Страница 91 из 130
Boi się Brucolaca. Mimo że naładowany pocałunkiem posążka, nie zaryzykuje spotkania z wampirem. Statek księżycowy to dla niego strefa zakazana – przyrzekł to sobie i na razie dotrzymuje słowa.
Mężczyzna ćwiczy także i
To prawda, co mówią o nawiedzanej dzielnicy: jest zamieszkana. Ale te istoty na starych statkach wiedzą, z kim mają do czynienia, i mężczyzna nie przejmuje się nimi.
Posążek go chroni. Zapewnia mu bezpieczeństwo. Mężczyzna czuje się jak jego kochanek.
Rozdział trzydziesty czwarty
Skradziona platforma „Sorgo” wierci od wielu tygodni, dzięki czemu Niszczukowody dysponują teraz ogromnymi zapasami ropy naftowej i skalnego mleka. Ale Armada jest głodna, konsumuje paliwo niemal tak żarłocznie jak Nowe Crobuzon. Przed nastaniem „Sorgo” statki Armady musiały oszczędnie gospodarować skradzionymi zasobami. Teraz, przy zwiększonej podaży, zwiększył się również popyt. Nawet jednostki podlegające Pragnieniowicom i Cieplarni otrzymują ropę naftową dostarczaną przez Niszczukowody.
Skalne mleko było zdecydowanie ce
Ta
Siedzieli razem w namiocie piwnym na „Doberze”, pod rozpiętym na tykach brezentem. „Dober” nie utrzymałby ciężaru solidniejszych budynków. Było to ciało płetwala błękitnego, wypatroszone, z usuniętą górną połową, zakonserwowane przy użyciu jakiejś dawno zapomnianej techniki. Podłoga była całkiem twarda i wytrzymała, mimo swojej nieprzyjemnej organiczności: resztki naczyń krwionośnych i trzewi lśniły pod stopami twardo jak szkło.
Ta
Angevine milczała. Szekel był troskliwy, dolewał jej piwa i mówił do niej z cicha. Wciąż była w lekkim szoku. Wyjazd Tinti
Ta
„Co ja pocznę?” – dumała Angevine. Co rusz łapała się na myśli że pójdzie sprawdzić, czy Ti
Ale nawet takie ujęcie sprawy trochę rozmijało się z prawdą. Jej szefem nie był Tinti
A teraz Tinti
Czerpała dumę ze swej pracy i trudno jej było przestawić się na podejście typu „wszystko jedno, co będę robiła, byle mi płacili”. Osiem lat jej życia pożeglowało w siną dal wraz z Tinti
„To była robota jak każda i
– Dokąd płyniemy? – spytała Bellis Uthera Doula. W końcu skapitulowała i zadała mu to pytanie.
Tak jak się spodziewała, nie odpowiedział jej. Podniósł głowę, a po chwili opuścić ją bez słowa.
Byli w parku Crooma, pośród wieczornych ciemności poplamionych kolorami i przesyconych silnym zapachem kwiatów. Gdzieś w pobliżu rodzimego chowu słowik rozpoczął swoją słabnącą co chwilę pieśń.
„Chcę wiedzieć, Doul” – miała ochotę powiedzieć Bellis. „Obskoczyły mnie upiory i chcę wiedzieć, czy tam, gdzie płyniemy, przepędzą je wiatry. Chcę wiedzieć, w którą stronę potoczy się moje życie. Dokąd płyniemy?”
Nic z tego nie powiedziała, tylko szli dalej w milczeniu.
Widoczna w świetle księżyca ścieżka była nierówna, ukształtowana bardziej przez kroki niż zamysł. Wiła się do góry po stromym, porośniętym krzewami i drzewami zboczu, upstrzonym reliktami małej architektury – poręczami i schodniami, których kształty majaczyły pod powierzchnią ogrodu niby złudzenia optyczne.
