Страница 5 из 63
Pewnego razu matka naraziła się przewodniczącemu komitetu mieszkańców i straciła pozwolenie na pracę. Jedynym wyjściem było rozejrzeć się za robotą w którejś z sąsiednich dzielnic.
Przewodniczący komitetu mieszkańców w i
– Mam ekipę tragarzy złożoną z „elementu”. Czy to by przeszkadzało?
Matka pospiesznie odparła, że nie. I tym sposobem zaczęła pracować „pod kontrolą mas” wraz z grupą ludzi, którzy w przeszłości lub obecnie mieli problemy polityczne – robotnikami wyznaczonymi do robót, jakich nikt i
Matka chodziła z ekipą tragarzy do odległej stoczni w Zatoce Białego Piasku, gdzie na równi z mężczyznami, ze śpiewem na ustach, harowała, zalewając się potem. Dotrzymywała im kroku przy dźwiganiu kamie
Dziesiątki lat ciężkiej fizycznej pracy dały żniwo w postaci problemów z sercem, anemii, która w końcu doprowadziła do nadciśnienia, reumatyzmu, uszkodzenia stawu biodrowego oraz bólu całego ciała. Dopiero kiedy byłam w gimnazjum, matce udało się zmienić pracę – paliła w stoczni ogień pod kotłem na wodę. To nowe zajęcie – utrzymywanie żaru pod kotłem przez cały dzień -było uważane za lekką pracę. Ogień należało zgasić w środku nocy i rozpalić o czwartej nad ranem, usunąć popiół, potem dołożyć węgla tak, aby o piątej, kiedy przyjdzie pierwsza zmiana, w kotle był wrzątek.
Matka mieszkała w przyfabrycznym hotelu robotniczym dla kobiet, wracała do domu jedynie na weekendy i zazwyczaj zaraz, po obiedzie kładła się spać. Nawet jeśli starałam się poprawić jej nastrój, przynosząc wodę do mycia, w zamian spotykały mnie jedynie połajanki i wyrzekania.
Podwijałam jej koszulę i obmywałam plecy; barki, stwardniałe od dźwigania ciężarów, wyglądały jak grzbiet wielbłąda, a w miejscu, gdzie opierał się drąg, utworzył się garb. Potem myłam przód; zwiotczałe piersi wisiały jak puste woreczki – bezużyteczny nadmiar skóry leżący na brzuchu. Zanim wycisnęłam ściereczkę i wzięłam się do mycia od pasa w dół, matka już spała kamie
Gdy szła do pracy, wszystkie domowe obowiązki przejmował ojciec, który był na rencie. Mimo że nic nie widział po zachodzie słońca, robił pranie i gotował, poruszając się po omacku. Właściwie od niemowlęctwa zajmował się mną wyłącznie ojciec.
W soboty wstawałam wraz z Czwartą Siostrą o świcie, żeby stanąć w kolejce do rzeźnika, gdzie za nasze cztery kupony mogłyśmy kupić około ćwierci kilo wieprzowiny. Gotowałyśmy garnek aromatycznego wywaru i wpatrując się w niego łapczywie, czekałyśmy na powrót matki. A ona, zamiast okazać zadowolenie, beznamiętnie dziobała pałeczkami w garnku między kawałkami mięsa. Któregoś wieczoru ojciec nie wytrzymał; uderzył pięścią w stół i strącił swoją miseczkę na ryż i pałeczki. Potem my, dzieci, zostaliśmy wyrzuceni z pokoju i rozpętała się wielka awantura. Im bardziej przybierała na sile, tym cichsze stawały się głosy rodziców, abyśmy nie słyszeli, co mówią. Podejrzewałam, że matka wyżywa się na ojcu, chcąc wyładować frustrację, i byłam na nią bardzo zła.
Prawie nigdy nie wychodziliśmy z matką do sklepu czy do krewnych. Z biegiem lat popadała w coraz dziwniejsze nastroje; poznawaliśmy to po ordynarnych słowach, jakie płynęły z jej ust. Byłam przyzwyczajona do tego, że ludzie w siedlisku czy na ulicy obrzucają się wyzwiskami, klną i mówią obelżywie o przodkach. Jednak to była moja matka, więc te przekleństwa i wyzwiska wprawiały mnie w zakłopotanie.
Znajdowałam wady niemal we wszystkim, co robiła: za głośno przesuwała sprzęty podczas sprzątania, często rozlewała płyn do mycia garnków na podłogę, trzaskała drzwiami wejściowymi tak mocno, że aż drżały ściany na poddaszu, a za każdym razem, kiedy otwierała usta, mówiła podniesionym głosem. Nie mogłam tego znieść. Nie cierpiałam nazywać jej matką, ani w rozmowie z nią, ani za jej plecami, i rzadko kiedy się do siebie uśmiechałyśmy.
Nurtowało mnie, jaką matką była osiemnaście, a właściwie dziewiętnaście lat temu, gdy zaszła w ciążę i gdy zaczynała mnie wychowywać.
Nie pamiętam, żeby matka kiedykolwiek wyglądała ładnie czy chociażby korzystnie.
