Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 59 из 173

– To takie okropne, takie bezsensowne! – powiedział gość z Toronto do siedzącej nieruchomo w fotelu postaci. – Mam nadzieję, że jesteś wierzący, Davidzie, bo ja jestem. Wiara bardzo pomaga w takich chwilach. Twoi najbliżsi są teraz w ramionach Boga.

– Dziękuję ci.

Nagły podmuch wiatru poruszył zasłonami; przez szczelinę wpadł do pokoju promień słońca. To wystarczyło.

– Chwileczkę! – odezwał się drugi Kanadyjczyk. – Przecież… Boże, przecież to nie jest David! Dave ma…

– Bądźcie cicho! – syknął St. Jacques, stając w drzwiach pokoju.

– Joh

– Zamknij się! – powtórzył ostrzej właściciel Pensjonatu Spokoju.

– O, mój Boże… – westchnął głęboko zastępca gubernatora.

St. Jacques wszedł między dwóch Kanadyjczyków a mężczyznę siedzącego w fotelu.

– Posłuchajcie mnie – powiedział. – Wolałbym, żebyście się tutaj nie znaleźli, ale teraz już nic nie możemy na to poradzić. Pomyślałem, że dobrze by było mieć jeszcze dwóch ludzi, którzy wszystko potwierdzą… I właśnie to zrobicie. Rozmawialiście z Davidem Webbem, pocieszaliście pogrążonego w rozpaczy Davida Webba – rozumiecie?

– Nic nie rozumiem! – zaprotestował ten z mężczyzn, który mówił o uldze, jaką przynosi wiara. – Kim, do diabła, jest ten człowiek?

– Zastępcą gubernatora – wyjaśnił St. Jacques. – Mówię wam to, żebyście zrozumieli, co…

– Masz na myśli tego palanta w galowym mundurze, który zjawił się w towarzystwie plutonu czarnych żołnierzy? – przerwał mu człowiek, który znał Davida ze wspólnych wypraw wędkarskich.

– Pełni również funkcję dowódcy garnizonu. Jest generałem…

– Ale przecież widzieliśmy, jak odjeżdża! – zaprotestował wędkarz. – Wszyscy widzieliśmy przez okno w jadalni! Byli z nim ten stary Francuz i pielęgniarka…

– Widzieliście kogoś i

– Webb…?

– Czy panowie pozwolą? – Zastępca gubernatora podniósł się z fotela. Miał na sobie źle dopasowaną do jego sylwetki marynarkę, w którą był ubrany

Bourne podczas podróży z lotniska Blackburne na Wyspę Spokoju. – Jesteście mile widzianymi gośćmi na naszej wyspie, ale w chwilach najwyższego zagrożenia musicie podporządkować się naszym decyzjom. Jeśli tego nie uczynicie, będziemy musieli zatrzymać was na jakiś czas w odosobnieniu…

– Daj spokój, Henry. To przyjaciele.

– Przyjaciele nie nazywają generałów palantami.

– Sam by pan ich tak nazywał, gdyby odebrano panu stopień porucznika – wtrącił wierzący Kanadyjczyk. – Mój przyjaciel nie miał niczego złego na myśli. Kiedy armia kanadyjska zgłosiła zapotrzebowanie na inżynierów z jego firmy, on już od dawna ganiał po polu z karabinem w ręku. Był w Ko-

rei, ale nie radził sobie najlepiej.

– Przejdźmy lepiej do rzeczy – zaproponował współtowarzysz wędkarskich wypraw Webba. – A więc rozmawialiśmy z Dave'em, tak?

– Tak jest. To wszystko, co mogę wam teraz powiedzieć.

– Wystarczy, Joh

– Owszem, uczestnicząc w tym, co zaplanowaliśmy dla gości pensjonatu. Przyniesiono wam programy ponad godzinę temu. Nic i

– Lepiej wszystko dokładnie wyjaśnij – poradził mu religijny przyjaciel Webba. – Nigdy nie czytam tych świstków.

