Страница 52 из 54
Niewątpliwie wszyscy przyjmą oklaskami jego odkrycie. Przeżyje jeszcze jeden dzień triumfu. Ale później?... Później będzie siłą rzeczy usunięty na drugi plan, siłą rzeczy znajdzie się w cieniu wielkości Wilczura... Katedry mu nie odbiorą co prawda, ale pod presją opinii będzie musiał ustąpić z niej dobrowolnie. Zarząd lecznicy... gabinet dyrektora... Wszystkie od lat utrwalone i
Tak, wejść tam na salę sądową i powiedzieć, że tan znachor jest profesorem Rafałem Wilczurem, to zrezygnować z własnych zdobyczy, z własnych osiągnięć, z własnych stanowisk. To przekreślić najświetniejszy okres swojej kariery i dobrowolnie wyrzec się wszystkiego, co tak ukochał...
I jeszcze jedno: w biografii profesora Wilczura znajdował się pewien niewielki ustęp, którego Dobraniecki przez tyle lat nie umiał zapomnieć, którego nie mógł sobie wybaczyć jako karygodnego wybryku próżności. Skłamał tam pisząc o pewnym przypadku w klinice uniwersyteckiej, o pewnej śmiałej a trafnej diagnozie, której zasługę przypisał sobie. I teraz jeszcze zarumienił się, gdy to głupie, niepotrzebne kłamstwo sobie przypomniał.
A kłamstwo to, chociaż drobne, chociaż w ogólniejszym sensie nieważkie, mogło być odkryte tylko przez jednego człowieka: przez profesora Wilczura.
Mogło być odkryte... tylko w tym wypadku, gdyby Wilczur odzyskał pamięć...
Ręce i nogi profesora Dobranieckiego były jak z lodu, ale w skroniach gwałtownie pulsowała krew. — Jak postąpić?... Czy popełni łajdactwo, jeśli nie powie?... Czy dla Wilczura będzie taką tragedią pozostanie w tych warunkach, w jakich żyje, do jakich przecie musiał już przyzwyczaić się?...
— Przecie to prosty przypadek, że mnie Korczyński wezwał na świadka! To przypadek, że na to, do stu diabłów, zgodziłem się! Gdyby nie to... Antoni Kosiba do śmierci zostałby Antonim Kosibą i wcale nie czułby się tym pokrzywdzony.
Właśnie! To należy wziąć jako miarę, jako sprawdzian. Skoro ktoś nie wie, że dzieje mu się krzywda, krzywdy nie ma. Wilczur nie zdaje sobie sprawy z tego, że był kimś i
Ostry dźwięk dzwonka rozległ się w kuluarach.
— Proszę wstać, Sąd wchodzi — dobiegł uszu Dobranieckiego głos woźnego z progu sali.
Nie ruszył się z miejsca. Tam czytano wyrok.
— A co będzie, jeżeli zostanie skazany? — przebiegła mu przez rozpalony mózg dojmująca myśl. Zacisnął pięści.
— Nie będzie, nie może być skazany — wmawiał w siebie.
Po chwili z sali rozległ się gwar, hałas przesuwanych krzeseł i jakieś okrzyki. Drzwi otworzyły się. Publiczność wysypywała się na korytarz.
Nietrudno było z wyrazu twarzy tych ludzi odgadnąć, że zapadł wyrok uniewi
Przechodzili obok niego, gestykulując i rozmawiając głośno. Chłopi w ceglastych kożuszkach, lekarze, adwokaci, młynarz z synem, państwo Czyńscy. Na końcu w największej grupie szedł znachor Kosiba ze swym obrońcą, z młodym Czyńskim i z jego narzeczoną.
Mecenas Korczyński zatrzymał wszystkich przy profesorze Dobranieckim. Coś mówił wesoło, za coś dziękował.
Profesor starał się uśmiechać, ściskał ich ręce, lecz oczy miał spuszczone. Przez krótkie mgnienie, gdy je podniósł, spotkał się z wzrokiem Antoniego Kosiby. Najwyższym wysiłkiem woli zapanował nad sobą, by nie krzyknąć. Wzrok Kosiby był niespokojny, natarczywy, półprzytomny.
