Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 102 из 102

– Zamknij się, człowieku – przerwał mężczyźnie Minor. Wszyscy policjanci popatrzyli na niego z niechęcią. Nieźle się tu bawili.

Trudy zrobiła zdjęcia, Lawrence zmierzył długie łajno.

– Dokładnie dwa metry i trzydzieści pięć centymetrów – oświadczył, jakby mierzył długość hamowania.

– Szerokość metr siedemdziesiąt. Wysokość w najwyższym punkcie mniej więcej metr.

Dar ukląkł niedaleko nóg wystających spod sterty ekskrementów. Syd popatrzyła na niego z zaciekawieniem. Minor dotknął wypolerowanego buta martwego mężczyzny.

– Prawdopodobnie ktoś go pchnął z całych sił. Upadając, uderzył w betonowe podłoże i stracił przytomność – powiedział. – No a potem się udusił. Prawdopodobnie do końca nie odzyskał przytomności.

– No to lepiej dla niego, jak sądzę – wtrącił młody policjant z szerokim uśmiechem. – Wyobraźmy sobie nasz raport…

Darwin podniósł się tak szybko, że młody policjant z zaskoczenia zrobił dwa kroki w tył, a jego prawa ręka mimowolnie opadła na pistolet.

– Mówiłem ci, żebyś się uciszył, i nie będę więcej powtarzał – warknął Minor. Wyciągnął przy tym palec i wycelował go młodemu mundurowemu w twarz. Funkcjonariusz próbował się uśmiechnąć pogardliwie, niestety efekt zniszczyło drżenie jego warg. – Nie pstrykaj więcej fotek, Trudy – powiedział Dar. – Jeszcze nie. Proszę.

Sydney nie przestawała mu się przyglądać. Darwin podszedł do szlochającej asystentki dyrektora, pożyczył od niej żółte rękawiczki, włożył je, po czym wrócił do stosu łajna i zaczął grzebać w dalszym końcu ostrożnie, niemal z szacunkiem.

Nagle zaczął bezgłośnie płakać. Po jego policzkach spłynęły łzy, a ramiona mu się zatrzęsły.

Policjanci popatrzyli na siebie nawzajem i zakłopotani cofnęli się o kilka kroków. Lawrence zerknął na żonę.

– Larry, podałbyś mi tego węża? – spytał Darwin. Jego ramiona wciąż nieznacznie drżały, a palce w żółtych rękawiczkach wyraźnie się trzęsły.

– Lawrence – odburknął Stewart, niemniej przyniósł kapiącego wodą węża.

Dar odgarnął palcami łajno z twarzy nieżyjącego mężczyzny, a resztki spłukał jak najdokładniej wodą. Sydney zbliżyła się do sterty ekskrementów. Martwy pracownik zoo okazał się bardzo przystojnym człowiekiem pod sześćdziesiątkę, o krótkich, falujących, siwych włosach. Wyglądał, jakby spał – znacznie spokojniej niż większość zwłok wystawianych na widok publiczny w domach pogrzebowych. Minor przemył mu ponownie twarz wodą i delikatnie usunął ostatnie kawałki łajna.

– Pani Haywood – spytał asystentkę dyrektora – jak się nazywał ten pracownik?

Słonica Emma zatrąbiła ze smutkiem w klatce obok. Odgłos skojarzył im się z kobietą płaczącą z powodu straty dziecka.

– Carl – odparła Haywood. Minor potrząsnął głową.

– Chodzi mi o imię i nazwisko.

– Carl Richardson – wyrecytowała asystentka dyrektora. – Nie miał żadnej rodziny. Jego dorosła córka zginęła w ubiegłym roku w wypadku w pobliżu wulkanu gdzieś na Hawajach. Emma była jego jedyną… Zawsze próbował… – Kobieta znów przerwała. – Dzielił go tylko miesiąc od emerytury – wydukała po chwili. – Bardzo się martwił, jak Emma sobie bez niego poradzi.

Darwin pokiwał głową, po czym popatrzył na Lawrence’a i Trudy.

– Możecie porobić teraz zdjęcia – powiedział. – I zapiszcie nazwisko mężczyzny. Carl Richardson.

Stewart skinął głową i zaczął pstrykać fotografie. Minor wstał, zdjął rękawiczki i rzucił je na beton.

– Nazwiska są ważne – rzucił, jak gdyby do siebie. – Nazwisko jest…

– Elementem poznania i symbolem różnicy poszczególnych natur – dopowiedziała Syd.

