Страница 129 из 139
W nikłym blasku naszych świec ujrzeliśmy rozległą komnatę. Nieopodal drzwi znajdowały się stoły – długie, masywne, starodawne stoły oraz puste półki na książki. W porównaniu z korytarzem powietrze w podziemnej komorze było wyjątkowo suche, jakby działała tam jakaś ukryta wentylacja. Przytuleni do siebie bacznie nasłuchiwaliśmy, ale otaczała nas martwa cisza. Gorąco pragnąłem przeniknąć wzrokiem czające się wokół nas ciemności. Z mroku wyłonił się wieloramie
«Czy to biblioteka? – zapytałem cicho. – Ale przecież nic tutaj nie ma».
Znów zastygliśmy w bezruchu, bacznie nasłuchując. Pistolet Helen błyszczał w jasnym, migotliwym świetle świec. Właściwie to ja powinienem go trzymać i w razie potrzeby zrobić z niego użytek, ale nie umiałem posługiwać się bronią palną. A Helen, jak się sam przekonałem, była wyborowym strzelcem.
«Popatrz, Paul».
Wolną ręką wskazała na coś, co przykuło jej uwagę.
«Helen, ostrożnie» – powiedziałem ostrzegawczo, ale ona już ruszyła szybko do przodu.
Blask świecy wyłowił z ciemności wielki, kamie
W tej samej chwili gdzieś w oddali za naszymi plecami wszczął się tumult. Gwałtowny tupot nóg, szamotanina i przepychanka prawie zagłuszyły delikatny odgłos, jaki dobiegł z ciemności zalegających za grobowcem. Szelest przesypującej się, suchej ziemi. Jednocześnie rzuciliśmy się w stronę sarkofagu. Nie miał przykrywy i był pusty – podobnie jak pozostałe dwa grobowce. I ten dźwięk. Gdzieś w mroku przedzierało się przez korzenie rosnących na powierzchni ziemi drzew jakieś niewielkie stworzenie.
Helen wypaliła na oślep w mrok, skąd dobiegały dźwięki. Posypała się ziemia i drobne kamyczki. Oświetlając sobie drogę świecą, pobiegłem w tamtą stronę. Biblioteka kończyła się ślepą ścianą. Ze sklepionego sufitu zwieszały się korzenie drzew. W niszy, gdzie kiedyś zapewne stała ikona, dostrzegłem na kamie
Z hukiem otworzyły się znajdujące się za naszymi plecami drzwi. Odwróciliśmy się gwałtownie w tamtą stronę. Cały czas ściskałem kurczowo dłoń Helen. W światło naszych świec wdał się jaskrawy blask latarki. Przed nami poruszały się jakieś cienie, rozległ się głośny krzyk. Z cienia wyłonił się Ranow, a za nim, rzucająca ruchome cienie na ściany, wysoka postać Józsefa Gezy. Na pięty następował mu najwyraźniej przerażony brat Iwan. Za nim kroczył jakiś urzędnik w czarnym garniturze, w kapeluszu i z czarnymi wąsami. Na końcu ujrzałem kolejną postać. Poruszała się powoli i niepewnie, najwyraźniej wstrzymując cały pochód. Stoiczew. Na jego twarzy malował się zmieszany wyraz strachu, żalu i ciekawości. Policzek przecinała długa, krwawa szrama. Przez dłuższą chwilę mierzył nas smętnym spojrzeniem starczych oczu, po czym poruszył ustami, jakby dziękując Bogu, że zastał nas żywych.
Geza i Ranow w ułamku sekundy znaleźli się przy nas. Nasz przewodnik wycelował we mnie broń, a Geza w Helen. Mnich stał bez ruchu, obserwując scenę z otwartymi ze zdumienia ustami. Stoiczew, czujny i spokojny, trzymał się na samym końcu. Przybrany w czarny garnitur urzędnik cały czas krył się w cieniu.
«Rzuć broń» – warknął Ranow i Helen posłusznie rzuciła pistolet na ziemię.
Czule objąłem ją ramieniem. W mrocznym świetle świec ich twarze, z wyjątkiem oblicza Stoiczewa, były bardziej niż złowieszcze. Odniosłem wrażenie, że gdyby stary profesor nie był aż tak przerażony, przesłałby nam serdeczny uśmiech.
«Co ty tu, do licha, robisz?» – zapytała Gezę Helen, zanim zdążyłem ją powstrzymać.
«Co ty, do licha, tu robisz, moja droga?» – odparł pytaniem.
Sprawiał wrażenie wyższego, niż go zapamiętałem, miał na sobie jasną koszulę i spodnie podobnej barwy, a na nogach turystyczne buty. Podczas konferencji nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo go nie lubię.
«Gdzie on jest?» – warknął Ranow, przenosząc na mnie wzrok.
«Nie żyje – odparłem. – Przechodziliście przecież obok krypty. Musieliście go widzieć».
«0 czym pan mówi?» – zapytał Ranow, marszcząc brwi.
Coś, jakiś instynkt, który zawdzięczałem Helen, powstrzymał mnie przed odpowiedzią.
«A o kogo panu chodzi?» – spytała lodowatym tonem Helen.
Geza wycelował w nią broń.
«Dobrze pani wie, Eleno Rossi. Gdzie jest Dracula?»
Na tak proste pytanie pozwoliłem pierwszej odpowiedzieć Helen.
«Najwyraźniej tu go nie ma – odparła z największą pogardą. – Proszę sprawdzić grobowce».
Na jej słowa urzędnik dał krok do przodu i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć.
«Pilnuj ich» – polecił Ranow Gezie, a sam czujnie ruszył między stoły.
