Страница 149 из 173
– Pieniądze! – wyskrzeczał Carlos. – Dałem wam setki, tysiące dolarów!
– A gdzie dowody? – zapytał z niewi
Sędzia odstawił krzesło pod ścianę i ruszył w kierunku drzwi.
Jedna za drugą czyniły to również pozostałe osoby. Każdy, nim się odwrócił do wyjścia, obrzucał dłuższym lub krótszym spojrzeniem tajemniczego człowieka, który w tak niezwykły sposób naruszył ich spokój. Wszyscy zdawali się przeczuwać, że jego życie nie potrwa już długo, a zakończą je gwałtowne, straszne wydarzenia.
Ale z pewnością nikt nie był przygotowany na to, co się stało. Zabójca w suta
– Stójcie! – ryknął. – Wszyscy stójcie!
Nikt jednak nie posłuchał; tego już było dla niego za wiele. Pękła wątła tama powstrzymująca napór szalonej nienawiści i morderca nacisnął spust. Pomieszczenie wypełnił grzechot strzelającej ogniem ciągłym broni, świst rykoszetujących od ścian pocisków i przeraźliwe krzyki konających ludzi. Carlos rzucił się do drzwi, ani na chwilę nie przestając naciskać spustu, i wybiegł na ulicę, kosząc bezlitośnie tych, którzy zdążyli się tam wydostać.
– Zdrajcy! Śmiecie! – ryczał wściekle, przeskakując w biegu ciała zabitych ludzi. Potem wskoczył do samochodu odebranego wcześniej agentom KGB, uruchomił silnik i ruszył z piskiem opon z miejsca. Skończyła się noc. Powoli wstawał nowy dzień.
Telefon nie zadzwonił, tylko dosłownie wybuchnął przeraźliwym terkotem. Aleks Conklin raptownie poderwał głowę z poduszki i otrząsając z powiek resztki snu, sięgnął do stojącego na nocnym stoliku aparatu.
– Słucham – powiedział, nie mając wcale pewności, czy przypadkiem nie trzyma na odwrót słuchawki.
– Aleksiej, uważaj! Nie wpuszczajcie nikogo do pokoju i miejcie broń w pogotowiu!
– Krupkin…? O czym ty mówisz, do cholery?
– Wściekły pies szaleje po Moskwie. – Carlos?
– Kompletnie zwariował. Zabił Rodczenkę i dwóch naszych agentów, którzy go śledzili. O czwartej rano pewien chłop znalazł ich ciała na polu – zdaje się, że obudziło go szczekanie psów, które zwietrzyły świeżą krew,
– Boże, on rzeczywiście oszalał… Ale dlaczego myślisz, że…
– Jeden z agentów był torturowany, nim zginął – wpadł mu w słowo Krupkin, uprzedzając pytanie. – To on wiózł nas z lotniska do hotelu. Był synem mojego dobrego kolegi ze studiów – porządny młody człowiek, ale zupełnie nie przygotowany na to, co go spotkało.
– Sugerujesz, że mógł powiedzieć Carlosowi o naszym przyjeździe?
– Tak… Ale to jeszcze nie wszystko. Mniej więcej godzinę temu na ulicy Wawiłowa osiem osób zginęło od kul pistoletu maszynowego. Mówię ci, prawdziwa masakra. Jedna z kobiet, dzie
– Boże! – wykrzyknął Conklin, siadając na krawędzi łóżka i wpatrując się z osłupieniem w kikut swojej prawej stopy. – To była jego kadra…
– Rzeczywiście, była – zgodził się Krupkin. – Nie wiem, czy pamiętasz, ale wspomniałem ci kiedyś, że opuszczą go przy pierwszej okazji.
– Muszę zawiadomić Jasona…
– Zaczekaj! Posłuchaj, Aleksiej…
– Tak? – Conklin sięgnął po protezę, przyciskając słuchawkę brodą dopiersi.
– Utworzyliśmy specjalny oddział, kobiety i mężczyźni, wszyscy w cywilu i uzbrojeni. Właśnie otrzymują dokładne instrukcje i wkrótce powi
– Dobry pomysł.
– Ale nie zaalarmowaliśmy ani obsługi hotelu, ani milicji.
– Bylibyście idiotami – odparł Aleks. – Musimy go tutaj załatwić, a gdyby zobaczył łudzi w mundurach i rozhisteryzowane pokojówki, na pewno zaczaiłby się gdzie indziej.
– Róbcie, co powiedziałem – polecił oficer KGB. – Nikogo nie wpuszczajcie, trzymajcie się z dala od okien i zachowajcie wszystkie środki ostrożności.
– Oczywiście… Jak to, z dala od okien? Przecież będzie potrzebował sporo czasu, żeby dowiedzieć się, gdzie jesteśmy. Zacznie pewnie od kelnerów i sprzątaczek…
– Wybacz mi, stary przyjacielu – przerwał mu Krupkin – ale czy wyobrażasz sobie tutaj, w Moskwie, księdza wypytującego w hotelu o dwóch Amerykanów, jednego wysokiego, a drugiego utykającego na prawą nogę?
– Dobre pytanie, choć trąci paranoją.
