Страница 31 из 69
Wraca do mnie widok naszego domostwa, gdzie mieszkaliśmy i pracowaliśmy, tak wyraźny, jak gdybym stała przed bramą. Dom stał przy Zaułku Świńskiej Głowy. Droga brała początek na wschodzie, niedaleko rynku, gdzie sprzedawano świńskie głowy. Potem biegła na północ, obok miejsca, gdzie niegdyś rosło sły
Za naszym domem pagórek przechodził w urwisko. Daleko, daleko w dole, gdyby rzucić się głową naprzód, było dno wąwozu. Kiedyś rodzina Liu miała dwadzieścia mu ziemi za domem. Jednak w ciągu wieków po każdym ulewnym deszczu ściany osuwały się z hukiem, a wąwóz stawał się szerszy i głębszy. Z każdym dziesięcioleciem ziemi ubywało i urwisko ukradkiem zbliżało się do tylnej ściany naszego domu.
Przez to wędrujące urwisko mieliśmy wrażenie, że musimy oglądać się za siebie, żeby wiedzieć, co jest przed nami. Nazywaliśmy je Końcem Świata. Czasem mężczyźni z naszej rodziny sprzeczali się, czy nadal jesteśmy właścicielami ziemi, która osunęła się do wąwozu. Jeden ze stryjów powiedział:
– Jesteśmy najwyżej właścicielami śliny, kiedy plujemy na dno tego nieużytku. Na co jego żona zauważyła:
– Nigdy nie mów takich rzeczy. Jeszcze sprowadzisz na nas nieszczęście.
Pod tym słowem rozumiano wszystko, co było zbyt straszne, by wypowiedzieć to na głos: niechciane dzieci, samobójstwa dziewcząt i żebrzące duchy. Wszyscy o tym wiedzieli.
Wiele razy chodziłam nad urwisko z braćmi i GaoLing, kiedy byliśmy młodsi. Lubiliśmy zrzucać w przepaść zepsute melony i główki zgniłej kapusty. Patrzyliśmy, jak lecą, i słyszeliśmy, jak lądują z piaskiem, uderzając w czaszki i kości. Tak się nam przynajmniej wydawało. Pewnego razu jednak zsunęliśmy się kawałek w głąb tego świata zmarłych, zjeżdżając na siedzeniach i trzymając się korzeni. Gdy nagle usłyszeliśmy szelest w krzakach, wrzasnęliśmy tak głośno, że zabolały nas uszy. Duchem okazał się grzebiący w odpadkach pies. A czaszki i kości to były po prostu kamienie i połamane gałęzie. Jednak mimo że nie widzieliśmy żadnych ciał, wokół walały się jasne części garderoby: rękaw, kołnierz, but, i byliśmy pewni, że należą do umarłych. Nagle owionął nas ten zapach – smród duchów. Wystarczy raz go poczuć, by go poznać. Unosił się z ziemi. Wzbił się ku naszym nozdrzom na skrzydłach tysiąca much. Muchy ścigały nas jak burzowa chmura i kiedy gramoliliśmy się z powrotem na górę, Pierwszy Brat kopnął kamień, który odłupał Drugiemu Bratu kawałek skóry głowy. Nie potrafiliśmy ukryć tej rany przed Matką, a kiedy ją zobaczyła, zbiła nas wszystkich i powiedziała, że jeżeli jeszcze raz zejdziemy z Końca Świata, możemy już nigdy nie wracać do domu.
Ściany domostwa rodziny Liu zbudowano z kamieni wykopanych z rozmytej ziemi. Kamienie połączono błotem, klejem z prosa i zaprawą i otynkowano wapnem. W lecie były wilgotne od potu, zimą wilgotne od pleśni.
W wielu pokojach przeciekał dach albo robiły się dziury w ścianach, w których hulał wiatr. Mimo to zawsze, gdy przypominam sobie dom, dziwnie mi go brakuje. Tylko z tamtym miejscem związane mam wspomnienia tajemnych kryjówek, ciepłych i zimnych zakamarków, ciemności, w której się chowałam, udając, że uciekłam w zupełnie i
W tych ścianach mieszkało razem wiele pokoleń i wiele rodzin o różnych pozycjach, od prababci do najmniejszej bratanicy, od gospodarza do lokatorów. Było nas chyba ze trzydzieści osób, których połowę stanowił klan Liu. Najstarszym z synów był Liu Jin Sen. Nazywałam go Ojcem. Moi wujowie i ich żony nazywali go Najstarszym Bratem. Moi kuzyni nazywali go Najstarszym Wujem. Moi wujowie byli według pozycji Starszym i Młodszym Wujem, a ich żony Starszą i Młodszą Ciotką. Gdy byłam bardzo mała, myślałam, że Ojciec i Matka są Najstarsi, ponieważ byli znacznie wyżsi od stryjów i ciotek. Pierwszy Brat i Drugi Brat również mieli długie kości, tak jak GaoLing, i przez długi czas nie wiedziałam, dlaczego jestem taka niska.
Najmłodszym Wujem był czwarty syn, ulubieniec rodziny. Nazywał się Liu Hu Sen. On był moim prawdziwym ojcem i ożeniłby się z Drogą Ciocią, gdyby nie umarł w dniu ślubu.
