Страница 48 из 130
Plan tak luźny, tak mgławicowy, że ciężko było przyznać, iż nie mają nic więcej.
Siedzieli milczący i niepewni. Bellis słyszała powracające pomruki fal i patrzyła, jak dym z jej cigarillo rozsupłuje się koło okna, przesłaniając nocne niebo. Zjawisko to nagle ją zniesmaczyło: poczuła się schwytana w pułapkę. Jej życie zostało zredukowane do nocnego szukania pomysłów. Ale teraz coś się zmieniło.
Być może to była ostatnia taka noc.
– To dla mnie nie do wytrzymania – powiedział w końcu Silas. – To dla mnie nie do wytrzymania, że nie mogę… Ale czy ty sobie poradzisz? Bierzesz na siebie bardzo ciężkie zadanie.
– Muszę – odparła. – Ty nie znasz wysokiego kettai. Jest jakiś i
Silas zazgrzytał zębami i pokręcił głową.
– A z tobą nie będzie problemów? – spytał. – Twój przyjaciel Joha
– Przekonam go. Na Armadzie nie będzie zbyt wielu czytelników książek w kettai. Ale masz rację, Joha
– Umilkła, aby w końcu podjąć zamyślonym tonem: – Nie sądzę żeby wspomniał im o mnie. Gdyby chciał utrudnić mi życie, gdyby podejrzewał, że jestem niebezpieczna, wiedziałabym o tym.
Myślę, że honor czy coś w tym guście nie pozwala mu o mnie mówić.
„Nie o to chodzi” – pomyślała od razu. „Dobrze wiesz, dlatego nie doniósł, że jesteś dysydentką. Niezależnie od tego, jak rozegrałaś sprawę i co o nim myślisz, on uważa cię za swoją przyjaciółkę”.
– Kiedy to przeczytają – powiedział Silas – i zdadzą sobie sprawę, że Krüach Aum nie pochodzi z Kohnid i być może jeszcze żyje, przypuszczalnie będą wychodzili z siebie, żeby go znaleźć. Ale jeśli nie będą? Musimy ich nakłonić, aby popłynęli na tę wyspę, Bellis. W przeciwnym razie nie mamy nic. Żądamy od nich rzeczy niemałej. Masz świadomość, dokąd chcemy ich wyprawić. Wiesz, co tam jest. Resztę spraw możesz zostawić mnie, zgromadzę wszystko, co potrzebne. Mam pieczęć, napiszę ostrzeżenie. To wszystko mogę zrobić. Ale niestety, tylko to – dodał rozgoryczony. – A jeśli nie popłyną na wyspę, nie mamy nic. – Wziął do ręki książkę Krüacha Auma i powoli ją kartkował. Dotarłszy do aneksu z danymi, spytał: – Przetłumaczyłaś to, tak?
– Na tyle, na ile umiałam.
– Nie spodziewają się dostać w swoje ręce tej książki, ale sądzą, że może i bez niej uda im się podnieść awanka. Jeśli im ją damy, to może nic więcej nie będą potrzebowali. Może ją przeglądną i rozszyfrują, wykorzystując do tego ciebie i wszystkich i
Po chwili Bellis zrozumiała. Wydęła usta i skinęła głową.
– Tak – powiedziała. – Daj mi ją.
Przekartkowała aneks i zaczęła się zastanawiać, jak to rozegrać.
W końcu wzruszyła ramionami i po prostu wydarła kilka kartek.
Po tym wstępnym momencie dziwnej euforii poczynała sobie ostrożniej. Musiała to dobrze upozorować. Pomyślała o i
A zatem uszkodzenia fizyczne.
Otworzyła książkę na aneksie, położyła na sterczącym z podłogi gwoździu i nadepnęła, a potem kopnęła ją. Przy nadepnięciu gwóźdź przebił równania i przypisy, a przy kopnięciu wyrwał je.
Wyszło idealnie. Po trzech stronach aneksu z definicjami i omówieniami terminów papier został wyrwany z korzeniami. Zostały tylko postrzępione brzegi, małe wypustki z okaleczonymi słowami. Wyglądało to na efekt głupiego wypadku.
Spalili aneks, szepcząc przy tym między sobą jak łobuzerskie dzieci.
