Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 52 из 130

Czasami, kiedy spotykała się cała ósemka, Angevine przyciskała ucho do ściany, ale docierały do niej tylko pojedyncze słowa i zwroty. To jednak wystarczyło, żeby dowiadywała się fascynujących rzeczy.

Argentarius, okrętowy wariat, którego nikt nigdy nie widywał złorzeczył i wrzeszczał, że się boi. Angevine stopniowo wydedukowała, że za stan jego psychiki odpowiada jakiś zwierz, którego próbowali złowić. Zmobilizowało to jego towarzyszy. Odciskali pieczęć swojej władzy w morskiej toni, grali na nosie tej straszliwej krainie.

Kiedy usłyszała, że rozmawiają o myślistwie, interesował ich najgrubszy zwierz: lewiatan i olbrzymi potwór-bóg Lahamu, potwór piekielny. „Czemu by nie awank?” – pomyślała. „W gruncie rzeczy nic z tego mnie nie zaskoczyło”.

– Jest godzien zaufania? – Tinti

– Tak – odparła Angevine. – To dobry człowiek. Jest wdzięczny za uratowanie go przed zesłaniem do kolonii. Jest zły na Nowe Crobuzon. Poddał się prze-tworzeniu, żeby lepiej nurkować, żeby lepiej pracować w porcie i jest teraz stworzeniem morskim. W mojej ocenie pod względem lojalności nie ustępuje rdze

Wyprostował się i zamknął kocioł Angevine. Wydął usta w zamyśleniu. Na biurku znalazł długi, ręcznie napisany wykaz nazwisk.

– Jak się nazywa?

Usłyszawszy odpowiedź, skinął głową, pochylił się i stara

Rozdział osiemnasty

Na Armadzie potęga plotki i pogłoski była jeszcze większa niż w Nowym Crobuzon, ale miasto dysponowało także bardziej zorganizowanymi środkami masowego przekazu. Byli krzykacze, którzy podawali półoficjalne stanowisko władz swojego okręgu. Publikowano trochę biuletynów informacyjnych i periodyków, na fatalnej jakości wielokrotnie makulaturyzowanym papierze, który wręcz nasiąkał tuszem.

Większość ukazywała się nieregularnie, kiedy autorom i drukarzom zechciało się trochę popracować i kiedy udało się zgromadzić niezbędne środki. W niektórych dominowały sensacje i skandale, ale dla Bellis wszystkie były przygnębiająco zaściankowe. Do najbardziej prowokacyjnych i kontrowersyjnych tematów zaliczała się kwestia, komu przyznać dany kontyngent skonfiskowanych dóbr albo która dzielnica jest odpowiedzialna za dany przewóz. Z drugiej strony, z tych biuletynów przynajmniej potrafiła coś zrozumieć.

W hybrydowej kulturze Armady kwitły wszelkie tradycje dzie

Od czasu do czasu Bellis czytywała „Flagę” albo „Wezwanie Rady”, publikacje z Bud. „Flaga” była chyba najlepszą agencją informacyjną w mieście, natomiast „Wezwanie Rady” miało charakter polityczny i zamieszczało polemiki między zwole

Przy całej swojej tolerancji dla odmie

Z początku robiły to oględnie.

„Przywołanie byłoby triumfem nauki, ale rodzą się pytania” – można było przeczytać na stronie redakcyjnej „Flagi”. „Zwiększenie mocy napędowej z pewnością wyszłoby miastu na dobre, ale jakim kosztem?”.

W miarę szybko obiekcje nabrały większego rozmachu.

Armada wciąż jednak kipiała podnieceniem po niezwykłej deklaracji Niszczukowód, toteż głosy rozwagi czy wręcz sprzeciwu stanowiły mało znaczącą mniejszość. W pubach – nawet w Budach i Pragnieniowicach – nie mówiono o niczym i

Za pośrednictwem nielicznych czasopism, za pośrednictwem broszur i plakatów sceptycy głosili jednak swój ignorowany protest.

Rozpoczęła się rekrutacja.

W porcie Basilio zwołano nadzwyczajne zebranie. Ta

– Mam tutaj listę inżynierów i i

Szepty i pomruki na moment przybrały na sile, a potem ucichły. Nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, na czym polega zadanie specjalne.