Wreszcie odeszli i Dobraniecki, wyczerpany doszczętnie, opadł na ławkę.
Ciężką miał noc. Nie zmrużył oka ani na chwilę, przewracając się z boku na bok. W najlepszym hotelu wdzięczny Korczyński zarezerwował dlań najlepszy apartament. Cicho tu było i wygodnie. Nie mógł jednak usnąć. Nad ranem, zmęczony bezse
Dopiero wypicie całej prawie butelki przyniosło pożądany skutek i zasnął. Obudził się późno z bólem głowy. Przyniesiono mu depesze z Warszawy.
W jednej asystent z lecznicy przypominał o terminie zjazdu w Zakopanem, gdzie profesor miał jutro przewodniczyć, druga była od żony. Nagliła do powrotu.
— Było jeszcze kilku panów — , oznajmił służący hotelowy. — Pytali, kiedy ich pan profesor może przyjąć.
— Nikogo nie przyjmę. Jestem niezdrów. Proszę tak powiedzieć.
— Słucham, panie profesorze. A mecenasowi Korczyńskiemu?
— Wszystkim.
Wstał dopiero późnym wieczorem. Należało spakować walizki i wracać do Warszawy. Nie mógł jednak zdobyć się na żaden wysiłek. Kilka godzin włóczył się bez celu po mieście, potem kupił wszystkie dzie
— No, więc wszystko w porządku — wmawiał sobie. — Po prostu jestem przewrażliwiony.
Trzeba się wziąć w. karby!
Postanowienie jednak niewiele pomogło. Gdy zabrał się do pakowania, ogarnęło go znowu zniechęcenie i takie rozdrażnienie, że kazał podać sobie znowu koniak do numeru. Pomimo to noc spędził prawie bezse
Wczesnym rankiem wstał z gotową decyzją. Wyszedł bez śniadania, wsiadł w pierwszą spotkaną taksówkę i podał adres Korczyńskiego.
Zastał go jeszcze w szlafroku.
— Witam drogiego profesora — zawołał adwokat. — Byłem u pana wczoraj dwa razy, ale powiedziano mi, że profesor niezdrów...
— Tak, tak... Czy możemy, mecenasie, pomówić na osobności?
— Ależ proszę! — Wstał i zamknął drzwi gabinetu. — O co chodzi, profesorze?
— Jak się nazywa ta pa
— Wilczurówna.
— Czy Maria Jolanta?
— Ze Maria, wiem na pewno, a czy ma drugie imię, zaraz sprawdzimy. Wyjął z szuflady tekę z papierami. Szukał chwilę, wreszcie znalazł.
— Tak. Maria Jolanta Wilczurówna, córka Rafała i Beaty z Gontyńskich. Podniósł oczy. Profesor Dobraniecki siedział blady, z przymkniętymi powiekami.
— Mecenasie — powiedział jakby z wysiłkiem. — Muszę panu zakomunikować, że to jest... że ona jest... jego córką.
— Czyją córką? — zdziwił się adwokat.
— Córką Antoniego Kosiby.
— Nie rozumiem, panie profesorze.
— Czy Kosiba o tym nie wiedział?... Czy ona też nie wiedziała?... Korczyński spojrzał nań nieufnie.
— Panie profesorze — zaczął — to jakieś nieporozumienie, Kosiła wprawdzie opiekował się tą panienką, ona żywi dlań wiele serdeczności, ale upewniam pana, że żadnego pokrewieństwa tu być nie może...
Dobraniecki potrząsnął głową.
— A ja pana upewniam, że to ojciec i córka. Antoni Kosiba naprawdę nazywa się... Rafał Wilczur.
Wyrzucił to z siebie i oddychał ciężko.
— Jak to?
Profesor milczał długo.
— Tak — zaczął mówić jakby do siebie. — Poznałem go. Nie mogę się mylić i nie omyliłem się. Ten znachor jest profesorem Wilczurem, który zaginął przed trzynastu laty...
Nagle wstał.
— Gdzie on jest, niech pan zaprowadzi mnie do niego.
