Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 173

Rozdział 9

Brendan Patrick Pierre Prefontaine przeżył kolejne zaskoczenie. Choć nie zarezerwował wcześniej miejsca, recepcjonista w Pensjonacie Spokoju potraktował go niczym jakąś znakomitość, podał mu numer willi, a zaraz po tym wykrzyknął ze zdumieniem, że przecież osoba o tym nazwisku już ma willę, po czym szybko zapytał, jak się udał lot z Paryża. Zamieszanie trwało kilka długich minut, jako że nigdzie nie można było odszukać właściciela pensjonatu, by zasięgnąć jego opinii; nie było go w prywatnym apartamencie, a jeśli opuścił wyspę, to nikt nie wiedział, dokąd i na jak długo. Wreszcie, przy akompaniamencie wyrażających jednocześnie bezradność i szacunek wykrzykników, były sędzia z Bostonu został zaprowadzony do uroczego, niewielkiego domku z oknami wychodzącymi na Morze Karaibskie. Zupełnie przypadkowo sięgnął nie do tej kieszeni, co trzeba, i wręczył recepcjoniście pięćdziesięciodolarowy banknot; jego akcje w jednej chwili podskoczyły jeszcze bardziej. Wszystko dla szanownego gościa, który tak niespodziewanie przyleciał hydroplanem z Montserrat… Tym, co wprawiło obsługę pensjonatu w popłoch, było jego nazwisko. Czy możliwe, żeby to był przypadek? Jednak po chwili namysłu wszyscy doszli do wniosku, że przede wszystkim, ze względu na gubernatora, bezpieczniej jest przesadzić w nadgorliwości niż w drugą stronę. Prędko, wsadzamy gościa do willi.

Ledwo zdążył się rozpakować, kiedy obłęd powrócił. Do domku przyniesiono butelkę schłodzonego Chateau Carbo

Sędzia przebrał się w bermudy, skrzywił na widok swoich pajęczych nóg i wciągnął utrzymaną w pastelowych kolorach sportową koszulę. Jego strój uzupełniły białe klapki i również biała płócie

Wiem, kim jest Jean Pierre Fontaine, bo dzwonili w jego sprawie z biura gubernatora – powiedział John St. Jacques, wpatrując się we wpisy figurujące w książce gości – ale kto to, do cholery, jest ten B.P. Prefontaine?

– Znakomity sędzia ze Stanów Zjednoczonych – odparł z nadzwyczaj wyraźnym brytyjskim akcentem wysoki, czarnoskóry młody człowiek pełniący funkcję kierownika recepcji. – Mój szanowny wujek, który jest zastępcą dyrektora Urzędu Imigracyjnego, telefonował do mnie z lotniska jakieś dwie godziny temu. Niestety, byłem na piętrze, kiedy wybuchło całe to zamieszanie, ale nasi ludzie zrobili wszystko, co należało.

– Sędzia? – powtórzył ze zdziwieniem właściciel Pensjonatu Spokoju; kierownik recepcji dotknął delikatnie jego łokcia, dając mu dyskretnie znak, żeby odsunęli się nieco na bok.

– W sprawie naszych szanownych gości musi być zachowana całkowicie zupełna… diskrecja.

– A czy to źle? O co chodzi?

– Mój wuj również był bardzo diskretny, ale powiedział mi, że widział, jak znakomity sędzia kieruje się do stanowiska wewnętrznych linii lotniczych i kupuje tam bilet. Pozwolił sobie zauważyć, iż tym samym sprawdziły się jego znakomite przypuszczenia: sędzia i bohater z Francji są spokrewnieni i mają zamiar spotkać się potajemnie w nadzwyczaj ważnych sprawach.

– Jeśli tak naprawdę jest, to dlaczego nasz znakomity sędzia nie zarezerwował sobie najpierw miejsca?

– Istnieją dwa bardzo możliwe wyjaśnienia, sir. Według mego wuja początkowo mieli spotkać się na lotnisku, ale uniemożliwiło im to przywitanie zorganizowane przez gubernatora.

– A drugie wyjaśnienie?

– Pomyłka, która nastąpiła w biurze sędziego w Bostonie. Według mego wuja sędzia napomknął o niezaradności swoich pomocników i o tym, że jeśli nie dopilnowali czegoś ze sprawami paszportowymi, przyśle ich tu, żeby osobiście wszystko wyjaśnili.

– Jeżeli to prawda, to znaczy, że sędziowie w Stanach zarabiają znacznie

więcej niż w Kanadzie. Ma cholerne szczęście, że mieliśmy jeszcze miejsce.

– W sezonie letnim, proszę pana, zwykle mamy sporo miejsc…

– Nie przypominaj mi o tym. Dobra, wynika z tego, że mamy dwóch znakomitych krewnych, którzy chcą się spotkać w jakiejś sprawie, ale zabierają się do tego jak pies do jeża. Może powinieneś zadzwonić do sędziego i powiedzieć mu, w której willi mieszka Fontaine albo Prefontaine… Nie wiem, obaj ciągle mi się mylą.

– Wspomniałem o takiej możliwości mojemu wujowi, proszę pana, ale on dał mi jednoznacznie do zrozumienia, że nie powi

– Co proszę?

– Gdybym zadzwonił z tą informacją do sędziego, on natychmiast zorientowałby się, że dowiedziałem się o wszystkim od mego wuja, wicedyrektora Urzędu Imigracyjnego na Montserrat.

