Страница 115 из 130
Ta
– Nie podpływajmy za blisko – ostrzegał Ta
Szekel chciał zanurkować na metr lub dwa – głębiej by się nie odważył – i spojrzeć przez okulary na linę biegnącą w dół do batysfery. Ta
– Wątpię, żebyś zobaczył – mówił Ta
Morze otulało Ta
Ta
Dziewięć metrów od nich wyrastały z wody pokaźne, wzmocnione wspornikami podpory „Sorgo”. Słońce zaszło dokładnie za platformą, której zastrzały i wieże wiertnicze odcinały się od nieba kreskami.
– Nie podpływajmy za blisko – ostrzegł ponownie Ta
– Patrz! – entuzjazmował się, pokazując palcem.
Wytracił impet i na moment poszedł pod wodę, żeby wypłynąć ze śmiechem i jeszcze raz pokazać na dalszy koniec „Nosidła”. Zobaczyli gruby kabel, sztywno naprężony, schodzący do wody.
– Trzymaj się z daleka, Szek. Teraz już wystarczy. – Kabel wbijał się w wodę jak igła. – Szekel! – zawołał Ta
Ta
Kontury miasta rysowały się groźnie jak chmury burzowe. Ta
Kiedy rzucił się w górę i zaholował chłopca na powierzchnię, ten był uśmiechnięty.
– Zajebiście, Ta
Ta
Znajdowali się trzy metry pod wodą, koło obrośniętej morskimi żyjątkami burty „Nosidła”. Snop światła księżycowego z chlupotem wpadł do wody i Szekel pokazał na coś palcem. Dwanaście, piętnaście metrów dalej przez moment mignął im kabel okrętu podwodnego.
Ta
„Czas wypływać” – pomyślał. Dotknął Szekla w ramię i pokazał do góry. Szekel uśmiechnął się szeroko, obnażając zęby, choć uciekły mu w ten sposób resztki powietrza.
Coś wężowatego i bardzo szybkiego z bulgotem oscylowało w polu widzenia Ta
Zszokowany Ta
Nadal ze zdezorientowaną miną, Szekel zaczął tonąć. Ta
Wydawało się, że do powierzchni jest bardzo daleko.
W głowie Ta
Wykrzykiwał je bezgłośnie, jego opatrzone przyssawkami polipowate ramiona wczepiały się w skórę Szekla i szarpanymi ruchami ciągnęły go ku powierzchni. Wokół Ta
Powierzchnię wody przebił z wrzaskiem na ustach. Zobaczył przed sobą twarz Szekla, drgającą, chlustającą z ust morską wodą i krwią, popiskującą z cicha.
– Pomocy! – darł się Ta
Coś jest nie tak! Coś jest nie tak!
Przez wiele godzin ekipa na pokładzie „Nosidła” doglądała wielkich pomp parowych, które tłoczyły powietrze do „Meduzy”, i przygotowywała się do wyciągnięcia batysfery na powierzchnię. Jeden po drugim zapadali w rodzaj se
– Coś jest, kurwa, nie tak! – wrzasnęła i przybiegli spanikowani. Patrzyli na kabel z łomoczącymi sercami. Wielkie koło – na którym zostało ledwie parę obwodów liny – trzęsło się gwałtownie, wibrowało o pokład, wprawiało w drgania śruby mocujące. Kabel zaczął świszczeć i rozwinął się poza granicę bezpieczeństwa.
– Wyciągnąć ich! – krzyknął ktoś i ekipa podbiegła do potężnej windy.
Rozległ się huk i zgrzyt kół zębatych. Tłoki waliły w siebie jak bokserzy. Tryby silnika chciały się obracać, ale kabel stawiał im opór. Był napięty jak struna wiolinowa.
– Wyciągnąć ich, wyciągnąć ich – krzyczał ktoś bezproduktywnie, a potem z ohydnym zgrzytem ogromna winda odchyliła się gwałtownie do tyłu. Silnik dymił, buchał parą i skomlił dzieci
– Ruszyła! – zakomunikowała kobieta-kaktus, co spotkało się z entuzjastycznym aplauzem. – Idzie do góry!
Batysfera nie była jednak przystosowana do tak szybkiego wypływania na powierzchnię.
Koło nabierało prędkości z idiotycznym pośpiechem, oszałamiająco szybko nawijając kabel. Tryby rozgrzały się do czerwoności i wydzielały suchy zapach spieczonego metalu.
Spuszczenie „Meduzy” na dno zajęło trzy godziny. Tarcza nawiniętego kabla rosła w oczach i wiedzieli, że zakończenie całej operacji jest kwestią minut.
– Wypływa za szybko! Odsuńcie się!
W miejscu, gdzie kabel grubości uda był wydzierany morzu, wrzała chmura słonej wody. W burcie „Nosidła” kabel wyżłobił głęboką bruzdę, skowycząc monsunem iskier.
Inżynierowie i sztauerzy na złamanie karku uciekali od maszynerii, która siłowała się z nielicznymi ocalałymi śrubami niby przerażony człowiek.
Ta
– Pomocy! – krzyknął ponownie, ale i tym razem nikt go nie usłyszał.
Na skraju Pragnieniowic Brucolac stał wychylony za burtę „Uroca” i z wytężeniem wpatrywał się w wodę. Wyrosła pod nim sklepiona, zębata głowa w koronie zmarszczek wody, skinęła raz i zniknęła. Brucolac odwrócił się do swoich pretorian.
– Już czas – powiedział.
Rozpościerając pióropusz wody, koniec kabla wyskoczył z morza i wielkim łukiem poleciał nad wirującą windą. Ciężka metalowa lina śmigała w stronę pokładu, ukazując urwany, postrzępiony koniec.
Ekipa na „Nosidle” patrzyła ze zgrozą.
Strzępiasty koniec kabla huknął o pokład z apokaliptycznym dźwiękiem, zostawiając po sobie długą smugę połamanego drewna i opiłków żelaza. Winda wciąż wirowała i koniec kabla rytmicznie biczował statek.
– Wyłączcie! – krzyknął szef ekipy, ale nawet gdyby ktoś go usłyszał pośród świstu liny, do wyłącznika nie dało się podejść. Silnik obracał wielkim kołem, chłoszcząc „Nosidło”, aż do wybuchnięcia kotła.
Kiedy eksplozja zasypała statek fabryczny roztopionymi szczątkami maszynerii, nastąpiła chwila traumatycznej ciszy. A potem „Nosidło” znowu zatrzęsło się od pożarów i wewnętrznych eksplozji.
W całym mieście zawyły syreny alarmowe.
Uzbrojeni gwardziści i ludzie-kaktusy z Niszczukowód i Czasów zajmowali stanowiska na jednostkach wokół „Nosidła”, na którego pokładzie jarzyło się i huczało wielkie ognisko. Załoga w popłochu umykała po linowych pomostach na sąsiednie statki. „Nosidło” był ogromnym okrętem, z którego trzewi wylewały się potoki mężczyzn i kobiet, uciekali stamtąd w kłębach dymu.
Odcinając się czarną plamą od płomieni, jakaś postać powoli brnęła ku jednemu z pomostów, ugięta pod brzemieniem, które kolebało się bezwładnie i ociekało. Usta tego człowieka były szeroko otwarte, ale jego słów nie dało się usłyszeć.
– Wszyscy wiecie, co macie robić? – szepnął lakonicznie Brucolac. – To do dzieła.
Tak szybko, że oko z trudem za tym nadążało, rój postaci wzbił się nad „Uroca”.