Po chwili strony książki uleciały kominem, pozostał z nich dym rozwiany nad Armadą.
„Jutro ruszamy do akcji” – pomyślała Bellis. „Jutro zaczynamy.”
Wiał wiatr z południa. Palce dymu z armadyjskich kominów pokazywały w kierunku, z którego przybyli.
Stojąc plecami do miasta na pokładzie „Shadeski
Kliper należał do przedmieść Niszczukowód. Ludzie mieszkali na dole w zastanych kajutach. Na pokładach nie zbudowano żadnych domów. Materią „Shadeski
Długo stała sama.
Morze migotało refleksami światła latarń gazowych.
W końcu, trochę po dziewiątej wieczorem, usłyszała spieszne kroki.
Stanął przed nią Joha
– Przepraszam za spóźnienie, Bellis. Dałaś mi znać w ostatniej chwili i nie zdążyłem odwołać wszystkich umówionych spotkań. Przyszedłem najwcześniej, jak tylko mogłem.
„Naprawdę?” – pomyślała lodowato Bellis. „Czy też spóźniłeś się prawie godzinę, żeby mnie ukarać?”
Uzmysłowiła sobie jednak, że z głosu Joha
Spacerowali po pokładzie, najpierw ku zwężającemu się dziobowi, później z powrotem. Rozmawiało im się niezręcznie, bo ciążyło im wspomnienie kłótni.
– Jak idą badania, Joha
– Bellis… – Wzruszył ramionami zirytowany. – Myślałem, że… Psiakrew, jeśli wezwałaś mnie tutaj tylko po to, żeby…
Przerwała mu ruchem dłoni. Zamknęła oczy, a kiedy je na powrót otworzyła, jej twarz i głos złagodniały.
– Przepraszam cię – wydusiła. – Problem w tym, że to, co od ciebie usłyszałam, Joha
Przemawiała z pasją, jakby wygłaszała niewygodne dla siebie prawdy.
– Od tego czasu wiele zobaczyłam, wiele się dowiedziałam. Nowe Crobuzon wciąż pozostaje moją ojczyzną, ale masz rację: moje więzi z tym miastem są czysto przypadkowe. Zrezygnowałam z myśli o powrocie. – Ścisnęło ją w żołądku, bo słowa te były tak bliskie prawdy.
Uzmysłowiłam sobie, że jest tutaj parę rzeczy, które warto zrobić. – W Joha
W pewnym okresie Bellis brała pod uwagę powiedzenie Joha
Ale co by było, gdyby jej nie uwierzył? Gdyby uznał to za element misternego planu ucieczki, gdyby poinformował Kochanków, którzy mają los Nowego Crobuzon w… głębokim poważaniu, to zmarnowałaby jedyną możliwość przekazania miastu ostrzeżenia.
Dlaczego władców Armady miałoby obchodzić, co jedno odległe państwo robi drugiemu? Może nawet ucieszyliby się z planów grindylow, które oznaczałyby zniszczenie silnej marynarki woje
Badała Joha
– Myślisz, że potraficie to zrobić? – spytała w końcu. Zmarszczył brwi.
– Co zrobić?
– Myślisz, że potraficie podnieść awanka?
Osłupiał. Obserwowała uczucia, które przebiegały po jego twarzy. Niedowierzanie, złość, strach. Zauważyła, że przez króciutką chwilę zastanawiał się, czy nie skłamać: „Nie wiem, o czym mówisz”, ale pokusa odpłynęła, porywając ze sobą wszystkie i
Pozbierał się w ciągu kilku sekund.
– Chyba nie powinienem być zaskoczony – powiedział spokojnym tonem. – Absurdem jest sądzić, że coś takiego można utrzymać w tajemnicy. – Zabębnił palcami o reling. – Tak między bogami a prawdą, nie przestaje mnie zdumiewać, że tak niewielu ludzi zdaje się wiedzieć. Tak jakby ci, co nie wiedzą, zawiązali spisek z tymi, co wiedzą. Jak ty się dowiedziałaś? Podejrzewam, że żadna taumaturgia i żadne środki ostrożności nie pomogą utrzymać tak rozbudowanych planów w sekrecie. Prędzej czy później muszą wyjść na jaw, bo za dużo ludzi wie.