Droga Ciocia urodziła się w większym miasteczku u stóp wzgórz, które nazywano Ustami Góry Zhou, na cześć cesarza o tym samym imieniu z dynastii Szang, którego dziś wszyscy pamiętają jako tyrana.
Nasza rodzina czasami jeździła do Ust Góry na świąteczne jarmarki i opery. Drogą mieliśmy z Nieśmiertelnego Serca dziesięć kilometrów. Jeśli szliśmy przez Koniec Świata, odległość była o połowę mniejsza, ale podróż bardziej niebezpieczna, zwłaszcza latem. Wtedy przychodziły wielkie deszcze. Suchy wąwóz wypełniał się wodą i zanim zdążyło się dobiec do stromych ścian, wspiąć się na nie i zawołać na pomoc Boginię Miłosierdzia, wartki nurt, przemykając jak złodziej, porywał człowieka i wszystko, co nie sięgało głęboko korzeniami w ziemię. Kiedy deszcz ustawał, woda szybko odpływała, a usta jaskiń połykały błoto i drzewa, ciała i kości. Płynęły do gardła góry, potem do żołądka, jelit i wreszcie kiszek, gdzie wszystko się zatrzymywało.
– Zaparcie – tłumaczyła mi kiedyś Droga Ciocia. – Teraz rozumiesz, dlaczego tak dużo tu kości i wzgórz: Wzgórze Kurzej Kości, Wzgórze Starej Krowy, Wzgórze Smoczej Kości. Oczywiście, we Wzgórzu Smoczej Kości są nie tylko kości smoka, ale też zwykłych stworzeń: niedźwiedzia, słonia, hipopotama. – Droga Ciocia rysowała każde z tych zwierząt na mojej tablicy, bo nigdy wcześniej o nich nie rozmawiałyśmy.
– Mam taką kość, prawdopodobnie żółwia – powiedziała mi. Wyciągnęła ją z zakładki rękawa. Kość wyglądała jak suszona rzepa pokryta bliznami po ospie. – Mój ojciec o mały włos nie zrobił z niej lekarstwa. Wcześniej zobaczył napis. – Odwróciła kość i zobaczyłam na niej dziwne znaki. – Do niedawna takie kości nie były ce
– Co oznaczają? – zapytałam.
– Kto to wie? Wtedy słowa były i
– Gdzie są odpowiedzi?
– Te pęknięcia są odpowiedziami. Wróżbita przykładał do kości rozgrzany gwóźdź i kość pękała jak uderzone przez piorun drzewo. Potem interpretował kształt pęknięć. – Schowała z powrotem wróżebną kość. – Pewnego dnia, kiedy już nauczysz się pamiętać, dam ci to na zawsze. Dzisiaj pewnie byś zapomniała, gdzie ją położyłaś. Później pójdziemy poszukać smoczych kości i jeżeli znajdziesz jakąś z napisem, będziesz mogła ją sobie zatrzymać.
Wszyscy biedacy, kiedy tylko mieli okazję, zbierali kości smoka w Ustach Góry. Kobiety także, ale kiedy udało im się jakąś znaleźć, musiały mówić, że znalazł ją mężczyzna, wówczas bowiem kość była więcej warta. Potem po domach chodził pośrednik, kupując kości smoka, które później zawoził do Pekinu i sprzedawał aptekarzom po wysokich cenach, a apteki sprzedawały je chorym ludziom za jeszcze wyższą cenę. Kości były znanym lekiem na wszystko, od wyniszczających chorób po głupotę. Sprzedawało je wielu lekarzy. Ojciec Drogiej Cioci również. Używał kości, aby leczyć kości.
Rodzina Drogiej Cioci od dziewięciuset lat zajmowała się nastawianiem kości. Taka była tradycja. Klientami jej ojca byli głównie mężczyźni i chłopcy zmiażdżeni w kopalniach węgla albo wapie
Nadal pamiętam drogę do naszej jaskini. Była między Ustami Góry a Nieśmiertelnym Sercem, z dala od jaskiń u stóp gór, gdzie i
Szłyśmy jednym z trzech wyschniętych strumieni, arterią serca. Potem stawałyśmy przed wejściem do jaskini, szczeliną w zboczu góry wysokości krzewu janowca. Droga Ciocia rozsunęła martwe krzaki, zasłaniające jaskinię. Obie nabrałyśmy głęboko powietrza w płuca i weszłyśmy do środka. Trudno opisać słowami naszą drogę, jak gdybym próbowała opowiedzieć, jak wejść do wnętrza ucha. Musiałam nienaturalnie wygiąć ciało w lewo, potem oprzeć stopę na małym występie, przyciągając nogę bardzo blisko piersi. Zaczęłam płakać, a Droga Ciocia tylko pochrząkiwała, bo nie widziałam jej czarnych palców, nie mogłam więc wiedzieć, co do mnie mówi. Kierunek wskazywało mi jej posapywanie i klaskanie w dłonie. Czołgałam się jak pies, żeby nie uderzyć w coś głową i nie upaść. Gdy w końcu dotarłyśmy do większej części jaskini, Droga Ciocia zapaliła lampę ze świecą i zawiesiła ją na długim słupku, spoczywającym na podnóżkach, który dawno temu pozostawił tu ktoś z jej klanu.