Rozglądał się wokół, badając każdy napotkany przedmiot. Zrozumiałem, że nigdy jeszcze nie odwiedzał tego miejsca. Ubrany w ciemny garnitur urzędnik postępował za nim w milczeniu krok w krok. Kiedy dotarli do sarkofagów, Ranow uniósł latarkę i broń, po czym ostrożnie zajrzał do grobowca.
«Pusty» – stwierdził, odwracając głowę w kierunku Gezy. Zwrócił się w stronę dwóch pozostałych, mniejszych grobowców. – A to co? Pomóżcie mi».
Urzędnik i mnich posłusznie ruszyli w jego stronę. Stoiczew niespiesznie ruszył ich śladem. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy oglądał puste stoły i szafy. Nie miałem zielonego pojęcia, skąd się tu wziął.
Ranow zaglądał do sarkofagów.
«Puste – oświadczył ponuro. – Nic w nich nie ma. Przeszukajcie komnatę. – Geza zaczął myszkować między stołami, zaglądać do każdej szafy, badać każdy załom ściany. – A może go widzieliście? Albo słyszeliście? – zwrócił się do nas z pytaniem.
«Nie» – odparłem mniej więcej zgodnie z prawdą.
Wmawiałem sobie, że jeśli tylko nie wyrządzą krzywdy Helen, jeśli ją wypuszczą, nasza wyprawa zakończy się sukcesem. Niczego i
Geza mruknął coś pod nosem po węgiersku. Musiało być to jakieś szpetne przekleństwo, gdyż Helen, mimo wycelowanej w nią broni, lekko się uśmiechnęła.
«To bez sensu. Wszystkie grobowce są puste – oświadczył. – A on już tu nigdy nie wróci, skoro grób w krypcie jest pusty».
Przez chwilę przetrawiałem jego słowa. Grób w krypcie jest pusty? Zatem gdzie podziało się ciało Rossiego, które tam zostawiliśmy?
Ranow odwrócił się do Stoiczewa:
«Niech pan nam powie, co tu się naprawdę dzieje?» – spytał.
Opuścili wreszcie broń, a ja przytuliłem do siebie Helen. Geza obrzucił mnie ponurym spojrzeniem, ale nie odezwał się słowem.
Stoiczew, jakby oczekiwał tej chwili, sięgnął ochoczo po latarkę. Podszedł do najbliższego stołu i zabębnił palcami po jego blacie.
«To chyba dąb, a sam stół pochodzi ze średniowiecza – oświadczył cicho. Zerknął pod blat, po czym popatrzył w stronę szafy. – Ale o tym meblu mogę powiedzieć niewiele».
Czekaliśmy pogrążeni w milczeniu. Geza ze wściekłością kopnął nogę stołu.
«I co mam powiedzieć w Ministerstwie Kultury? Przecież ten Wołoch należy do nas. Był więziony na Węgrzech, a jego kraj należał do nas».
«Nie musimy się kłócić o to, gdzie go znajdziemy» – warknął Ranow.
Dotarło nieoczekiwanie do mnie, że rozmawiają po angielsku i serdecznie się nie znoszą. W tej samej chwili uświadomiłem sobie też, kogo Ranow mi przypomina. Jego toporne rysy i gęsty czarny wąs do złudzenia przypominały mi fotografię młodego Stalina, którą kiedyś oglądałem. Jednak ludzie pokroju Ranowa czy Gezy czynili niewielkie szkody z tego względu, że mieli niewielkie wpływy.
«Powiedz swojej ciotce, by bardziej uważała z rozmowami telefonicznymi^ – Geza obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem. Poczułem, że Helen zesztywniała. – Niech twój przeklęty mnich pilnuje tego miejsca dodał pod adresem Ranowa, który wydał stosowne polecenie.
Nieszczęsny brat Iwan zadrżał. W tej samej chwili światło latarki Ranowa padło nieoczekiwanie w i
«Helen! – wrzasnąłem. – Popatrz!»
Kobieta wytrzeszczyła oczy.
«0 co chodzi?» – Geza odwrócił się gwałtownie w jej stronę.
«Ten człowiek!… – wykrzyknęła przerażona. – Ten człowiek tam… To…»
«To wampir – oświadczyłem beznamiętnie. – Podąża za nami aż z uniwersytetu w Stanach Zjednoczonych».
W tej samej chwili stwór zaczął uciekać. Próbował nas wyminąć. Przechytrzył Gezę, który próbował go złapać, ale Ranow był szybszy. Zderzył się z bibliotekarzem, chwycił go wpół, po czym z krzykiem odskoczył, a bibliotekarz podjął ucieczkę. Ranow błyskawicznie się odwrócił i zaczął strzelać do znajdującej się już kilkanaście metrów od niego postaci. Ale z równie dobrym skutkiem mógł strzelać w powietrze. Upiorny bibliotekarz zniknął – zniknął tak nagle, że nie byłem pewien, czy w ogóle pojawił się w tych podziemnych lochach. Ranow ruszył za nim, lecz szybko wrócił. Gapiliśmy się na niego jak sroki w gnat. Twarz miał bladą, a kiedy sięgnął do swojej potarganej marynarki, spod palców wypłynęła mu strużka krwi. Popatrzył na nas i zapytał drżącym głosem:
«0 co w tym wszystkim chodzi?»
«Wielki Boże! -jęknął Geza. – On cię ugryzł. – Cofnął się gwałtownie od Ranowa. – A ja kilkakrotnie byłem z tym'małym człowieczkiem sam na sam. Powiedział mi, gdzie znajdę Amerykanów, ale nie zająknął się słowem, że jest…»