Adwokat obawiał się, że Dobraniecki uległ jakiejś przypadłości nerwowej.
— Niechże pan usiądzie, drogi profesorze — powiedział łagodnie — wydaje mi się, że zaszła tu jakaś pomyłka.
— Żadnej omyłki. To jest Wilczur. Czy słyszał pan kiedy o znakomitym chirurgu warszawskim tego nazwiska?
— Oczywiście. Przecie pan profesor prowadzi lecznicę imienia profesora Wilczura.
— Tak. Przed trzynastu laty Wilczur zaginął. Wszyscy myśleli, że popełnił samobójstwo... Miał pewną tragedię rodzi
— Nadzwyczajne! — już z większą wiarą powiedział Korczyński. — Ale myli się pan chyba, profesorze. Wynikałoby stąd, że przez trzynaście lat ukrywał się pod cudzym nazwiskiem?... Dlaczego?
— Amnezja. Utrata pamięci.
— Chyba... nieprawdopodobne. Przez trzynaście lat?...
— Na pewno.
— Daruje pan profesor. Właściwie, słysząc to z pańskich ust, nie powinienem mieć żadnych wątpliwości, ale czy z naukowego punktu widzenia jest to w ogóle możliwe?
— Zupełnie. Amnezja retrograda. Medycyna zna wiele podobnych wypadków. Niepamięć wsteczna... Wymazuje z pamięci człowieka całe poprzednie życie. Po wojnie światowej zanotowano setki wypadków tego rodzaju.
— Czy to skutek wstrząsu psychicznego?
— Przyczyna nie odgrywa roli. Amnezja występuje zwykle po krótkiej lub dłuższej utracie przytomności.
— A czy to jest nieuleczalne?
— Zdarzają się i takie wypadki. Na ogół jednak... Lecz nie traćmy czasu. Gdzie on jest?
— Kosiba?... Wyjechał razem z Czyńskimi. Zabrali go. Ale to jest rzeczywiście rewelacja! I pan profesor jest tego absolutnie pewien? — Absolutnie!
— Do licha! Gdybym to wiedział podczas procesu! Zastrzeliłbym prokuratora i sędziów!
Wyobraża pan sobie taki efekt?!...
Dobraniecki wszakże nie był usposobiony do zajmowania się tą stroną sprawy.
— Uprzytomniłem to sobie dopiero później — powiedział wymijająco. A teraz... Czy może mi mecenas podać adres tych państwa Czyńskich?...
— Z przyjemnością. Zamierza pan tam pojechać?
— Oczywiście.
— I ma pan nadzieję wyleczyć Kosibę, czy raczej Wilczura, z tej choroby?
— Tu nie potrzeba żadnego leczenia. Po prostu wystarczy przypomnienie mu, kim jest. Jeżeli to nie pomoże... to nie ma żadnej rady.
— Zastanawiające! Jednak coś niecoś musiał on pamiętać, skoro na przykład nie zapomniał swojej wiedzy lekarskiej?
— Tak. Dlatego też mam najlepsze nadzieje — powiedział wstając Dobraniecki.
Rozdział XX
Pociąg, sapiąc, zatrzymał się na małej stacyjce. Był jasny, słoneczny ranek. Dachy budynków pokrywała gruba warstwa śniegu, gałęzie drzew uginały się pod obfitą okiścią. Szeroki widok roztaczający się z peronu zdawał się w swojej bieli i jasności czymś odświętnym, zdawał się zalotnie uśmiechać i wabić swoją puszystą, przytulną ciszą.
Profesor Dobraniecki stał i wpatrywał się w tę białą przestrzeń. Tak dawno nie był na wsi. Ten pejzaż wydał mu się w pierwszej chwili czymś sztucznym, jakąś dekoracją przesadnie realistyczną, pretensjonalną i piękną aż do nieprawdopodobieństwa. Upłynęło kilka minut, zanim w swej pamięci odnalazł dawne odczucia, dawne kontakty z tym na nowo odkrytym światem, dawne związki... Urodził się przecie na wsi, na wsi spędził dzieciństwo i pierwsze lata młodości.