Po wyczytaniu każdego nazwiska jego właściciel i stojące wokół niego osoby głośno dawały wyraz swojej radości. Ta

Niektórych uprowadzono stosunkowo niedawno – nieproporcjonalnie wielu pochodziło z Nowego Crobuzon, w tym całkiem liczni spośród grona prze-tworzonych z „Terpsychorii”.

Dopiero kiedy rozentuzjazmowany kumpel huknął go w plecy, Ta

Na „Wielkim Wschodnim” już wcześniej zgromadzili się i

Po zachodzie słońca, kiedy testy i odpytywania dobiegły końca, Ta

Wszelkie hałasy natychmiast ucichły po wejściu Kochanków. Podobnie jak pierwszego dnia, po bokach towarzyszyli im Tinti

„Co mi tym razem powiecie?” – zastanawiał się Ta

Kochankowie podzielili się ze zwerbowanymi wszystkimi posiadanymi informacjami na temat wyspy i wyłuszczyli swoje plany. Wszyscy obecni pałali entuzjazmem.

Ta

W i

W centrum Pragnieniowic stał „Uroc”, wielka, sędziwa jednostka długa na sto pięćdziesiąt metrów i szeroka na ponad trzydzieści w połowię śródokręcia. Wymiary, sylwetka i charakterystyka były jedyne w swoim rodzaju. Nikt z mieszkańców Armady nie wiedział na pewno ile lat liczy sobie statek ani skąd pochodzi.

Niektórzy mówili nawet, że „Uroc” jest ordynarnym falsyfikatem. Ani kliper, ani szkuta, ani statek-rydwan, ani żaden i

Nie wszyscy byli takimi ignorantami. Na Armadzie uchowała się garstka ludzi, którzy pamiętali przybycie „Uroca”.

Zaliczał się do nich Brucolac, który przypłynął na nim w pojedynkę.

Brucolac co dzień wstawał po zapadnięciu zmroku. Niezagrożony przez promienie słońca, wspinał się na bogato rzeźbione masztowieże. Wkładał dłoń w luki strzeleckie, głaskał zęby i łuski, które wisiały na nieregularnie rozmieszczonych rejach. Pod palcami o nadludzkiej wrażliwości wyczuwał pulsowanie mocy pod tymi płytkami cienkiego metalu, ceramiki i drewna, niby krew w naczyniach włoskowatych. Wiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, „Uroc” może jeszcze pływać.

Zbudowano go jeszcze przed tym, zanim stał się nieumarłym, czyli przed jego pierwszymi narodzinami, tysiące kilometrów dalej, w krainie, której nikt z obecnie żyjących na Armadzie nie widział na oczy. Minęło wiele pokoleń, odkąd nawodne miasto odwiedziło tę krainę i Brucolac miał szczerą nadzieję, że Armada już nigdy tam nie wróci.

„Uroc” był statkiem księżycowym. Żeglował pchany podmuchami lunarnego światła.

Pokłady i nadbudówki statku wyglądały jak teren o dziwnej rzeźbie. Wyróżniały go skomplikowane segmenty wielopoziomowego mostka, przepaść w połowie kadłuba, powykręcana architektura iluminatorów i kajut. Szeroki kadłub jeżył się od wież, niektórych pełniących dodatkowo funkcję masztów, niektórych zwężających się do szpica. Podobnie jak „Wielki Wschodni”, „Uroc” był całkowicie niezabudowany, mimo że na obu sąsiednich jednostkach ludzie gnieździli się w domach z cegły. O ile jednak zabudowa „Wielkiego Wschodu” już nie wchodziła w grę z przyczyn ideowych, w wypadku statku księżycowego nikt tego nawet nie zaproponował. Nie pozwoliłaby na to jego topografia.

Za dnia wyglądał blado i cherlawie. Nie był to przyjemny widok. Po zmierzchu jego powierzchnia jarzyła się subtelnym odcieniem macicy perłowej, jakby nawiedzały go kolorystyczne upiory. Zgroza była na niego patrzeć. To wtedy Brucolac chodził po pokładach „Uroca”. Czasem w deprymujących komnatach statku organizował zebrania. Zwoływał swoich nieumarłych podwładnych, aby omówić sprawy okręgu, takie jak podatek posoczny, pobierana w Pragnieniowicach dziesięcina. „To nas wyróżnia” – mówił im. „To daje nam siłę i zapewnia lojalność naszych obywateli.”