Страница 49 из 69
BEZ WYSIŁKU
"Pierwszy raz próbowałam z Kai Jingiem zakazanej przyjemności pewnej letniej nocy przy jasnym księżycu. Wśliznęliśmy się do ciemnego składziku w opuszczonej części korytarza, z dala od oczu i uszu i
– Nie, nie, oni nie są prawdziwi. – Stuknął w jedną postać. Był to przemalowany teatrzyk piekła, zmieniony w szopkę bożonarodzeniową.
– Wyglądają jak publiczność złej opery – powiedziałam. – Nie są chyba zadowoleni.
Maria otwierała w okrzyku usta, pastuszkowie mieli spiczaste głowy, a Dzieciątko Jezus oczy wyłupiaste jak żaba. Kai Jing narzucił na głowę Marii moją bluzkę. Józefa nakrył moją spódniczką, a Dzieciątko Jezus halką. Potem Kai Jing zasłonił swoim ubraniem Trzech Króli i odwrócił pasterzy. Gdy wszyscy mieli twarze zwrócone w stronę ściany, Kai Jing położył mnie na słomie i znów staliśmy się cieniami.
Ale to, co stało się później, w ogóle nie przypominało wiersza ani obrazu czwartego poziomu. Nie byliśmy tak harmonijni jak natura, jak liście drzewa na tle nieba. Spodziewaliśmy się tego. Ale łaskotała nas słoma, a podłoga wydzielała woń uryny. Skądś wylazł szczur, na widok którego Kai Jing zsunął się ze mnie, potrącając żłóbek Dzieciątka Jezus. Żabiooki potwór wylądował obok nas, jakby był naszym nieślubnym dzieckiem. Potem Kai Jing wstał i zapalił zapałkę, szukając szczura. Spojrzawszy na intymne części Kai Jinga zobaczyłam, że nie jest już tak opanowany. Ujrzałam także kleszcze na jego udzie. Po chwili on zauważył trzy kleszcze na moim siedzeniu. Podskoczyłam i zaczęłam tańczyć, żeby je strząsnąć. Powstrzymywałam się od śmiechu i płaczu, gdy Kai Jing odwrócił mnie i obejrzał, a później spalił kleszcze czubkiem zapałki. Kiedy zdjęłam bluzkę z głowy Marii, wydawała się zadowolona, że się wstydzę, mimo że nie zaspokoiliśmy swych żądz.
Ubieraliśmy się szybko, zbyt skrępowani, by rozmawiać. Kai Jing nie powiedział też ani słowa, gdy odprowadzał mnie do pokoju. Ale przy samych drzwiach rzekł:
– Przepraszam. Powinienem lepiej nad sobą panować. Zabolało mnie serce. Nie chciałam wysłuchiwać jego żalu i przeprosin. Po chwili dodał:
– Powinienem zaczekać do ślubu.
Rozpłakałam się, on zaś objął mnie i zaczął przyrzekać, że będziemy się kochać przez dziesięć tysięcy długości życia, ja obiecywałam mu to samo, dopóki nie usłyszeliśmy głośnego: “Cii!". Mimo że od razu zamilkliśmy, Siostra Yu, która zajmowała pokój obok mojego, powtarzała gderliwie:
– W ogóle nie liczą się z i
– Złe wieści – rzekł, a z moich nóg odpłynęła krew, więc gdybym nawet chciała uciec, nie byłabym w stanie.
Wyrzucą mnie? Czyżby ojciec Kai Jinga nie pozwolił mu się ze mną ożenić? Ale skąd wiedzieli? Kto powiedział? Kto widział? Kto słyszał? Kai Jing wskazał radio króktofalowe, należące do naukowców, a pozostali odwrócili się, żeby słuchać. Pomyślałam: to teraz radio ogłasza, co zrobiliśmy? Po angielsku?
Gdy Kai Jing w końcu mi powiedział, nie miałam czasu poczuć ulgi, że złe wiadomości nie dotyczą mnie.
– Zeszłej nocy zaatakowali nas Japończycy – powiedział – niedaleko Pekinu i wszyscy mówią, że to początek prawdziwej wojny.
Maku polo to, maku polo tamto, mówił głos w radiu.
– Co to jest to maku? – spytałam.
– Most Maku Polo – odrzekła Siostra Yu. – Karły z wysp go zajęły.
Zdumiałam się, słysząc z jej ust tak obelżywe określenie Japończyków. W szkole to właśnie ona uczyła dziewczęta, że nie należy używać obraźliwych słów nawet wobec tych, których nienawidzimy.
– Strzelali z karabinów w powietrze – ciągnęła Siostra Yu – dla wprawy, jak mówili. Nasza armia odpowiedziała ogniem, żeby dać nauczkę tym kłamcom. I teraz brakuje jednego karła. Prawdopodobnie tchórz uciekł, ale Japończycy mówią, że strata jednego człowieka to wystarczający powód, żeby wypowiedzieć wojnę.
Gdy Siostra Yu tłumaczyła z angielskiego na chiński, trudno było stwierdzić, co powiedziano w wiadomościach, a co było jej własnym komentarzem.
– Jak daleko jest ten most? – zapytałam.
– Na północ stąd, w Wanping – rzekła pa
– Ale to przecież Most Trzcinowej Fosy, czterdzieści sześć kilometrów od mojej wioski – powiedziałam. – Kiedy zmieniono mu nazwę?