– Kierownictwo pensjonatu urządza specjalne przyjęcie, wszystko na koszt firmy, podczas którego meteorolog z wysp Leeward opowie o tym, co zdarzyło się ostatniej nocy.

– O sztormie? – zapytał wędkarz, zdegradowany porucznik, a obecnie właściciel jednej z największych firm w Kanadzie, – Sztorm to sztorm, o czym tu opowiadać?

– Na przykład o tym, skąd się biorą takie zjawiska pogodowe, dlaczego tak szybko mijają i jak się należy podczas nich zachowywać.

– Mówiąc wprost: chodzi ci o to, żeby wszyscy byli zgromadzeni w jednym miejscu?

– Dokładnie.

– Czy to pomoże Davidowi?

– Owszem, pomoże.

– W takim razie wszyscy tam będą, gwarantuję ci to.

– Bardzo się cieszę, ale skąd ta pewność?

– Rozpowszechnię jeszcze jedną ulotkę, informującą o tym, że Angus MacPherson McLeod, przewodniczący Kanadyjskiego Stowarzyszenia Inżynierów, wyznaczył nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów dla osoby, która zada najbardziej inteligentne pytanie. Co ty na to, Joh

– Wierzę ci na słowo – mruknął St. Jacques.

– Chodźmy – powiedział McLeod do swego religijnego przyjaciela z Toronto. – Pokażemy się ze łzami w oczach i opowiemy ludziom, cośmy widzieli i słyszeli, a potem, za jakąś godzinkę, zaczniemy szeptać o darmowym bankiecie i dziesięciu tysiącach dolarów. Jeżeli świeci słońce, ludzie potrafią się skoncentrować na jednym temacie przez jakieś dwie i pół minuty, a pod czas złej pogody przez nie więcej niż cztery – możesz mi wierzyć, przeprowadziłem specjalne badania… Dziś wieczorem spodziewaj się kompletu gości, Joh

– Zaczekaj, Scotty! – zawołał człowiek głębokiej wiary, ruszając zanim. – Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany? Dwie minuty, cztery minuty, specjalne badanie… Nie wierzę w ani jedno słowo!

– Doprawdy? – Angus zatrzymał się z ręką na klamce. – Ale chyba wierzysz w dziesięć tysięcy dolarów, prawda?

– Oczywiście!

– To także wynika z moich badań… I właśnie dlatego jestem właścicielem firmy. Dobra, a teraz muszę wycisnąć z oczu kilka łez. To także jedna z umiejętności, dzięki którym jestem tym, kim jestem.

Bourne i stary Francuz siedzieli na dwóch stołkach przy oknie na poddaszu głównego budynku pensjonatu. Z miejsca, które zajmowali, roztaczał się znakomity widok na ścieżkę, która łączyła wille stojące wzdłuż wysokiego brzegu, po obu stronach kamie

– Jest blisko – odezwał się półgłosem Francuz.

– Co takiego? – Bourne oderwał lornetkę od oczu i odwrócił się raptownie w stronę swego towarzysza. – Gdzie? Z której strony?

– Nie możemy go zobaczyć, monsieur, ale jestem pewien, że jest gdzieś blisko.

– Co pan przez to rozumie?

– Czuję to. Jak zwierzę, które wyczuwa nadejście burzy. To coś jest głęboko w środku i nazywa się strach.

– Nie bardzo rozumiem.

– Ale ja tak. Nie dziwię się panu. Ten, który odważył się rzucić wyzwanie Szakalowi, człowiek o wielu twarzach, kameleon, zabójca znany jako Jason Bourne, nie może wiedzieć, co to strach. Tak nam w każdym razie mówiono.

Jason uśmiechnął się z goryczą.

