Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 50 из 130

– To nie jest najgorsza ewentualność – powiedział Uther Doul. Atmosfera uległa natychmiastowej zmianie: ucichły szepty i wszyscy skierowali twarze w jego stronę, poza Kochankami, którzy słuchali uważnie bez odwracania się. – Tak mówisz o tym kraju, jakby niczym nie różnił się od i

Zapadła cisza.

Ja nie – powiedział ktoś po chwili. Joha

– Twoja uwaga jest trafna – powiedział Kochanek, głaskając się krótkich wąsach – ale nie przesadzajmy. Problem da się obejść, jak przypomniał nam ten dżentelmen…

– Ten dżentelmen jest kaktusem – przerwał mu Doul – ale dla wszystkich krwistych problem pozostaje.

– Niemniej jednak – przemówił autorytatywnie Kochanek – sądzę, że głupotą byłoby poprzestać na stwierdzeniu, iż zadanie jest niewykonalne. Nie taka jest procedura. Zaczynamy od zastanowienia się, co jest dla nas najkorzystniejsze, jaki plan jest najlepszy. Potem przystępujemy do rozwiązywania problemów. Jeżeli uznamy, że największą szansę powodzenia daje nam wyspa, to popłyniemy tam.

Doul stał bez ruchu z kamie

– Na wszystkich bogów! – jęknął Joha

Na zakończenie zebrania Kochankowie wypowiadali się niezobowiązująco, ale wszystko się zmieniło i Joha

– Być może przyszła pora, byśmy publicznie ogłosili nasze zamiary – powiedziała Kochanka, kiedy wszyscy zbierali notatki. Sala była pełna ludzi wyszkolonych w kulturze tajności, których sugestia ta zaszokowała, ale Joha

Spojrzała na swojego partnera. Jak zawsze można było odnieść wrażenie, że porozumiewają się ze sobą bez słów.

– Należy sporządzić wykaz wszystkich osób potrzebnych na wyspie – powiedział Kochanek. – Trzeba się przyjrzeć nowym przybyszom, może dysponują wiedzą fachową i kwalifikacjami, które przeoczyliśmy. Wszystkich kandydatów należy sprawdzić od strony bezpieczeństwa. I wszystkie okręgi muszą być reprezentowane. – Uśmiechnął się, zmieniając układ blizn, i wziął do ręki tłumaczenie Bellis. Kiedy Joha

„Na Jabbera, co znowu?” – pomyślał. „Mam dosyć waszego towarzystwa”.

– Chodź i porozmawiaj z nami – podjął Kochanek i urwał, aby jego partnerka mogła dokończyć za niego.

– Chcemy pogadać o tej kobiecie… o Coldwine – powiedział.

Było już po północy, kiedy powtarzające się walenie do drzwi obuło Bellis. W pierwszej chwili pomyślała, że to Silas, ale zobaczyła, że leży obok niej nieruchomy i też obudzony.

W progu stał Joha

– Sądzę, że się zdecydują – powiedział. Bellis sapnęła z przejęcia. – Posłuchaj, Bellis. Jak by ci to powiedzieć? Zaintrygowałaś ich. Z pozyskanych przez nich informacji wynikało, że nie jesteś dla nich odpowiednim materiałem. Nie ma w tym nic złego – próbował ją uspokajać. – Nie ma w tym nic groźnego, ale też nie można tej sytuacji nazwać sympatyczną. Tak jest z wieloma uprowadzonymi: najlepiej za wszelką cenę zatrzymać ich na pokładzie. Zazwyczaj mijają lata, zanim nowi przybysze dostają przepustki.

„To wszystko, na co mogę liczyć?” – myślała Bellis. Przygnębienie, samotność, tęsknota za Nowym Crobuzon, od której czuła się tak, jakby coś z niej wyrwano… Czy to typowy objaw, którego doznają tysiące takich jak ona? Czy to rzecz banalna?

– Ale powtórzyłem im wszystko, co od ciebie usłyszałem – ciągnął z uśmiechem Joha

Kiedy wróciła do łóżka, Silas sprawiał wrażenie pogrążonego we śnie, ale płytkość jego oddechu zasugerowała Bellis, że jej kochanek nie śpi. Nachyliła się nad nim, jakby zamierzała pocałować go namiętnie, znalazła ustami jego ucho i szepnęła:

– Chyba się uda.

Przyszli po nią na drugi dzień rano.

