Страница 3 из 62
W Villarosa Mark Fawcett czekał na przyjęcie cztery dni. Rankiem piątego dnia, kiedy przygotowywał się już na dłuższe oczekiwanie, pozwolono mu przekroczyć próg rozmównicy w części surowo przestrzeganej klauzury. Jego przewodniczka, uśmiechnięta serdecznie siostra pełna łagodnych krągłości, jak kłębuszek wełny, wyszła mu naprzeciw z głębi eleganckiego korytarza, krytego portykami i okrążającego podwórze, ożywione rozkwieconymi grządkami wokół rzeźbionej, kamie
Styczniowe powietrze było ciepłe i łagodne jak wiose
Zako
Siostrzyczka, okrąglutka i pulchna doprowadziła go do ciężkich, rzeźbionych orzechowych drzwi. Zanim je minął, przeczytał na murze napis gotykiem: „Foresteria – Rozmównica”. Przekroczył próg i znalazł się w dużej kwadratowej sali wśród ścian o olśniewającej bieli i pociemniałych przez wieki belkach na suficie. Zadrżał od tego antycznego i podniosłego jak w katedrze chłodu, nieznacznie tylko ocieplonego przez ogień buzujący w dużym kominku z szarego kamienia, przed którym ustawione były dwa surowe krzesła.
Przewodniczka wskazała mu jedno z nich, uśmiechnęła się i bez słowa wyszła.
Mark pozostał sam w niezmąconej ciszy o różowej barwie błysków ognia i zawładnęło nim nieokreślone uczucie błogości i lekkiego niepokoju. Niepewność związana ze spotkaniem nie ulotniła się całkowicie, była jedynie silnie przytłumiona podniosłym spokojem tego wspaniałego miejsca.
Surowa przeorysza, z którą rozmawiał po przybyciu, nigdy nie broniła mu spotkania z siostrą A
Mark właśnie miał usiąść, gdy wydało mu się, że słyszy za plecami lekki szelest przypominający uderzenia skrzydeł motyla.
Odwrócił się i ujrzał ją przed sobą. Otworzył usta, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Nieruchoma, piękna postać w stroju zako
– Pani Carr – udało mu się wreszcie wyjąkać.
– Siostro A
Zako
Mark wyczuwał pod tym surowym strojem sylwetkę smukłą i harmonijną, którą podziwiał wiele lat temu, dokładnie dziesięć, kiedy wspaniała czterdziestolatka była na fali sukcesu. Wtedy wielu mężczyzn, ważnych i nie, łącznie z nim samym, uczyniłoby wszystko, aby znaleźć się w jej łóżku, które było dostępne tylko dla jednego szczęśliwcy, banalnego męża. I teraz, po tak długim czasie, Mark odczuwał to samo przyciąganie. Krew napłynęła mu do twarzy, pulsowała mu skroń, ogarniało go pożądanie wywołane jej obecnością, tymi oczami o kolorze rozsypanego złota, lekkim szelestem sukni, delikatnym zapachem lawendy i kobiety. Zaciął się, próbując parę razy podjąć dialog. Siostra obdarzyła go uśmiechem zrozumienia. Jej sposób bycia, patrzenia, uśmiechania się nie kojarzył się z zako
– Czego pan ode mnie chce, panie Fawcett? – zapytała przejmując inicjatywę.
– Nie domyśla się pani? – zapytał w odpowiedzi.
– Oczekiwałam czegoś oryginalniejszego i szlachetniejszego od zwykłego grubiańskiego wtrącania się w moje prywatne życie, w życie osoby, która wybrała medytację, modlitwę i ciszę. Pan chce głośnej historii, scoopu – zareplikowała, niespodziewanie czerwieniąc się, a złość rozbłysła w jej oczach, czyniąc ją jeszcze piękniejszą.
– Tak – przyznał Mark. – Usprawiedliwianie się nie miałoby sensu – powiedział odzyskując niezbędny dystans. – Pani wie doskonale, jakie mogłyby być moje cele. Wystarczy, że będzie pani wiedzieć, że nie jestem misjonarzem, jestem świadkiem. Wykonuję swój zawód, pani Carr – dodał zmieniając ton.
– Jest pan zobowiązany miejscem i osobą zako
– Jedynym moim obowiązkiem jest służenie moim czytelnikom, którzy mają prawo wiedzieć. To oni zadecydują, czy moje informacje należy zapamiętać, czy zapomnieć.
– Zawód – cynizm, taki mógłby być tytuł – zareplikowała chłodno.
