Страница 127 из 139
– Zróbmy sobie teraz małą wycieczkę – powiedział, zapalając świece. Następnie podszedł do stołu, gdzie z kolei pozapalał lampy. – Musimy przejrzeć pewne dokumenty.
Bardzo nie podobała mi się gra światła na jego twarzy, kiedy pochylał się nad zapalanymi lampami. Skoncentrowałem więc uwagę na tytułach wyłaniających się z mroku książek. Podszedł do mnie w chwili, gdy stałem przed arabskimi zwojami i księgami, które widziałem już wcześniej.
Ku mej uldze zatrzymał się w odległości dwóch metrów, ale nawet z tej odległości docierała do mnie jego gryząca woń. Zakręciło mi się od niej w głowie. Musisz trzymać się dzielnie – napomniałem się w duchu. Nie miałem pojęcia, co może przynieść kolejna noc.
– Widzę, że natrafił już pan na jeden z moich łupów woje
– Bardziej niż słabo - wyznałem.
– Ha – mruknął wyraźnie rozbawiony. – Ich pismo i język poznałem, przebywając u nich w niewoli. Pan wie, że byłem ich więźniem?
Nie patrząc w jego stronę, skinąłem głową.
– Tak, mój ojciec oddał mnie ojcu Mehmeda jako zakładnika, żebyśmy nie wszczynali działań woje
Mówił głosem tak gwałtownym, że mimo woli spojrzałem w jego stro nę. Oczy pałały mu strasznym blaskiem, w twarzy malował się bezmiar nienawiści, spod długich wąsów sterczały ostre kły. Wybuchnął przera żającym śmiechem.
– Odniosłem triumf, a oni zniknęli. – Wsunął dłoń za skórzany pas przepięknej roboty. – Sułtan tak się mnie bał, że powołał specjalny zakon rycerski, którego członkowie mieli mnie ścigać. Kilku z nich wciąż jeszcze żyje gdzieś w Carogrodzie – przyznaję, że jest to pewna niedogodność. Ale jest ich coraz mniej, ich szeregi kruszą się coraz bardziej, podczas gdy moi słudzy nieusta
Prowadził od jednego działu do drugiego, pokazując szczególne raryr tasy. Zrozumiałem, że mój domysł, iż Dracula uporządkował zbiory na swój sposób, był słuszny. Ogromną szafę wypełniały rękopiśmie
Dracula zatrzymał się przed olbrzymim regałem. Z niezwykłą czu łością położył na nim rękę.
– Ten dział interesuje mnie szczególnie i tuszę, że pana zainteresuje w nie mniejszym stopniu. Te dzieła to moje biografie.
Ujrzałem unikatowe oryginały prac bizantyjskich i osmańskich historyków oraz ich kopie tworzone w następnych stuleciach. Znajdowały się tam średniowieczne książki pochodzące z Niemiec, Rosji, Węgier i Kon stantynopola, a wszystkie zgodnie dokumentowały jego zbrodnie. O wie lu z nich, w trakcie swych badań, nawet nie słyszałem. Ogarnęła mnie nieprzytomna ciekawość i po chwili dopiero uprzytomniłem sobie, że za pewne nigdy już tych studiów nie zakończę. Odkryłem liczne dokumenty siedemnastowiecznego folkloru ludowego, odnoszące się do legend o wampirze. Dziwiło mnie, że tak chętnie umieścił je pośród swoich biografii. Położył wielką dłoń na wczesnym wydaniu Brama Stokera, uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Szybko przeszliśmy do kolejnej sekcji.
– To również powi
Zaoferował mi miejsce przy ogniu. Czekała znów na mnie gorąca, pa rująca herbata. Kiedy zajęliśmy miejsca, odwrócił się w moją stronę.
– Niebawem czeka mnie moja strawa – powiedział cicho. – Ale najpierw zadam panu pewne pytanie. - Wbrew mej woli zaczęły gwałtownie drżeć mi dłonie. Nie chciałem się odzywać w obawie przed wybuchem jego gniewu. – Cieszy się pan gości
Ponownie urwał, a ja wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w jego twarz odwróconą do ognia.
– Przy pańskiej nieposzlakowanej uczciwości wyciąga pan z pewnością wnioski, jakich dostarcza nam historia. A ona nauczyła nas, że człowiek jest z natury zły, a zatem cudowny. Bóg nie jest doskonały, ale zło jest. Dlaczego nie miałby pan użyć swego olśniewającego umysłu w służbie czegoś, co jest doskonałością? Proszę cię zatem, przyjacielu, przyłącz się do mnie w badaniach. Jeśli wyrazisz zgodę, unikniesz straszliwych cierpień, a ja sporych kłopotów. Razem wzniesiemy historię na wyżyny, jakich nie widział świat. Dostaniesz to, o czym marzy każdy dziejopis: historia stanie się twoim życiem. Wymyjemy do czysta nasze umysły krwią.
Odwrócił się w moją stronę, oczy pałały mu starożytną wiedzą, rozchylił czerwone usta. Ten człowiek obdarzony nadludzką wręcz inteligencją pozostałby wielki, gdyby jego umysł nie został skażony nienawiścią. Robiłem wszystko, co w mej mocy, żeby nie zemdleć, nie rzucić się przed nim na kolana, nie poddać się jego woli. Był wodzem, księciem. Nie tolerował najmniejszego sprzeciwu. Przywołałem w pamięci wszystko, co tak bardzo ukochałem w życiu, i powiedziałem najbardziej zdecydowanym tonem, na jaki mogłem się zdobyć:
– Nigdy.
Twarz mu pobladła, zapłonęła gniewem, ze wściekłości wykrzywił nozdrza i usta.
– A więc z pewnością tu umrzesz, profesorze Rossi – odparł, wyraźnie starając się zapanować nad głosem. – Nigdy już żywy nie opuścisz tych komnat, choć w nowym życiu wyjdziesz na świat. Dlaczego więc nie dokonasz wyboru?
– Nie – powiedziałem najspokojniej, jak umiałem.
Podniósł się z krzesła. Na jego twarzy igrał złowieszczy uśmiech.
– A więc będziesz pracować dla mnie wbrew swojej woli.
Przed oczyma zaczęło mi się rozlewać jezioro mroku. Sięgnąłem myślami do ostatnich rezerw… czego? Zaczęła cierpnąć mi skóra, przed oczyma pojawiły się roje gwiazd wykwitających na mrocznych ścianach rozległej krypty. Kiedy dał krok w moją stronę, ujrzałem jego prawdziwe oblicze. Było tak przerażające, że nie mogę go sobie przypomnieć do teraz… choć próbuję. Później długo nic nie pamiętałem.
Obudziłem się w sarkofagu. Wokół panowały nieprzeniknione ciemności. Pomyślałem, że jest to znów pierwszy dzień i moje pierwsze przebudzenie. Natychmiast jednak uświadomiłem sobie, gdzie naprawdę jestem. Tym razem byłem znacznie bardziej osłabiony. Rana na szyi pulsowała, sączyła się z niej krew. Straciłem jej wiele, ale nie na tyle, by kompletnie mnie unieruchomić. Po jakimś czasie udało mi się niezdarnie wygramolić z mego więzienia. Pamiętałem chwilę, kiedy utraciłem świadomość. W blasku świec dostrzegłem Dracułę śpiącego w ogromnym grobowcu. Oczy miał szkliste i szeroko otwarte, czerwone usta, dłoń zaciskał na rękojeści sztyletu. Odwróciłem się przejęty najwyższą zgrozą i usiadłem przy ogniu. Próbowałem jeść przygotowany tam dla mnie posiłek.