Silas już wcześniej udał się w podejrzane rejony Armady, aby prowadzić swoją niezbyt dla niej jasną, nielegalną działalność. Działalność, która trzymała go pod skórą miasta, która czyniła go zbyt niebezpiecznym, aby podejmował próby przyłączenia się do wyprawy na wyspę anopheliusów.

Dwaj gwardziści z Niszczukowód, z pistoletami za pasem, pokierowali Bellis ku aerostatowej taksówce. Z „Chromolitu” na „Wielki Wschodni” nie było daleko. Cielsko ogromnego parowca rozciągało się nad miastem: sześć gigantycznych masztów, kominy, nagie pokłady bez domów czy wież.

W powietrzu było gęsto od takich pojazdów, które fruwały jak pszczoły przy ulu. Były wśród nich do niczego niepodobne transportowce przewożące towary przemysłowe z okręgu do okręgu, dziwaczne jednoosobowe balony z podwieszonymi pilotami czy działoloty eliptyczne latające armaty. Nad wszystkim górowała potężna, okaleczona „Arogancja”.

Krążyły tak nisko, że Bellis do tej pory nie zdążyła się do tego przyzwyczaić, wznosiły się i opadały wraz z topografią dachów i omasztowania. W dole uciekały do tyłu ceglane zaułki podobne do slumsów Nowego Crobuzon. Zbudowane na ciasnej przestrzeni pokładów, wyglądały mało bezpiecznie; zewnętrzne mury za blisko wody, przecinające je uliczki nieprawdopodobnie cienkie.

Za wyziewami nad „Gigue”, którego przednia część była dzielnicą przemysłową z odlewniami i zakładami chymicznymi, zbliżał się „Wielki Wschodni”.

Bellis czuła się niepewnie. Nigdy wcześniej nie była pod pokładem tego okrętu.

Architektura „Wielkiego Wschodniego” była ascetyczna: boazerie z ciemnodrzewu, litografie i heliotypy, witraże. Statek trochę nadgryziony zębem czasu, ale dobrze utrzymany. Jego wnętrzności były plątaniną korytarzy i prywatnych kajut. Bellis kazano czekać w małym pomieszczeniu, którego drzwi zamknięto na klucz.

Podeszła do okna z żelazną framugą i spojrzała z góry na przypadkową zbieraninę statków Armady. W oddali widziała zieloność Parku Crooma, który rozpełzł się jak choroba po ciałach kilku statków. Pokój, w którym ją zostawiono, znajdował się znacznie wyżej od wszystkich okolicznych jednostek. Na poziomie oczu miała sterowce i gąszcz cienkich masztów.

– To jest statek z Nowego Crobuzon.

Bellis rozpoznała głos, jeszcze zanim się odwróciła. Mężczyzna pokryty bliznami, Kochanek, stał w drzwiach, sam. Przeżyła wstrząs. Wiedziała, że odbędzie się przesłuchanie, weryfikacja, ale nie spodziewała się, że to on będzie zadawał jej pytania.

„Przetłumaczyłam książkę i zasłużyłam sobie na specjalne traktowanie” – pomyślała.

Kochanek zamknął za sobą drzwi.

– Zbudowano go ponad dwa i pół wieku temu, pod koniec Lat Pełnych – podjął. Mówił do niej w ragamoll, z delikatnym akcentem. Usiadł i pokazał jej, aby uczyniła to samo. – Twierdzi się nawet, że budowa „Wielkiego Wschodniego” położyła kres Latom Pełnym. To oczywiście bzdura, ale ten zbieg okoliczności ma silną wymowę symboliczną. Pod koniec piętnastego wieku mnożyły się oznaki rozkładu, czy można sobie wyobrazić bardziej dobitny symbol upadku nauki niż ten statek? Spiesząc się, aby dowieść, że Nowe Crobuzon wciąż przeżywa swoją złotą epokę, sprokurowano coś takiego… Konstrukcja jest marna. Próba połączenia napędu bocznokołowego ze śrubowym. – Pokręcił głową, nie odejmując oczu od Bellis. – Takiego giganta nie można napędzać kołami łopatkowymi, dlatego posłużyły jedynie za hamulce, psując przy okazji linię okrętu. Czego dodatkowy skutek był taki, że śruba również nie działała zbyt sprawnie i statkiem nie dało się pływać. Czy to nie zabawne?