– To kłamstwo – powiedział przyciszonym głosem. – Ten człowiek musi na co dzień obcować ze strachem, o jakim chyba nikt i

– Trudno mi w to uwierzyć, monsieur…

– Musi pan. To ja jestem tym człowiekiem.

– Czy jest pan tego pewien, panie Webb? A może przybiera pan swoje drugie wcielenie właśnie po to, żeby uwolnić się od tego strachu?

David Webb wpatrywał się przez chwilę w milczeniu w twarz starego człowieka.

– A czy mam jakiś wybór? – zapytał wreszcie.

– Mógłby pan zniknąć na jakiś czas wraz z rodziną i żyć gdzieś spokojnie, w pełni bezpieczny… Pański rząd z pewnością by się o to zatroszczył.

– Znalazłby nas… Znalazłby mnie, gdziekolwiek bym się ukrył.

– Jak długo jeszcze by to panu groziło? Rok? Półtora? Na pewno mniej niż dwa lata. On jest chory. Wie o tym cały Paryż, w każdym razie mój Paryż. Biorąc pod uwagę kolosalny wysiłek, jaki włożył w zorganizowanie tej pułapki na pana, wydaje mi się, że to jego ostatnia próba. Proszę stąd wyjechać, monsieur. Proszę polecieć do żony na Basse- Terre, a potem gdzieś dalej, tysiące mil stąd. Niech Szakal wróci z pustymi rękami do Paryża i zdechnie, szarpany wściekłością. Czy to nie wystarczy?

– Nie! Natychmiast znowu ruszyłby za mną! Wszystko musi się rozstrzygnąć tutaj, teraz!

– Ja i tak już wkrótce znajdę się tam, gdzie teraz jest moja żona, więc mogę sobie pozwolić na to, żeby nie zgadzać się nawet z ludźmi takimi jak pan, monsieur le Cameleon, którym dawniej bez zastanowienia przyznałbym rację. Wydaje mi się, że może pan uciec i że pan doskonale o tym wie, ale po prostu nie chce tego zrobić. Powstrzymuje pana coś, co tkwi w pańskim wnętrzu. Nie chce pan dopuścić do siebie myśli o takim rozwiązaniu, choć nie

przyniosłoby ono panu żadnej ujmy. Nie powstrzymuje pana nawet świadomość tego, że pańska rodzina jest teraz bezpieczna, ale może zginąć wielu niewi

– Chyba wystarczy tego psychoanalitycznego bełkotu – przerwał mu Bourne, unosząc do oczu lornetkę i uważnym spojrzeniem lustrując teren.

– A więc o to chodzi, prawda? – zapytał Francuz, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. – Zbyt dobrze pana wyszkolili, zbyt głęboko zaszczepili osobowość człowieka, którym miał pan się stać. To rozgrywka Jasona Bourne'a z Szakalem, w której za wszelką cenę musi wygrać Bourne… Dwa starzejące się lwy przepełnione nienawiścią sfabrykowaną przez strategów nie mających najmniejszego pojęcia o konsekwencjach, jakie to za sobą pociągnie. Ilu ludzi zginęło tylko dlatego, że znaleźli się na skrzyżowaniu waszych dróg? Ile niewi

– Stul pysk! – ryknął Jason, zaciskając rozpaczliwie oczy, by nie dopuścić do siebie chaotycznych obrazów z Paryża, Hongkongu, Makau, a także tych najświeższych, z Manassas. Tyle krwi!

Nagle drzwi otworzyły się i na poddasze wpadł zadyszany sędzia Brendan Prefontaine.

– Jest już tutaj! – wysapał. – Jeden z patroli St. Jacques'a, trzech ludzi, przestał odpowiadać na wezwania… St. Jacques wysłał człowieka, żeby sprawdził, co się stało. Właśnie wrócił… Wszyscy nie żyją. Każdy dostał kulę w gardło.

– Szakal! – wykrzyknął Francuz. – To jego wizytówka. Zaanonsował swoje przybycie!