Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 66 из 130

Naukowcy wpatrywali się w niego z wytrzeszczonymi oczami i kiwali z przejęciem głowami na widok równań i zdań, które przekładała na salt.

Po jedzeniu Bellis znowu mobilizowała siły i zasiadała do pracy z inżynierami.

Ta

Wielu inżynierów wywodziło się z szeregów uprowadzonych, a kilku z grona prze-tworzonych. Bellis zdawała sobie sprawę, że otaczają ją kryminaliści, w większości z Nowego Crobuzon. Mówili w salt z akcentem z Dog Fe

Tego wieczoru, kiedy jeden z mężczyzn był eskortowany do swojego pokoju, anophelia podeszła blisko niego z wyciągniętymi do przodu ramionami, wywrzaskując jakieś brednie. Jeden ze strażników-kaktusów zastrzelił ją z kuszarpacza.

Bellis usłyszała plaśnięcie o ziemię i wyglądnęła przez szczeliny okie

Pokręcili głowami. Jeden z nich wziął od Bellis notes i napisał:

„Niepotrzebnie. Nie chciała żerować”.

Kiedy jej to wyjaśnił, Bellis zakręciło się w głowie od makabryczności zjawiska.

Bellis bardzo chciała pobyć trochę sama. Każdą chwilę dnia spędzała z i

Mruknęła coś przepraszająco i chciała wyjść, lecz Uther Doul natychmiast ją zatrzymał.

– Proszę zostać – powiedział. Odwróciła się do niego, przyciskając do boku torbę, boleśnie świadoma ciężaru otrzymanego od Silasa woreczka, który spoczywał na dnie. Stała przy drzwiach i czekała z kamie

– Już skończyłem, pa

– Nie popsuje – odparła. – Nie mają pretensji, kiedy ich kobiety giną. – Pamiętają dostatecznie dużo, aby wiedzieć, że to jest konieczne. -… „On o tym wie” – pomyślała zdumiona. „Znowu usiłuje nawiązać ze mną rozmowę”.

Rozpoznane przez nią szczegóły były jednak tak upiorne i fascynujące, mimo swojej nieufności pragnęła się nimi podzielić. Chciała, aby ktoś i

– Ludzie-moskity słabo znają historię, ale wiedzą, że ludzie-kaktusy, żywicochody, nie są jedynym zamorskim ludem. Wiedzą o nas, krwiochodach, i zdają sobie sprawę, dlaczego tacy jak my prawie nigdy tutaj nie zawijają. Nie pamiętają szczegółów związanych z Malaryczną Reginokracją, ale mają poczucie, że ich kobiety przed wiekami… zrobiły coś złego… – Pozwoliła wybrzmieć temu eufemizmowi. – Traktują je bez czułości, ale i bez odrazy. – Melancholijny pragmatyzm. Nie odnosili się do swoich kobiet wrogo. Raz do roku w miarę skwapliwie spółkowali z nimi, ale generalnie starali się ich unikać i sami zabijali je, jeśli zachodziła taka konieczność. – Nie próbowała żerować – podjęła Bellis beznamiętnym tonem. – Była pełna. Mają swój rozum. Nie są bezmyślne. Potrzebny jest bardzo długi okres głodowania, żeby zdechły. Mogą wytrzymać nawet rok bez żerowania, ale myślą tylko o tym, że są głodne, i bez przerwy drapieżnie wrzeszczą. Ale jak się najedzą, kiedy są pełne, naprawdę nasycone, na parę dni, może na tydzień, głód ustępuje. Wtedy próbują mówić. Ten anophelius powiedział mi, że nadlatują z mokradeł, lądują na rynku i wrzeszczą do mężczyzn, próbując przełożyć myśli na słowa, ale nie miały kiedy nauczyć się języka, bo ciągle trawi je głód. Mają świadomość tego, kim są. – Bellis spotkała się spojrzeniem z Utherem Doulem i nagle sobie uzmysłowiła, że wojownik darzy ją szacunkiem. Siedzą. Od czasu do czasu, kiedy przez kilka dni albo godzin brzuchach mają pełno, a w głowach jasno, uświadamiają sobie, to czym zajmują, jak żyją. Dorównują nam inteligencją, ale poczucie głodu za bardzo je pochłania, żeby nauczyły się mówić. Co kilka miesięcy skupiają się na kilka dni i usiłują nauczyć języka. Ale jak widać gołym okiem, mają i

Widziała, że Uther Doul rozumie, o co chodzi. – Ich głosy brzmią podobnie do naszych. Nigdy wcześniej nie słyszały języka, który mogłyby naśladować. Ponieważ kobieta była syta i miała świadomość, że nie umie posługiwać się mową, na pewno zakręciło się jej w głowie z przejęcia, kiedy usłyszała, że rozmawiamy przy użyciu dźwięków, które sama umiała wytwarzać. Dlatego zbliżyła się do naszego kolegi. Usiłowała z nim porozmawiać.