– Rób, co chcesz. Mam zbyt wiele i

– Zabraknie nam ludzi, sir.

– Przesunąłem paru z pensjonatu. Wiem, kto już tu jest, ale nie wiem, kto może chcieć się tutaj dostać.

– Czy mamy oczekiwać jakichś kłopotów, proszę pana?

John St. Jacques spojrzał wprost na młodego kierownika recepcji.

– Jeszcze nie teraz – odparł. – Osobiście sprawdziłem każdy cal terenu. Przy okazji: przeniosłem się do willi numer dwadzieścia, do siostry i jej dzieci.

Jean Pierre Fontaine, bohater francuskiego Ruchu Oporu z okresu II wojny światowej, zmierzał wolno betonową ścieżką w kierunku ostatniej z szeregu willi wznoszących się nad brzegiem morza. Na pierwszy rzut oka przypominała pozostałe, o różowych ścianach i czerwonym dachu, lecz otaczający ją trawnik był bardziej rozległy, a żywopłot wyższy i bardziej gęsty. Mieszkali tu premierzy i prezydenci, ministrowie i sekretarze stanu, znane i ważne osobistości poszukujące na kilka dni luksusowego azylu.

Fontaine dotarł do końca ścieżki; za półtorametrowym białym murkiem zaczynało się strome, porośnięte bujną rośli

– Jamie, chodź na obiad! – zawołała. – Czy Alison już jadła, mamusiu?

– Już zdążyła zasnąć, kochanie. Nie będzie krzyczała na swego braciszka.

– Mamusiu, ja wolę nasz dom! Dlaczego nie możemy tam pojechać?

– Bo wujek Joh

– Wtedy mieszkaliśmy w naszym domu.

– Tak, i tatuś był z nami…

– Ale było fajnie, kiedy jeździliśmy samochodem!

– Jamie, chodź wreszcie na ten obiad!

Kiedy matka i syn zniknęli we wnętrzu domu, Fontaine skrzywił się, myśląc o rozkazie, który otrzymał od Szakala, i o krwawej egzekucji, jakiej miał dokonać. Uderzyły go słowa chłopca: "Mamusiu, ja wolę nasz dom. Dlaczego nie możemy tam pojechać?…", "Wtedy mieszkaliśmy w naszym domu". I odpowiedzi: "Bo wujek Joh

Podsłuchaną wymianę zdań można było sobie wytłumaczyć na wiele sposobów, ale Fontaine potrafił wyczuć niebezpieczeństwo szybciej od wielu ludzi, bo w życiu często miewał z nim do czynienia. Wyczuł je także teraz, w związku z czym postanowił, że odbędzie jeszcze kilka wieczornych "zdrowotnych" przechadzek.

Odwróciwszy się od furtki, ruszył z powrotem wybetonowaną ścieżką tak głęboko pogrążony w myślach, że o mało nie zderzył się z mężczyzną w wieku zbliżonym do swojego, w idiotycznej białej czapeczce na głowie.

– Bardzo przepraszam – powiedział nieznajomy, ustępując mu z drogi.

– Pardon, monsieur! – wykrzyknął zawstydzony bohater ostatniej wojny, nieświadomie przechodząc na ojczysty język. – Je regrette… To jest, chciałem powiedzieć, to ja proszę o wybaczenie!

– Hę? – W oczach nieznajomego mężczyzny pojawił się dziwny błysk. – Nie ma o czym mówić.

– Pardon… Czy my już się gdzieś nie spotkaliśmy, monsieur?

– Nie wydaje mi się – odparł człowiek w idiotycznej czapce na głowie. – Ale plotki szybko się rozchodzą. Wiemy, że przebywa wśród nas bohaterski żołnierz z Francji.

– To przesada. Dawne dzieje, kiedy jeszcze byliśmy młodzi… Nazywam się Fontaine, Jean Pierre Fontaine.

– A ja… Patrick. Brendan Patrick.

– Miło mi pana poznać, monsieur. – Mężczyźni wymienili uścisk dłoni. – To urocze miejsce, nieprawdaż?

– Po prostu wspaniałe. – Ponownie odniósł wrażenie, że obcy mu się przygląda, unikając jednak stara

– Moi aussi – odparł Jean Pierre po francusku. Tym razem uczynił to celowo, zauważył bowiem, że poprzednio brzmienie tego języka wywarło na jego rozmówcy spore wrażenie. – Toujours le medecin a cet dge, n 'est- cepas?

– Bez wątpienia – powiedział stary mężczyzna o pajęczych nogach, po czym skinął głową, uniósł rękę w nie dokończonym geście pożegnania i odszedł pośpiesznie ścieżką.

Fontaine stał bez ruchu, odprowadzając wzrokiem oddalającą się postać i czekając na to, co musiało nastąpić. Nie pomylił się. W pewnej chwili mężczyzna zatrzymał się i odwrócił; przez chwilę dwaj starcy mierzyli się spojrzeniami, a potem Jean Pierre uśmiechnął się i ruszył powoli w kierunku swojej willi.

Należy to potraktować jako kolejne ostrzeżenie, pomyślał, i to znacznie poważniejsze niż poprzednie. Trzy rzeczy nie ulegały najmniejszej wątpliwości: po pierwsze – stary człowiek w białej czapeczce mówił po francusku; po drugie – wiedział, że Jean Pierre Fontaine jest w rzeczywistości kimś i