– Jeśli to sprawia pani przyjemność, może pani przylepiać różne etykietki.
Gwałtowna sprzeczka stłumiła pożądanie mężczyzny, a podkreśliła wdzięk siostry zachowującej się z wyniosłą godnością królowej.
– Osobiście uważam za właściwe zrzucenie maski – zakończył Mark.
– Czy chce pan powiedzieć, że strój, który noszę, ukrywa moje prawdziwe intencje? – zapytała udając zdziwienie.
– Twierdzę, że nie ma takich strojów, które mogłyby ukryć pani wspaniałe przymioty. Jest pani zdolnym adwokatem, pani Carr, Zręcznym i ambitnym politykiem.
– Jestem tylko skromną zako
– Mam już w ręku elementy potrzebne do ułożenia tej historii – dorzucił niecierpliwie. – Wyrosła pani w klanie Franka Latelli, szefa Cosa Nostra, jednego z najpotężniejszych ludzi tej zbrodniczej organizacji.
– Nikomu nie udało się przedstawić mu zarzutów, najmniejszego dowodu.
– To przemawia za jego inteligencją, ale nie umniejsza okrucieństwa jego zbrodni. Pani sama mogłaby być w mafii.
– Słowa, tylko słowa – podsumowała, bawiąc się świecącymi paciorkami różańca błyszczącego wśród fałd jej stroju.
– Z których zbuduję sensacyjny reportaż – dokończył niewzruszony – z panią lub bez pani. Ofiarowuję pani możliwość opowiedzenia swojej wersji faktów. I gwarantuję całkowitą obiektywność.
– Dobrowolnie usunęłam się ze świata, gdyż odczuwam niewyobrażalną potrzebę spokoju. To nie oznacza, że uległam mistycznemu kryzysowi – zwierzyła się, ściszając głos do konfidencjonalnego szeptu. – W roli zako
– Pani Carr, proszę o wybaczenie, że tak panią nazywam; nie sądzę, żeby pani była całkowicie szczera – nie spuszczał z niej oczu. – W tej przezroczystej dłoni, która dręczy paciorki różańca – oskarżył ją – widzę broń, która być może wystrzeliła. I może jeszcze wystrzeli.
– Dobrze pan powiedział – może. Ponieważ wszystko o mnie może być powiedziane, ale nic udowodnione – zacytowała siostra półgłosem, wytrzymując spojrzenie mężczyzny.
– Elżbieta Tudor, królowa Anglii – dokończył cytat Mark.
– Dobrze – pochwaliła go.
– W takim razie pamięta pani, że Elżbieta I powiedziała również: „Wiem, że ciało mam delikatnej kobiety, ale serce i hart ducha godne króla” – drażnił się z nią i kontynuował. – Pani Carr, co zrobiła pani ze swoim sercem i hartem?
– Jeśli jest pan rzeczywiście taki, jak fama głosi, to dowie się pan. Długo się wahałam, nim pana przyjęłam. Teraz zdecydowałam – będę mówiła.
Mark próbował opanować emocje. Czuł, że jest blisko wielkiej tajemnicy.
– Powie mi pani prawdę? – zapytał.
– Moją prawdę. Będzie pan mógł ją opublikować, jeśli pan zechce, nawet jeśli nikt panu nie uwierzy. A teraz niech pan idzie, panie Fawcett. Jestem zmęczona.
Dzie
– Kiedy będę mógł wrócić?
– Niech pan przyjdzie jutro – odpowiedziała. – Opowiem panu moją prawdę.
Mark wziął w swoją rękę dłoń, którą mu podała i uczynił rzecz, której nie umiał sobie wytłumaczyć. Podniósł powoli do ust tę przezroczystą dłoń, która pachniała delikatnie jaśminem, i pocałował ją. Wyrwała mu ją gwałtownie, jakby w tym geście była zapowiedź grzechu.
– Niech pan idzie, panie Fawcett – powtórzyła ostrym tonem.
Mark na powrót oddychał ciepłym styczniowym powietrzem Sycylii. Spojrzał w niebo i westchnął. Czuł przyjemny zawrót głowy, tak jak w dzieciństwie po zejściu z karuzeli. Ale tym razem był głęboko wzruszony, jak przy pierwszym pocałunku, przy pierwszych miłosnych pieszczotach. Oczy i serce wypełniało mu to wspaniałe, tajemnicze, fascynujące stworzenie. Kobieta, którą przed chwilą opuścił.