Страница 59 из 130
CZĘŚĆ CZWARTA. KREW
Rozdział dwudziesty pierwszy
Migalec, 29 lunuara 1780 – albo ósmy bookdi
jastrzębiego dzioba kwarta 6/317, jak wolisz. Na „Trójzębie”.
Kolejne uzupełnienie tego listu. Minęło już trochę czasu, odkąd ostatni raz zasiadłam do pisania. Przeprosiłabym, gdyby to miało jakikolwiek sens. Z jakiegoś powodu mam absurdalne poczucie, że powi
Wdaję się w dygresje, i to niezbyt dorzeczne. Wybacz mi.
Jestem podekscytowana i jakby wystraszona.
Piszę to, siedząc w kiblu. Jestem przy oknie i oblewa mnie pora
Przyznaję, że z początku robiło to na mnie ogromne wrażenie. Było przejmująco pięknie. Z czasem monotonia zmarszczonej wody i płaskiego nieba, okazjonalnie urozmaicana przez jakąś chmurę, sprawia wrażenie kiepskiego obrazu.
Tutejsze morze jest zupełnie puste. Od horyzontu dzieli mnie z sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dziewięćdziesiąt mil morskich i nie widzę ani jednego żagla, ani jednego skifu czy łodzi rybackiej. Kolor wody oscyluje między zielonym, niebieskim i szarym, zależnie od nie wiem czego pod powierzchnią.
Prawie w ogóle się nie czuje, że lecimy. Odczuwamy oczywiście wibracje silników parowych i wielkich śmigieł, ale nie ma połcia przyspieszenia, ruchu ani kierunku.
„Trójząb” to niesamowity pojazd. Nie ulega wątpliwości, że Niszczukowody wkładały w tę wyprawę ogromny wysiłek organizacyjny i finansowy.
To musiał być niezwykły widok, kiedy „Trójząb” dźwignął się z pokładu „Wielkiego Wschodniego”. Już dostatecznie długo wisiał nad oceanem, podniesiony na rusztowaniu, żeby kabestany i luki na pokładzie nie przeszkadzały w budowie. Jestem przekonana, że ludzie się zakładali, czy nie spadnie do morza albo na miasto. Ale wystartowaliśmy bez problemu. Było późne popołudnie zza horyzontu wypełzały już ciemności. Ależ to musiał być widok – „Trójząb” wisi jak bogowie wiedzą co, większy niż dziewięćdziesiąt procent statków w mieście, nowy i wypucowany.
Zabraliśmy ze sobą coś przedziwnego. Między silnikami wisi zagroda pełna owiec i świń.
Dla zwierząt przygotowano zapas wody i karmy na dwudniową podróż. Między klepkami podłogi widzą otchłań powietrza. Miałam obawy, że wpadną w panikę, ale one potrafią tylko gapić się na chmury pod kopytami i racicami, z tępą obojętnością. Są zbyt głupie, żeby odczuwać strach. Lęk wysokości to dla nich zbyt skomplikowany stan psychiczny.
Siedzę w maleńkiej ubikacji, między trzodą a kabiną kontrolną, z której kapitan i jego załoga sterują nami. Przy korytarzu od głównej sali.
Od czasu odlotu przyszłam tutaj kilka razy, żeby pisać.
I
Moja rola jest prosta i została mi precyzyjnie nakreślona. Po tylu tygodniach i tysiącach kilometrów znowu słyszę, że mam być jak przewodnik prądu, że będę tylko przepuszczała przez siebie informacje, że nie będę słyszała tego, co jest mówione.
Potrafię tak. A na razie nie mam nic do roboty oprócz pisania.
Jeśli tylko się nadawali, do tej misji wybierano ludzi-kaktusów. Co najmniej pięcioro z obecnych na pokładzie było przed laty na wyspie anopheliusów. Oczywiście Hedrigall, a także i
To rodzi kwestię dezercji. Rzadkością jest, żeby armadyjscy uprowadzeni wchodzili w styczność ze swoimi dawnymi ziomkami ale na wyspie z pewnością są jacyś Samheryjczycy. Bez tego moje zadanie byłoby niewykonalne. Jak rozumiem, ludzie-kaktusy którzy z nami lecą, mają powody, aby nie chcieć wracać do swojej pierwszej ojczyzny. Są jak Joha
Chociaż co do Hedrigalla mam pewne wątpliwości. Zna Silasa – a w każdym razie Simona Fencha.
Nikt nie wie lepiej ode mnie, że władzom Niszczukowód zdarzają się pomyłki w ocenie, komu można zaufać.