Weszli po stoku na ocieniony drzewami płaskowyż, który kiedyś był pokładem rufówki. Rozciągał się stamtąd widok na statki Bud, oświetlone tradycyjnymi zielono-białymi latarniami. Bellis i Uther Doul stali w ciemnościach pod drzewami.
– Dokąd płyniemy? – powtórzyła Bellis i znowu przez długi czas słychać było jedynie nautyczne odgłosy miasta. – Opowiadał mi pan kiedyś – podjęła z wahaniem – o swoim życiu w Cromlech. Do momentu wyjazdu. Co było dalej? Dokąd pan pojechał? Co pan robił? – Doul pokręcił głową, jakby bezradnie. Bellis pokazała na broń u jego pasa. – Skąd pan wziął ten miecz? Co oznacza jego nazwa?
Wyjął biały jak kość miecz. Trzymał go na płask i przyglądał się mu, a potem skierował wzrok na Bellis i skinął głową z zadowoloną miną.
– Miecz Możliwości: w dużej mierze dzięki niemu tak bardzo mi ufają i tak bardzo się mnie boją. – Wykonał w powietrzu precyzyjne zaokrąglone cięcie. – Jak go zdobyłem? Po długich poszukiwaniach i nader żmudnych badaniach. W Imperialnym Kanonie można znaleźć wszystkie potrzebne informacje, trzeba tylko umieć go czytać. Sporo się napracowałem. I nauczyłem się przy okazji wielu technik… Widmowcy rozłupali świat, kiedy tutaj przybyli. Siłą swojego lądowania stworzyli Pękniętą Ziemię i było to coś więcej niż tylko fizyczne szkody. Wykorzystali to pęknięcie. Słyszała pani refren, w którym Widmowcy „wykopywali okazje spod ziemi”? Zazwyczaj interpretuje się to wyrażenie w ‘ten sposób, że mieli niesamowite szczęście, że chwytali każdą pomyślną okoliczność, jaka się nadarzyła. – Uśmiechnął się powoli. – Sądzi pani, że to by wystarczyło do zapanowania nad kontynentem? Nad światem? Do przejęcia na pięćset lat władzy absolutnej? Sądzi pani, że osiągnęliby to samym czyhaniem na okazje? Chodziło o coś znacznie istotniejszego. „Kopanie za okazjami” to niezbyt zgrabne ujęcie tego, co naprawdę robili Widmowcy. Była to bez porównania ściślejsza nauka. Zwana kopalnictwem możliwości. – Uther zacytował coś śpiewnie: – „Podziurawiliśmy ten delikatny świat szybami wydobywczymi, potwornie go okaleczyliśmy, rozbiliśmy go, odcisnęliśmy nasze piętno na tej odległej krainie, ciągnącej się tysiące kilometrów, aż po morze. To, co rozbiliśmy, możemy przekształcić, a to, co się nie powiodło, wciąż może się udać. Znaleźliśmy bogate złoża okazji i wykopiemy je…” To nie były metafory. To nie była liryczna pieśń triumfalna. Naprawdę podziurawili, naprawdę rozbili świat. Wyzwalając tym samym siły, które potrafili eksploatować. Siły, które pozwalały im przekształcać rzeczywistość, które pozwalały im jednocześnie przegrywać i wygrywać – bo wykopywali spod ziemi możliwości. Tego rodzaju kataklizm daje dostęp do bogatych pokładów możliwości. Widmowcy umieli docierać do różnych „co by było, gdyby” i wydobywać najlepsze z nich, a potem używać do kształtowania świata. Każde działanie może przynieść nieskończenie wiele rezultatów. Niezliczone tryliony zdarzeń są teoretycznie możliwe, wiele miliardów mieści się w granicach prawdopodobieństwa, miliony należy uznać za wysoce prawdopodobne, kilka wydaje się możliwych nam jako obserwatorom – a jedna możliwość zostaje zrealizowana. Tymczasem oni umieli wykorzystywać niektóre z niezrealizowanych możliwości. Tchnąć w nie pewien rodzaj życia. Użyć ich, wepchnąć w rzeczywistość, która przybrała taki, a nie i