– Macie pokój na wysokim piętrze, a po drugiej stronie ulicy, dokładnie naprzeciwko waszych okien, jest dach biurowca.
– Muszę przyznać, że szybko myślisz.
– Na pewno szybciej niż ten dureń na placu Dzierżyńskiego. Zawiadomiłbym was dużo wcześniej, gdyby nie to, że mój wspaniały komisarz zadzwonił do mnie raptem dwie minuty temu.
– Obudzę Bourne'a.
– Bądź ostrożny.
Conklin nie usłyszał już rady Krupkina, bo odłożył słuchawkę i pośpiesznie założył protezę, zapinając byle jak podtrzymujące ją paski. Następnie wysunął szufladę stolika i wyjął z niej pistolet typu graz buria wraz z trzema zapasowymi magazynkami, broń skonstruowaną i produkowaną specjalnie dla KGB. Był to jedyny na świecie wytwarzany seryjnie pistolet automatyczny, do którego można było stosować tłumik. Aleks przykręcił do krótkiej lufy smukły cylinder, a następnie wciągnął spodnie, wcisnął pistolet za pas i silnie utykając, wszedł do saloniku, gdzie ujrzał całkowicie ubranego Jasona, który stał przy oknie i wyglądał na ulicę.
– Przypuszczam, że dzwonił Krupkin – powiedział Bourne.
– Zgadza się. Odejdź od okna.
– Carlos? – zapytał szybko Jason, odsuwając się od szyby. – Wie, że jesteśmy w Moskwie? Wie, gdzie jesteśmy?
– Odpowiedź na oba pytania brzmi "najprawdopodobniej tak" – odparł Conklin, po czym powtórzył w skrócie to, co usłyszał od Krupkina. – Co o tym myślisz? – spytał, kiedy zakończył relację.
– Rozsypał się – powiedział cicho Jason. – To musiało się kiedyś stać. Bomba, którą miał w głowie, wreszcie wybuchła.
– Ja też tak uważam. Jego moskiewska armia okazała się tylko mitem. Pewnie kazali mu się wypchać i wtedy nie wytrzymał.
– Żałuję, że tylu ludzi straciło życie, i na pewno wolałbym, żeby wszystko odbyło się w i
– Kruppie uważa, że Szakala opanowała psychopatyczna żądza rozprawienia się z ludźmi, którzy pierwsi poznali się na jego szaleństwie – powiedział Aleks. – Teraz, kiedy już wie, że tu jesteś, a musimy przyjąć, że wie, będzie chciał przede wszystkim zabić ciebie. Wie, że później sam zginie, ale twoja śmierć ma być czymś w rodzaju symbolicznego spełnienia.
– Zdaje się, że za często rozmawiałeś z Panovem… Właśnie, ciekawe, jak sobie radzi.
– Mogę zaspokoić twoją ciekawość. Zadzwoniłem do Paryża o trzeciej w nocy – tam była wtedy piąta rano. Może stracić władzę w lewej ręce i częściowo w prawej nodze, ale wygląda na to, że się wyliże.
– Gówno mnie obchodzą jego ręce i nogi! Co z głową?
– Prawdopodobnie w porządku. Pielęgniarka oddziałowa skarżyła się, że jest okropnym pacjentem.
– Dzięki Bogu!
– Zawsze wydawało mi się, że jesteś agnostykiem.
– To symboliczne wyrażenie. Skonsultuj się z Mo, on ci wytłumaczy. – Jason dopiero teraz zauważył pistolet za paskiem Aleksa. – Nie sądzisz, że to może za bardzo rzucać się w oczy?
– Komu?
– Na przykład obsłudze – odparł Bourne. – Zadzwoniłem po coś do jedzenia i duży dzbanek kawy.
– Nic z tego. Krupkin kazał nam nikogo nie wpuszczać, a ja dałem mu słowo.
– To trąci paranoją…
– Też tak uważam, ale jesteśmy na jego terenie. Okna to również jego pomysł.
– Zaczekaj! – wykrzyknął Bourne. – A jeśli ma rację?
– Mało prawdopodobne, chociaż niewykluczone. Tyle tylko, że… – Aleks nie dokończył, bo Jason wyszarpnął spod marynarki swój egzemplarz graza i ruszył w kierunku drzwi apartamentu.
– Co robisz? – wykrzyknął Conklin.
– Chyba zbytnio ufam przeczuciom twojego przyjaciela, ale może warto zaryzykować… Stań tam – polecił Bourne, wskazując przeciwny kąt pokoju. – Drzwi będą otwarte, a kiedy kelner zapuka, powiedz mu po rosyjsku, żeby wszedł.
– A gdzie ty będziesz?
– We wnęce na korytarzu jest automat z lodami. Oczywiście nie działa, a obok stoi automat z pepsi, naturalnie też zepsuty. Jest tam jeszcze dość miejsca, żeby się schować.
– Dzięki Ci, Boże, że stworzyłeś kapitalistów, choć potem skierowałeś ich na błędną ścieżkę! Ruszaj!
Delta uchylił drzwi, wysunął ostrożnie głowę, rozejrzał się w obie strony, po czym wypadł na korytarz i popędził do głębokiej wnęki, gdzie stały dwie nieczy