_ Ponad sześćset lat temu – odparła pa
Wszyscy dalej rozmawiali o wojnie, a ja zastanawiałam się, dlaczego nikt w naszej wiosce nie wiedział, że most od tak dawna ma nową nazwę.
– Którędy posuwają się Japończycy? – spytałam. – Na północ do Pekinu czy na południe tutaj?
Nagle wszyscy zamilkli. W drzwiach stała jakaś kobieta. Za jej plecami świeciło słońce, więc była tylko cieniem i nie widziałam, kto to jest; zdołałam jedynie dostrzec, że jest ubrana w sukienkę.
– Czy mieszka tu jeszcze Liu LuLing? – zapytała.
Zmrużyłam oczy. Kto to pytał? Mieszało mi się już w głowie od tylu rzeczy, a teraz jeszcze to. Podchodząc do niej, zaczęłam coś przeczuwać, po chwili przeczucie przerodziło się w pewność. Droga Ciocia. Często śniłam, że jej duch wróci. I tak jak w moich snach umiała mówić i miała całą twarz. Jak we śnie podbiegłam do niej. I tym razem nareszcie mnie nie odepchnęła. Szeroko rozłożywszy ręce, zawołała:
– A więc poznajesz jeszcze własną siostrę! To była GaoLing. Okręciłyśmy się kilka razy, tańczyłyśmy, klepiąc się po rękach i płacząc na zmianę.
– Niech ci się przyjrzę.
Nie miałam od niej wiadomości od listu, który napisała do mnie cztery czy pięć lat temu. Po kilku minutach znów zaczęłyśmy rozmawiać jak siostry.
– Co się stało z twoimi włosami? – żartowałam, ciągnąc ją za zmierzwione loki. – To wypadek, czy zrobiłaś to celowo?
– Podoba ci się?
– Niebrzydkie. Wyglądasz nowocześnie, zupełnie nie jak wieśniaczka.
– Tobie też niczego nie brakuje. Słyszałam plotki, że zadzierasz nosa, bo zostałaś intelektualistką.
– Tylko nauczycielką. A ty, wciąż jesteś…
– Żoną Chang Fu Nana. Już sześć lat, trudno uwierzyć.
– Ale co się stało? Wyglądasz okropnie.
– Od wczoraj nie jadłam.
Skoczyłam do kuchni i przyniosłam jej miseczkę kleiku z prosa, trochę marynat i gotowane na parze fistaszki, a także coś na zimno. Siadłyśmy w rogu sali, z dala od wiadomości o wojnie. GaoLing jadła szybko i głośno.
– Mieszkamy w Pekinie, Fu Nań i ja, nie mamy dzieci – mówiła między jednym a drugim kęsem. – Zajmujemy pokoje z tyłu naszego sklepu. Wszystko odbudowane. Pisałam ci o tym w liście?
– Trochę.
– A więc wiesz, że właścicielem interesu są Changowie, a do naszej rodziny należy tylko dług. Ojciec i wujowie wrócili do Nieśmiertelnego Serca i pracują, aż zamiast potu zaczyna się z nich lać tusz. Ciągle są w domu, więc się złoszczą i bez przerwy kłócą o to, czy zawinił ten czy tamten, czy pogoda.
– A Pierwszy i Drugi Brat? – zapytałam. – Też są w domu?
– Pierwszego Brata pięć lat temu wzięli do armii nacjonaliści. Musieli iść wszyscy chłopcy w jego wieku. Dwa lata później Drugi Brat uciekł do komunistów. Jego śladem poszli synowie Starszego Wuja i potem Wuj przeklinał, mówiąc, że wszyscy trzej mogą już nie wracać. Matka nie rozmawiała z nim, dopóki nie powstał wspólny front. Wuj przepraszał i mówił, że teraz nie ma znaczenia, po której stronie walczą.
– A Matka, jak jej zdrowie?
– Pamiętasz, jakie miała kiedyś czarne włosy? Teraz wyglądają jak broda starca. Są białe i sztywne. Przestała je farbować.
– Co? Myślałam, że są naturalnie czarne od pracy przy tuszu.
– Nie bądź głupia. Wszystkie farbowały włosy – Prababcia, ciotki. Ale ostatnio Matka nie przejmuje się swoim wyglądem. Twierdzi, że od dwóch lat nie spała. Jest przekonana, że lokatorzy okradają nas w nocy i przestawiają meble. Uwierzyła też, że duch Prababci wrócił do latryny. Od miesięcy nie zrobiła kupy większej niż fasolka. Mówi, że gówno stwardniało jak zaprawa murarska i dlatego jest teraz rozdęta jak tykwa w lecie.
– Okropnie tego słuchać. – Chociaż to ta sama Matka, która wypędziła mnie z domu, nieprzyjemnie było słyszeć o jej kłopotach. Być może jeszcze troszeczkę uważałam Matkę i Ojca za swoich prawdziwych rodziców.
– A Duch Drogiej Cioci? Wrócił do domu?
– Nie dał znaku, trochę to dziwne, bo tamten Łowca Duchów okazał się oszustem, wcale nie był mnichem. Miał żonę i trójkę dzieci, z których jednym był tamten pomocnik. Łapali i