– Dziwny miecz – powiedziała jakiś czas później. Zawahał się niemal niezauważalnie, a Bellis zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy widziała go niepewnego, po czym dobył go prawą ręką i podsunął jej pod oczy. Zdawało się, że w nasadę jego prawej dłoni wtopione są trzy małe pąki metalu, połączone z żyłkowatą plątaniną drutów w rękawie biegnących do małej obudowy na pasku. Rękojeść miecza była obita skórą, poza niewielkim odcinkiem metalu, którego Doul dotykał bryłkami wrośniętymi w ciało, kiedy trzymał miecz. Wbrew przypuszczeniom Bellis ostrze nie było zrobione z lazurowanego metalu. – Mogę dotknąć?

Doul skinął głową.

Postukała w brzeszczot paznokciem. Odgłos był matowy, nie dźwięczał typowo.

– Ceramika – wyjaśnił. – Bliższe porcelanie niż żelazu. – Krawędzi miecza nie cechował matowy blask zaostrzonej klingi. Miały tę samą barwę co reszta, pozbawiona wyrazu, trochę pożółkła biel, jak zęby albo kość słoniowa. – Nie zatrzyma się na kości – powiedział cicho Doul swoim melodyjnym głosem. – To jest i

– Jak bardzo mocna?

Uther skierował na nią wzrok i w jego spojrzeniu znów dostrzegła szacunek. Coś w niej zareagowało.

– Jak diament – powiedział.

Włożył mieczyk do pochwy; znowu tym niezwykłym, momentalnym ruchem.

– Skąd pochodzi? – spytała, ale Doul milczał. – Z tego samego kraju, co pan?

Zaskoczył ją jej własny upór i… co? Odwaga?

Nie czuła się odważna. Miała natomiast wrażenie, że ona i Doul rozumieją się – Wychodząc, skinął jej głową na pożegnanie.

– Nie. Trudno o mniej trafny domysł. – Po raz pierwszy zobaczyła że Uther Doul uśmiechnął się, chociaż tylko przelotnie. – Dobranoc – powiedział.

Bellis z rozkoszą zanurzyła się w tych chwilach przebywania sam na sam ze sobą, których była tak bardzo spragniona. Oddychała głęboko po jakimś czasie pozwoliła sobie na rozmyślania na temat Uthera Doula. Dlaczego z nią rozmawia? Dlaczego toleruje jej towarzystwo? Dlaczego zdaje się żywić do niej szacunek?

Nie umiała go rozgryźć, ale uzmysłowiła sobie, że ma poczucie jakiejś więzi z Utherem, zrodzone ze wspólnego dla nich obojga sceptycyzmu, zdystansowania, siły i zrozumienia, jak również… tak, ze wzajemnego pociągu. Nie wiedziała, kiedy i dlaczego przestała się go bać. Nie miała pojęcia, do czego Doul zmierza.

Rozdział dwudziesty piąty

Z dwóch dni zrobiły się trzy, potem cztery, wreszcie w nieprecyzyjnym świetle tego małego pokoju minął tydzień. Bellis czuła się tak jakby jej oczy ulegały atrofii, jakby widziały teraz tylko ziemiste fantomy barw we wnętrzu góry, obwiedzione niezdecydowanymi, pozbawionymi konturów cieniami.

Co wieczór odbywała się ta sama krótka przebieżka na otwartym powietrzu. Bellis łapczywie podnosiła wzrok, żeby zobaczyć nagie światło i barwy, choć były to tylko spieczone kolory nieba nad wyspą. Czasem dochodził ją przenikliwy odgłos kobiet-moskitów, budząc w niej trwogę, ale nawet jeśli nie dochodził, zawsze szła skulona pod pieczą eskortującego ją strażnika-kaktusa albo strupodzieja.

Niekiedy słyszała szmery i pomruki kobiet-moskitów na zewnątrz długich szybów okie

Bellis nie wiedziała, jaki łańcuch okoliczności doprowadził do powstania Malarycznej Reginokracji, i absolutnie nie umiała ich sobie wyobrazić. Nie do pomyślenia, żeby te wrzeszczące istoty przedostały się na i