Страница 16 из 139
Ojciec wyjaśnił, że pozostaniemy w wiosce tylko dwa dni, a następnie ruszymy na północ. Dodał też, że cały następny dzień zamierzamy spędzić w klasztorze.
– Wie pan, że o Saint-Matthien krąży wiele legend, niektóre zdumie- ' wające, ale wszystkie prawdziwe – odparł z uśmiechem maitre i nagle jego twarz wydała mi się nadzwyczaj przystojna. – Czy młoda dama rozumie? Może chce je poznać?
– Je comprends, merci - odrzekłam uprzejmie.
– Bon. Opowiem panience jedną z nich. Czy chce panienka posłuchać? Ale proszę jeść kotlet… najlepszy jest gorący.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi restauracji i w progu pojawiło się uśmiechnięte starsze małżeństwo. Najwyraźniej goście hotelu. Szybko wybrali stolik.
– Bon soir, buenas terdes - powiedział jednym tchem kierownik sali. Popatrzyłam pytająco na ojca, który wybuchnął śmiechem.
– O tak, jesteśmy tu bardzo wymieszani. – Maitre również się roześmiał. – Jesteśmy la salade różnorodnych kultur. Mój dziadek świetnie mówił po hiszpańsku, wręcz perfekcyjnie, a poza tym, będąc już w podeszłym wieku, walczył podczas wojny domowej. Uwielbiamy wszystkie nasze języki i narzecza. Żadnych bomb, żadnych terrorystów jak u les Basąues. Nie jesteśmy kryminalistami.
Rozejrzał się z oburzeniem, jakby ktoś próbował mu zaprzeczyć.
– Wyjaśnię ci wszystko później – szepnął do mnie ojciec.
– Tak więc opowiem pewną historię. Z dumą muszę przyznać, że nazywają mnie tutaj historykiem naszego miasta. Jak wiadomo, klasztor zbudowano w tysięcznym roku. A dokładnie w dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym, gdyż mnisi, którzy wybrali to miejsce, byli przygotowani na nadejście Apokalipsy… rozumiesz, panienko, milenium. Wędrowali zatem po tych górach, szukając odpowiedniego miejsca na swoją świątynię. I oto jeden z nich, podczas snu, doznał wizji: z nieba zstąpił święty Mateusz i stanął na górującym nad ich głowami wierzchołku, na którym rosła biała róża. Następnego dnia mnisi wspięli się we wskazane miejsce i poświęcili górę za pomocą modlitw. To piękne miejsce. Spodoba się. To, co wam opowiedziałem, nie jest żadną wielką legendą. Po prostu krótka historia o ufundowaniu opactwa.
Tak więc, kiedy klasztor z przylegającym doń niewielkim kościółkiem liczył już sto lat, jeden z najbardziej pobożnych mnichów, który udzielał nauk młodszym, zmarł nagle w tajemniczych okolicznościach. Nazywał się Miguel de Cuxa. Jego śmierć pogrążyła braci w ogromnej żałości. Pochowano go w klasztornej krypcie. Właśnie ze względu na tę kryptę jesteśmy tak sławni. To najstarsza romańska budowla tego typu w Europie. Tak!
Zabębnił po blacie bufetu długimi palcami o krótko obciętych paznokciach.
– Tak! Wprawdzie niektórzy honor ten przypisują klasztorowi Saint-Pierre nieopodal Perpignan, ale to tylko łgarstwa mające na celu zwabienie turystów.
Tak czy owak, wielki erudyta pochowany został w krypcie. Niebawem na klasztor spadła jakaś plaga. Kilku mnichów zmarło na dziwną chorobę. Ich ciała znaleziono na klasztornych krużgankach… krużganki są przecudne. Bardzo się wam spodobają. To najładniejszy układ w całej Europie. Martwi mnisi byli bladzi jak śmierć na chorągwi, jakby coś wyssało z nich całą krew. Podejrzewano jakąś truciznę.
W końcu jeden z młodych mnichów, ulubiony uczeń zmarłego zako
Wykonał ręką dramatyczny ruch, tak że pojęłam, jak bardzo był ostry ów kij. Bez reszty koncentrowałam uwagę na mężczyźnie i jego dziwacznej francuszczyźnie, przekładając ją sobie dokładnie w duchu. Mój ojciec zaprzestał tłumaczenia i z brzękiem odłożył widelec na talerz. Kiedy na niego popatrzyłam, twarz miał białą jak kreda i wytrzeszczał oczy na naszego nowego znajomego.
– Czy możemy… – Chrząknął i dwukrotnie wytarł serwetką usta. Czy możemy prosić o kawę?
– Ale nie jedliście jeszcze salade. - Kierownik sali popatrzył na nas ze strapieniem. – Czuję się urażony. Przygotowaliśmy jeszcze poires su crees [6] , kilka gatunków wyśmienitego sera oraz gdteau [7] dla młodej damy.
– Oczywiście, oczywiście – odezwał się pośpiesznie mój ojciec. Proszę to wszystko podać.