A może celowo wymazałam z pamięci jakieś atrakcyjne wspomnienia? Patrzyłam, jak stopniowo zmienia się w schorowaną kobietę z psującymi się, plombowanymi zębami, to znaczy z paroma zębami, jakie jej pozostały. Miała obrzęknięte, opuszczone, nieruchome powieki, wiecznie mrużyła oczy, aż w końcu patrzyła przez szparki i ledwo poznawała ludzi. Nawet gdyby próbowała uczesać włosy, i tak przypominałyby siano, bo sterczały na wszystkie strony i siwiały z każdym dniem. Niewiele pomagał postrzępiony słomkowy kapelusz, który przeważnie nosiła. Poza tym się kurczyła, jakby sprasowały ją dźwigane ciężary, a przez zgarbione plecy wydawała się niższa i grubsza, niż była w rzeczywistości. Chodząc, powłóczyła nogami, jakby podeszwy stóp miała z ołowiu, jej uda i łydki stały się grube i masywne od ciężkiej pracy, a paluchy powykręcane. Stopy nie krwawiły, nawet jeśli nadepnęła na ostry kamień. I bardzo jej dokuczała grzybica, ponieważ przez okrągły rok chodziła po błocie.
Raz, jedyny raz, obudził mnie wczesnym rankiem stukot drewnianych sandałów matki o kamie
Powoli zaczęłam pojmować, dlaczego matka nie lubi luster. Raz narzekała do sióstr, że w domu nie ma ani jednego przyzwoitego lustra. Siostry przemilczały tę uwagę, zapewne instynktownie wyczuwając, że w ten właśnie sposób daje im do zrozumienia, iż nie znosi luster.
Z czasem między matką a mną wyrósł mur porośnięty trawą i krzakami; piął się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu żadna z nas nie wiedziała, co z nim zrobić. Tak naprawdę to była krucha ścianka, którą mogłyśmy zburzyć, gdybyśmy chciały, tylko nigdy nie przyszło nam na myśl – a przynajmniej mnie nie przyszło – żeby podjąć taką próbę. Raz czy dwa, nie więcej, dostrzegłam czułość w jej oczach i wtedy pomyślałam, że być może, mimo wszystko, nie jestem niechcianym dzieckiem. W tamtych chwilach wydawało mi się, że potrzebny jest jakiś serdeczny gest z mojej strony; ale niestety, zanim się na niego zdobyłam, czułe spojrzenie znikało, dopiero kiedy skończyłam osiemnaście lat, udało mi się spojrzeć wstecz i wyraźnie zobaczyć swoją przeszłość.
5
Drzwi się otworzyły i stanęła w nich matka, odświeżona po kąpieli.
– Przynieś wiadro, Mała Szóstko – poleciła.
Miała na sobie koszulę domowej roboty bez rękawów i kołnierza, spodnie do kolan, a na nogach sfatygowane drewniane sandały.
Razem podniosłyśmy wanienkę, żeby wylać brudną wodę do wiadra. Matka powiedziała, że Duża Siostra będzie w domu dziś wieczorem, a najpóźniej jutro.
– Możesz sobie czekać, ile ci się żywnie podoba – odparłam z zamierzonym okrucieństwem. – Ona przygotowuje cię na swój przyjazd jesienią.
– Nieprawda – zaprzeczyła z uporem. – Jeżeli napisała, że przyjeżdża, to tak będzie.
Jej rysy zmiękły na samo wspomnienie mojej najstarszej siostry, a ja, kiedy spojrzałam w górę, zapomniałam o tym, co robię, i rozlałam wodę na cementową podłogę.
– Uważaj! – warknęła. – Czy nie potrafisz niczego porządnie zrobić?!
Dźwignęłam pełne wiadro i wyniosłam je za próg.
– Nie wylewaj! Zostaw do mycia podłogi na poddaszu – powiedziała głośniej, niż to wydawało się konieczne.
Woda była bardzo ce
Każda z rodzin miała tak mało życiowej przestrzeni, że wodę musieliśmy trzymać w skopkach we wspólnej kuchni, więc zawsze jej wszystkim brakowało. Mężczyźni i chłopcy zazwyczaj kąpali się w rzece, chyba że lenili się zejść z góry. W takim wypadku, rozebrani do samych spodenek, myli się w miskach na kamie
Bywało, że podczas długiego, wlokącego się lata przez miesiąc nie spadła kropla deszczu. Potem, kiedy Jangcy zaczynała przybierać, masy wody powoli, acz nieubłaganie spływały z wyższych partii gór i setki metrów brzegu znikały zalane w ciągu jednej nocy, gdy nastawała pora powodzi.
Ktoś, kto nie cierpiał podczas upałów w tym mieście, prawdopodobnie nie jest w stanie zrozumieć, jak przeżerają one serce i zatykają wszystkie pory na skórze, przepalając ją na wylot. Przeważnie nie ma wiatru, lecz kiedy już wieje, przypomina to dolewanie oliwy do ognia i człowiek czuję się jak zamknięty w parowniku i rozgotowany.