Страница 106 из 173
– Jesteś szalony…
– A ty jesteś głupcem. Dopóki istnieje choćby najmniejsza szansa, że któryś z tych ludzi jeszcze tutaj wróci, nie wolno nam niczego zepsuć.
– Teraz znowu mówisz zagadkami…
– Wcale nie – odparł Bernardine, obserwując, jak strażacy za pomocą wielkich gaśnic dogaszają wrak furgonetki. – Wyślij ludzi do każdego z tych domów. Niech zapytają, czy nic się nikomu nie stało, i wyjaśnią, że według pierwszych ustaleń to, co się wydarzyło na ulicy, było potyczką przestępczych gangów.
– Przecież to prawda?
– W każdym razie byłoby dobrze, gdyby w to uwierzyli. Nadjechała karetka pogotowia i jeszcze dwa radiowozy, wszystkie na sygnałach i z migającymi światłami. Na skrzyżowaniu z rue d'Alesia zaczęli się gromadzić mieszkańcy okolicznych budynków, większość w kapciach i pośpiesznie narzuconych szlafrokach lub podomkach. Z furgonetki Szakala pozostały jedynie dymiące, poskręcane szczątki.
– Niech ludzie pogapią się jeszcze chwilę, a potem każcie im iść do domów – ciągnął dalej Bernardine. – Za jakąś godzinę lub dwie, kiedy już to posprzątacie i zabierzecie ciała, zamelduj centrali, tylko głośno, że sytuacja została opanowana i że zostawiacie na miejscu tylko jednego człowieka, który dopilnuje uprzątania ostatnich śladów. Ma otrzymać kategoryczny zakaz indagowania kogokolwiek wchodzącego lub wychodzącego z tych budynków, czy to jasne?
– Ani trochę. Przecież sam powiedziałeś, że tam ktoś może się chować…
– Wiem, co powiedziałem – odparł ostro były konsultant Deuxieme. – To niczego nie zmienia.
– Czyli ty też tu zostaniesz?
– Tak. Pokręcę się trochę po okolicy.
– Rozumiem… A co z raportem policji? I z moim?
– Napisz prawdę, nie całą, ma się rozumieć. Otrzymałeś informację – niestety, nie możesz ujawnić źródła – że na bulwarze Lefebvre ma się wydarzyć coś, co z pewnością zainteresuje wydział do walki z narkotykami. Sprowadziłeś na miejsce oddział policji, który niczego nie odkrył, lecz wiedziony instynktem wróciłeś kilka minut później pod ten sam adres, niestety zbyt późno na to, by nie dopuścić do krwawych wydarzeń.
– Niewykluczone, że nawet mnie pochwalą… – mruknął wysoki funkcjonariusz Biura. – A twój raport? – zapytał, marszcząc brwi.
– Zobaczymy, może w ogóle nie będę musiał go pisać… – odparł jeszcze niedawno były, a teraz znowu aktualny konsultant Deuxieme.
Sanitariusze zawinęli ciała ofiar w plastikowe worki i wsadzili je do ambulansu, dźwig pomocy drogowej załadował na ciężarówkę wrak furgonetki, a pracownicy przedsiębiorstwa oczyszczania uprzątnęli miejsce tragedii; dały się słyszeć uwagi, że nie trzeba robić tego zbyt dokładnie, bo wtedy nikt nie pozna bulwaru Lefebvre. Kwadrans późnej było już po wszystkim: ciężarówka z wrakiem odjechała, zabierając ze sobą także osamotnionego policjanta, który w ten sposób skrócił sobie drogę do najbliższego posterunku, znajdującego się w dość dużej odległości. Minęła czwarta rano i wkrótce niebo nad Paryżem miał rozjaśnić pierwszy blask wstającego świtu, zwiastując początek kolejnego, wypełnionego ruchem i zgiełkiem dnia. Na razie jednak jedynymi oznakami życia na bulwarze Lefebvre były oświetlone okna w domach będących ostoją Szakala. Znajdowali się tam mężczyźni i kobiety, którym już nie było dane spać tej nocy. Mieli do wykonania zadanie zlecone przez samego monseigneura.
Bourne siedział na chodniku, opierając się plecami o mur dokładnie naprzeciwko budynku, z którego na spotkanie z policją wyszli przerażony piekarz i oburzona zako
Jego przeczucie okazało się w znacznej mierze trafne, tyle tylko, że nie przewidział wariantu z większą liczbą osób i środków lokomocji. Siedemnaście po piątej przed domem zatrzymały się dwa rowery, na których siedziały zako
Uliczny ruch w Paryżu stanowi niezgłębioną zagadkę niezależnie od pory dnia i nocy, dostarczając rozlicznych i zarazem wiarygodnych usprawiedliwień wszystkim, którzy spóźnili się na spotkanie lub zjawili się za wcześnie albo trafili w zupełnie i
Znalazł rower przypięty łańcuchem do starej żelaznej latarni. Ukrył się kilka metrów dalej w zagłębieniu muru i dotknął spowijającego mu kark bandaża; był przesiąknięty krwią, ale na szczęście pękł najwyżej jeden szew. Oprócz tego bolały go potwornie nogi… Nie, bolały to nie było dobre słowo. Nie przyzwyczajone do takiego wysiłku mięśnie protestowały potwornymi skurczami.
Spokojny jogging nie był odpowiednim przygotowaniem do gwałtownych przyśpieszeń, uników i skoków. Bourne oparł się o mur, dysząc ciężko. Nie spuszczał wzroku z roweru, usiłując odegnać od siebie myśl, która jednak powracała z okrutnym uporem: jeszcze kilka lat temu nie zwróciłby uwagi na ból w nogach z tego prostego powodu, że nic by go nie bolało.
Ciszę uliczki zakłócił szczęk zdejmowanego skobla, a zaraz potem skrzypienie ciężkich drzwi; Jason przywarł plecami do ściany, wyszarpnął zza paska pistolet i obserwował, jak zako
– Spóźni się siostra na pierwszą mszę – powiedział.
Kobieta odwróciła się raptownie, wypuszczając klucz z dłoni. Sięgnęła błyskawicznie między fałdy habitu, ale Jason jednym skokiem znalazł się tuż przy niej, unieruchomił jej ramię w żelaznym uchwycie, a drugą ręką zsunął z jej głowy biały czepek. W chwili gdy w słabym blasku wstającego dnia zobaczył twarz kobiety, aż zatkało go ze zdumienia.
– Mój Boże…! – wyszeptał wreszcie z najwyższym trudem. – To ty!