Dreer Samher to pragmatyczny kraj. Na morzu spotkanie okrętów samheryjskich ze statkami z Perrick Nigh albo Wysp Mandragory z reguły oznacza bitwę, ale z Armadą Samheryjczycy utrzymują poprawne stosunki, bo tak jest bezpieczniej. Poza tym będą w porcie. Tutaj funkcjonuje azyl portowy, tak jak na lądzie obowiązuje prawo handlowe, a jest to mocny kodeks, przestrzegany i administrowany przez tych, którzy mu podlegają.
Leci z nami Ta
Nasi naukowcy tworzą dziwną kolekcję. Uprowadzeni wyglądają mniej więcej tak, jak w moim mniemaniu powi
Strażnicy wywodzą się spośród ludzi-kaktusów i strupodziejów. Widziałam od środka ich arsenał, w którym mają kuszarpacze, skałkówki i bułaty. Zabrali ze sobą czarny proch i coś, co wygląda mi na machiny woje
Szefem straży jest Uther Doul, a jemu wydaje rozkazy połowa pary rządzącej w Niszczukowodach, czyli Kochanka.
Doul chodzi od pomieszczenia do pomieszczenia. Odnoszę wraże nie, że najwięcej rozmawia z Hedrigallem. Wydaje się zaniepokojony. Staram się unikać jego wzroku.
Intryguje mnie jego prezencja, jego niezwykły głos. Nosi mundur z szarej skóry, mocno pokancerowany, ale nieskazitelnie czysty. W prawy rękaw tuniki wplecione są druty, które ciągną się do paska. Na lewym biodrze Doul nosi miecz i jest najeżony pistoletami.
Pocięta bliznami twarz Kochanki budzi za to we mnie lekką odrazę. Znałam ludzi – niektórych intymnie – znajdujących spełnienie w bólu, włączających go do swojego życia seksualnego i chociaż skło
Staram się unikać spojrzenia Kochanki, ale znaki na jej twarzy chorobliwie mnie przyciągają. Jakby tworzyły jakiś mesmeryzujący wzór. Lecz kiedy spozieram na nie ukradkowo między palcami, nie dostrzegam niczego romantycznego, tajemnego ani mistycznego – po prostu ślady po starych ranach. Po prostu blizny.
Później, tego samego dnia.
Silas dostarczył potrzebne materiały na ostatnią chwilę. Jakby dla lepszego efektu dramaturgicznego.
Podziwiam jego metody.
Od czasu naszej lakonicznej rozmowy w parku Rzeźb zastanawiałam się, w jaki sposób przekaże mi te rzeczy. „Moje mieszkanie jest pilnowane, obserwują mnie, co mam zrobić?”
Po przebudzeniu rankiem 26 lunuara przesyłkę od Silasa zna lazłam na podłodze.
Ostentacyjny popis prestidigitatorski. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, kiedy na suficie zobaczyłam kawałek żelaza świeżo przyśrubowany, aby zakryć kilkunastocentymetrową dziurę.
Silas wdrapał się na wierzchołek komina „Chromolitu”, na dach z cienkiego metalu, który podczas deszczu dudni jak bęben orkiestrowy, i wyciął w nim dziurę. Wrzuciwszy przesyłkę do środka, zachował się jak uczciwy włamywacz i przykręcił brakujący element dachu. A wszystko zupełnie bezdźwięcznie: nie obudził mnie ani nie zaalarmował tych, którzy obserwowali moje mieszkanie.
Kiedy wykonuje takie sztuczki, i to pod presją łatwo sobie wyobrazić, że mógł pracować dla rządu. Chyba powi
Ucieszyłam się, że się nie spotkaliśmy. Czuję się teraz bardzo daleka od niego. Nie życzę mu źle. Dostałam od niego coś, co było mi potrzebne, i mam nadzieję, że mu się zrewanżowałam, ale na tym koniec. Jesteśmy przypadkowymi współpracownikami, to wszystko.
Do skórzanego woreczka Silas włożył kilka rzeczy. Napisał do mnie list, w którym wszystko mi wytłumaczył. Przeczytałam go uważnie, zanim przejrzałam resztę zawartości woreczka.
Były tam i
List jest oficjalny i rzeczowy. Obiecuje czytelnikowi, że za bezpieczne dostarczenie zapieczętowanego listu pod wskazany adres otrzyma wynagrodzenie. Że z mocy uprawnień nadanych bezterminowo prokurentowi Fe
Suma jest bardzo kusząca, ale liczymy przede wszystkim na to, że do wyobraźni ludzi-kaktusów przemówi list żelazny. Silas proponuje im status legalnego pirata bez opłat. Mogą sobie łupić, ile dusza zapragnie, nie płacąc za to złamanego stivera, a marynarka crobuzońska nie będzie ich ścigać – będzie ich wręcz chroniła, przez cały okres obowiązywania umowy.
Bardzo silna zachęta.
U dołu listów Silas złożył swój podpis, a na ledwo widocznych hasłach uwierzytelniających odcisnął woskową pieczęć parlamentu Nowego Crobuzon.