– Sokrates – podsumował Dar. Zabrzmiało to jak końcowe błogosławieństwo. Następnie odwrócił się tyłem do grupy ludzi i ruszył do najbliższej toalety, aby się umyć.

Kiedy wyszedł z podwiniętymi rękawami, jego ręce, ramiona, twarz i szyja pachniały mydłem w płynie. Sydney czekała na niego na zewnątrz.

– Przepraszam – jęknął, podchodząc do przyjaciółki.

– Cicho – odparła Syd. – Jest ładny niedzielny poranek, a zoo jeszcze nie otworzyli. Może się trochę przejdziemy, zanim wrócimy do domu? Jedyna rzecz, której nie cierpię w ogrodzie zoologicznym, to tłumy.

Minor pokiwał głową. Sydney wzięła go za rękę i ruszyli w dół szeroką lecz krętą ścieżką asfaltową. Promienie jaskrawego, letniego słońca rozświetlały liście posadzonych tu drzew tropikalnych do niesamowitych odcieni zieleni. Gdzieś zaryczał lew albo tygrys.

– Hesma fobou - odezwała się po chwili Syd. Zatrzymali się w cieniu drzewa o licznych rozłożystych konarach, porośniętych maleńkimi listkami. Na pobliskiej wysepce małe małpki skakały z gałęzi na gałąź niczym idealnie zsynchronizowane ze sobą baletnice.

– Co takiego? – spytał Darwin, dziwnie jej się przyglądając.

– Hesma fobou - powtórzyła kobieta. – Czytałam o twoich Spartanach. Płacz po bitwie… upadek na kolana… roztrzęsione ręce… drżące ciało. Hesma fobou, czyli „wyzbycie się strachu”.

– Zgadza się – odparł Minor.

– Nie uważano tej reakcji za słabość – kontynuowała Sydney. – Wydawała się wtedy konieczna. Po bitwie uwalniasz się od najgorszego rodzaju demona strachu. Demona obojętności. – Dar kiwnął głową. – To trwało zbyt długo, mój drogi – dodała i ścisnęła dłoń Minora.

– I nigdy nie zapominali imion ludzi, którzy odeszli – szepnął. Wahał się kilka sekund, zanim znów się odezwał: – Imię mojej żony brzmiało Barbara, a mojemu synowi było na imię David. – Syd pocałowała go. – Jest ładny dzień – ciągnął. – Cieszmy się przez jakiś czas wizytą w zoo, a potem wróćmy do Lawrence’a i Trudy. Możemy zjeść z nimi śniadanie w jakimś lokalu z ogródkiem.

– Lawrence’a – powtórzyła Sydney.

Darwin uniósł nieznacznie brwi.

– Nazwałeś go Lawrence’em – wyjaśniła. – Nie Larrym, lecz Lawrence’em.

– Imię jest ważne – odparował. Syd uśmiechnęła się.

– Przejdźmy się więc, dobrze?

Uszli najwyżej dziesięć kroków, gdy usłyszeli za sobą jakiś hałas. Oboje równocześnie się odwrócili.

Jedna z mniejszych małp przeliczyła się nieco i skoczyła na zbyt cienką dla niej gałąź, ta złamała się i małpka przez moment spadała z wysokości przynajmniej dwunastu metrów, usiłując się po drodze schwycić wszystkimi kończynami rosnących niżej gałęzi. Niestety, poszczególne gałęzie się łamały, równocześnie jednak wyhamowywały zwierzę i osłabiały jego upadek. Kiedy w końcu małpka spadła, wydawała się jedynie zdziwiona i zaskoczona, po czym skuliła się na betonowej podstawie małpiej wyspy i zadrżała. W końcu usiadła, lecz pozostawała skulona niemal w pozycję embrionalnej. Po dziecięcemu ssała kciuk. Słońce oświetliło jej głowę i ciało małpki zadrżało jeszcze mocniej.

Wokół małpki jeszcze przez jakiś czas gęsto spadały kolejne gałązki i liście. Ponad nią wszystkie i

Dar popatrzył na Syd. Kobieta ponownie chwyciła go za rękę, uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową.

Pozostało im jeszcze wiele pytań bez odpowiedzi, lecz rozwiązali już sporo zagadek, toteż spokojnie ruszyli ścieżką przemieszczając się od cienia przez światła znów do cienia.


Понравилась книга?

Поделитесь впечатлением

Скачать книгу в формате:

Поделиться: