współpracy z onkologiem.

Cisza. Cztery minuty później:

– A co to za amelo cośtam?

– Rak jamy ustnej. Jeśli zauważy się go w porę, można się go pozbyć, usuwając niewielki fragment tkanki, ale jeśli nie… można stracić nawet całą szczękę.

Panov poczuł, jak samochód zatańczył przez chwilę na drodze. Cisza. Półtorej minuty później:

– Myślisz, że ja mam coś takiego?

– Jestem lekarzem, nie dzwonkiem alarmowym. Zauważyłem pewne objawy, ale nie postawiłem diagnozy.

– Więc nie pieprz, tylko ją postaw!

– Nie mam odpowiednich kwalifikacji.

– Gówno prawda! Jesteś lekarzem, nie? Prawdziwym, a nie jakimś bubkiem, który wszystkim tak gada, a nie ma żadnego papierka, gdzie by to było napisane?

– Jeśli chodzi ci o to, czy skończyłem akademię, to owszem, skończyłem.

– Więc zbadaj mnie!

– Nie mogę. Mam zawiązane oczy.

Panov poczuł, jak grube paluchy strażnika ściągają mu z głowy chustkę. Półmrok, panujący we wnętrzu samochodu, udzielił Mo odpowiedzi na gnębiące go od kilkunastu minut pytanie: w jaki sposób można podróżować z pasażerem mającym zawiązane oczy i nie zwracać niczyjej uwagi? W tym samochodzie nie stanowiło to żadnego problemu; z wyjątkiem przedniej, wszystkie szyby były nawet nie przyćmione, ale niemal matowe, co oznaczało, że z zewnątrz naprawdę były matowe. Nikt nie mógł zobaczyć, co się dzieje we wnętrzu.

– No, patrz!

– Na co?

Capo subordinato przekręcił groteskowo głowę w kierunku Panova i starając się nie spuszczać wzroku z drogi, rozdziawił szeroko usta.

– Mów, co widzisz! – ponaglił go.

– Okropnie tu ciemno – odparł Mo, zobaczywszy przez przednią szybę właściwie już wszystko, co chciał. Jechali boczną drogą, tak krętą i wąską, że ledwo zasługiwała na miano prawdziwej drogi. Bez względu na to, dokąd go wieziono, z pewnością nie wybrano najkrótszej trasy.

– Więc otwórz to pieprzone okno! – ryknął strażnik, nie odwracając głowy i rzucając z ukosa rozpaczliwe spojrzenia na drogę. Z szeroko otwartymi ustami przypominał karykaturę wymiotującego wieloryba. – Tylko mów prawdę! Połamię temu sukinsynowi wszystkie palce! Będzie mógł operować łokciami… A mówiłem durnej siostrzyczce, że nic z niego nie będzie! Wciąż tylko siedział z nosem w książkach, nie chodził na żadne akcje ani nic w tym rodzaju…

– Gdybyś przestał choć na chwilę gadać, może mógłbym się dokładniej przyjrzeć – powiedział Panov. Przez opuszczoną boczną szybę widział tylko migające drzewa i gęste krzewy. Należało wątpić, czy droga, którą jechali, była w ogóle zaznaczona na mapach. – O, tak już lepiej – mruknął, unosząc luźno związane ręce do twarzy strażnika, lecz patrząc cały czas przed siebie. – O, mój Boże! – wykrzyknął nagle.

– Co?! – wrzasnął przeraźliwie capo.

– Ropa! Wszędzie ropne wrzody, szczególnie na migdałach. Najgorsze, co może być.

– Jezu! – Samochód zatańczył ponownie, reagując na nagły ruch roztrzęsionych, trzymających kierownicę dłoni.

Duże drzewo, z przodu, po lewej stronie pustej drogi! Morris Panov chwycił za kierownicę i naparł całym ciężarem ciała, skręcając ją w lewo, a na ułamek sekundy przed uderzeniem puścił ją i skulił się na siedzeniu jak embrion, zakrywając głowę rękami.

Uderzenie było potwornie silne. Kiedy przebrzmiał ogłuszający trzask pryskającego szkła i zgrzyt dartego metalu, rozległ się syk buchającej przez rozbite cylindry pary i szmer rozprzestrzeniającego się pod wrakiem ognia, który wkrótce powinien dotrzeć do zbiornika z benzyną. Nieprzytomny strażnik jęczał słabo, a z rozciętej skóry na jego twarzy sączyła się powoli krew. Panov wydobył go z rozbitego samochodu i odciągnął najdalej, jak mógł; w chwilę potem nastąpiła eksplozja paliwa.

Siedząc na wilgotnej trawie, Morris poczekał, aż jego oddech wróci do jakiej takiej normy, a następnie, czując w dalszym ciągu na karku ołowiany ciężar strachu, pozbył się więzów i usunął z twarzy nieprzytomnego capo większość ostrych fragmentów szkła. Uporawszy się z tym zadaniem, sprawdził, czy kości są całe – prawa ręka i lewa noga sprawiały wrażenie złamanych – po czym na znalezionym w kieszeni strażnika listowym papierze z nadrukiem jakiegoś zupełnie mu nie znanego hotelu napisał diagnozę. W kieszeni znajdował się także pistolet, ale był zbyt ciężki i nieporęczny, żeby brać go ze sobą.

Wystarczy. Wierność przysiędze Hipokratesa także powi

Panov przeszukał pozostałe kieszenie strażnika, zdumiony ilością znalezionych pieniędzy – ponad sześć tysięcy dolarów – i praw jazdy – pięć sztuk, każde wystawione w i

Zdrowy rozsądek nakazywał udać się na północ, w kierunku, w którym jechali. Powrót na południe był nie tylko bezsensowny, ale także wiązał się z poważnym niebezpieczeństwem. Nagle pewna myśl uderzyła go jak obuchem;

Dobry Boże! Czy ja naprawdę zrobiłem to, co zrobiłem?

Zaczął się trząść, a ta część mózgu, w której ulokowała się jego psychiatryczna wiedza, podszepnęła mu, że to reakcja powstrząsowa.

Przestań chrzanić, ty durniu! To nie byłeś ty!

Ruszył przed siebie, a potem szedł, szedł i szedł. Znajdował się chyba na najbardziej bocznej ze wszystkich bocznych dróg, bo nigdzie w zasięgu wzroku nie było ani śladu cywilizacji, żadnego samochodu, domu, ruin szałasu lub starej farmy, ani choćby kamie

Tak też się stało.

Usłyszał narastający warkot silnika i odwrócił się raptownie. Z południa nadjeżdżał drogą czerwony samochód… Nie, nie nadjeżdżał, tylko pędził z największą możliwą prędkością. Mo rozpaczliwie zamachał ramionami, ale nic to nie dało; samochód przemknął obok niego… po czym, ku jego nieopisanej radości, gwałtownie zahamował i stanął! Mo ruszył biegiem w jego stronę, ale okazało się to niepotrzebne, gdyż kierowca włączył wsteczny bieg i cofnął pojazd, wzbijając spod buksujących kół tumany kurzu. Przez umysł Mo przebiegła błyskawicznie rada, jaką powtarzała mu przy każdej okazji jego matka: "Zawsze mów prawdę, Morris. Prawda to tarcza, którą dał nam Bóg, byśmy mogli bronić się od złego".