Najniżej położone, pełne kurzu place wypełniał jazgot muzyki płynącej z głośników. Trwało jakieś miejscowe widowisko, w którym brały udział dziesięcio- i dwunastoletnie dzieci w kostiumach jakby żywcem przeniesionych z opery Carmen. Małe dziewczynki tańczyły, szeleszcząc żółtymi, taftowymi falbanami sukienek sięgających kostek i wdzięcznie kiwały głowami przystrojonymi w koronkowe mantillas. Chłopcy przytupywali, klękali i otaczali dziewczęta ciasnym kołem. Każdy z nich miał na sobie krótką, czarną kurtkę, obcisłe spodnie, a na głowie aksamitny kapelusz. W miarę jak zbliżaliśmy się do centralnego placu, muzyka stawała się głośniejsza. Towarzyszyły jej dźwięki przypominające trzaskanie z batów. Napotykaliśmy i
Dłuższą chwilę przyglądaliśmy się widowisku, po czym ruszyliśmy ostro pnącą się drogą prowadzącą do górującego nam miasteczkiem kościoła. Mój ojciec nic nie powiedział o zachodzącym szybko słońcu, ale nasze kroki wyznaczał gasnący gwałtownie dzień i wcale mnie nie zdziwiło, kiedy cała ta dzika kraina zatonęła w przedwieczornym półmroku. W miarę jak zdobywaliśmy wysokość, przed naszymi oczyma otwierała się coraz szersza panorama niebiesko-czarnych, pogrążających się w nocnym mroku Pirenejów. Zarysy szczytów szybko wtopiły się w tło równie niebiesko-czarnego nieba. Widok rozciągający się z kościelnych murów zapierał wprost dech w piersiach – nie taki, jak przyprawiające o zawrót głowy widoki z włoskich miasteczek, które do dziś mi się śnią, lecz rozległych równin i pagórków zbiegających się u stóp ogromnego masywu i umykających zawrotnie w górę, gdzie wtapiały się w tło czarnych wierzchołków. Ich postrzępione granie zasłaniały cały, znajdujący się za nimi odległy świat. Tuż pod naszymi stopami zapalały się światła miasteczka. Uliczkami i alejami snuli się ludzie, docierały do nas ich głosy i śmiechy, a z otoczonych wąskimi murkami ogródków płynął upojny zapach goździków. Jaskółki wlatywały i wylatywały z kościelnej wieży, zataczając szerokie kręgi, jakby chciały wyminąć coś niewidzialnego, co wypełniało powietrze. Nagle spostrzegłam pośród nich większego ptaka, nie tak szybkiego i wdzięcznego jak jaskółki. Natychmiast uświadomiłam sobie, że jest to nietoperz. Był prawie niewidoczny w gasnącym świetle dnia.
Mój ojciec ciężko westchnął i oparł stopę o kamie
8
13 grudnia 1930 r.
Kolegium Świętej Trójcy, Oksford
Mój Drogi i Nieszczęsny Następco!
Czerpię pewną pociechę z faktu, że w kościelnym kalendarzu jest dziś dzień świętej Łucji, patronki światła, której święty wizerunek przywieźli do ojczystych stron z południowej Italii wikingowie. Cóż może bardziej chronić przed siłami ciemności – wewnętrznymi, zewnętrznymi i wieku istymi – niż blask i ciepło, kiedy nadchodzą w najkrótsze i najzimniejsze dni w roku? Wciąż jestem tutaj po kolejnej nieprzespanej nocy. Możesz być trochę zaskoczony, jeśli wyznam Ci, że sypiam z warkoczem czosnku pod poduszką, a na szyi -ja, stary ateusz – noszę zawieszony na łańcuszku złoty krzyżyk. Twojej wyobraźni zostawiam takie formy obrony, ale mają one swoje intelektualne i psychologiczne równoważniki. Do tych ostatnich zwłaszcza przykładam największe znaczenie, zarówno nocą, jak i za dnia.
Podsumowując moje badania: tak, zmieniłem nieco plany mojej podróży ostatniego lata, włączając do niej Stambuł, a następnie jeszcze raz je zmieniłem pod wpływem niewielkiego pergaminu, który wpadł mi w ręce. Zbadałem dokładnie każdy dokument, na jaki natrafiłem w Oksfordzie i w Londynie, mogący odnosić się do słowa «Draculya" z mojej tajemniczej, niezapisanej księgi. Poczyniłem szereg notatek na ten temat, które Ty, niespokojny czytelnik z przyszłości, znajdziesz wraz z tymi listami. Trochę je później rozszerzyłem, jak się sam przekonasz, imam nadzieję, że nas ochronią oraz poprowadzą Cię, wskazując nowe ślady.
W przeddzień wyjazdu do Grecji naprawdę chciałem porzucić bezsensowne badania, pogoń za przypadkowo napotkanym symbolem w okazjonalnie znalezionej księdze. Doskonale wiedziałem, że zająłem się tą sprawą, w którą nawet nie wierzyłem, by rzucić wyzwanie własnemu losowi, uświadamiałem sobie, iż ścigać będę zwodnicze i pełne zła słówko «Draculya ", by odnaleźć je na kartach historii, choć była to już czysta naukowa fanfaronada.
[6] Gruszki w cukrze.
[7] Ciastko.