Страница 88 из 101
– Cholera, byłem już tak blisko.
Warren machał gwałtownie w ich stronę. Biegł z Natalie korytarzem na tyły budynku. Otworzyły się drzwi windy. Wyszedł z niej Cameron z berettą w dłoni.
– Wszyscy stać! – krzyknął, dostrzegając obcych. Schwycił broń w obie dłonie, uniósł ją i wycelował w Warrena i Natalie. Potem błyskawicznie przesunął lufę na Jacka i Laurie. Utrudnieniem dla Camerona było to, że przeciwnicy znajdowali się po obu jego stronach. Kiedy patrzył na jednych, nie widział drugich.
– Ręce na głowy! – rozkazał, wymachując bronią. Wszyscy posłuchali, chociaż za każdym razem, gdy Cameron spoglądał w stronę Laurie i Jacka, Warren zbliżał się do niego o krok.
– Nikomu nic się nie stanie – zapewnił szef ochrony, obracając się z bronią znowu w stronę Warrena.
Warren wykonał krok do przodu i jego stopa z prędkością błyskawicy trafiła w ręce Camerona. Broń uderzyła o sufit. Zanim Cameron zdążył zareagować na jej niespodziewaną utratę, Warren przyskoczył do niego i uderzył dwa razy, raz w żołądek, drugi raz w nos. Cameron padł na plecy.
– Cieszę się, że jesteś po mojej stronie – powiedział Jack.
– Zwiewamy do łodzi! – powiedział Warren, nie mając ochoty na żarty.
– Jestem otwarty na wszelkie sugestie – stwierdził Jack.
Cameron jęczał i trzymał się za brzuch.
Warren popatrzył w obie strony korytarza. Chwilę wcześniej zamierzał pobiec na tył budynku, ale teraz uważał, że to nie jest dobre rozwiązanie. W połowie korytarza dostrzegł grupę pielęgniarek pokazujących palcami w jego stronę.
Naprzeciwko windy, na wysokości oczu widniała strzałka pokazująca w głąb korytarza, za pokój Horace'a Winchestera. Napisano na niej: OPER.
Zdając sobie sprawę, że nie mają czasu na dyskusje, Warren wskazał kierunek.
– Tędy! – warknął.
– Do sali operacyjnej? – zapytał Jack. – Dlaczego?
– Bo tego się nie spodziewają – odpowiedział Warren. Chwycił Natalie za rękę i pociągnął ją tak, że musiała biec.
Jack i Laurie pospieszyli za nimi. Przebiegli obok pokoju Horace'a, ale tęgawy jegomość ze strachu zamknął się w łazience. Część operacyjna oddzielona była od reszty szpitala wahadłowymi drzwiami. Warren uderzył w nie i przeszedł, trzymając wyciągniętą rękę niczym atakujący zawodnik futbolu amerykańskiego. Jack i Laurie byli tuż za nim.
Nikt nie czekał na operację, w sali pooperacyjnej też nie było żadnego pacjenta. Nie świeciły się nawet żadne lampy z wyjątkiem jednej w magazynku w połowie korytarza. Drzwi do magazynku były uchylone, dając lekką poświatę.
Słysząc hałasy przy drzwiach do oddziału operacyjnego, z magazynu wyjrzała jakaś kobieta. Ubrana była w fartuch, na głowie miała czepek. Wstrzymała oddech, widząc cztery postaci biegnące w jej kierunku.
– Hej, nie wolno tu wchodzić w cywilnym ubraniu – zawołała, gdy tylko odzyskała rezon. Ale Warren i pozostali już ją minęli. Zdumiona odprowadziła intruzów wzrokiem. Zniknęli w końcu korytarza za drzwiami prowadzącymi do laboratorium.
Wróciła do magazynu i sięgnęła do wiszącego na ścianie telefonu.
Warren zatrzymał się, gdyż teraz korytarz rozdzielał się w kształcie litery T. Popatrzył w obie strony. Z lewej, na końcu świeciło się na ścianie czerwone światło oznajmiające alarm pożarowy. Ponad nim wisiał napis: WYJŚCIE.
– Powoli! – zawołał Jack, widząc Warrena gotowego do ruszenia w tamtą stronę. Spodziewał się tam znaleźć schody przeciwpożarowe.
– Człowieku, co znowu? – zapytał zaniepokojony Warren.
– To wygląda na laboratorium – powiedział Jack. Podszedł do przezroczystych drzwi i zajrzał przez nie do środka. To, co zobaczył, zrobiło na nim ogromne wrażenie. Chociaż znajdowali się w środkowej Afryce, miał przed sobą najbardziej nowoczesne laboratorium, jakie kiedykolwiek widział. Każda, nawet najmniejsza część wyposażenia wyglądała na zupełnie nową.
– No, dalej! – poganiała Laurie. – Nie ma czasu na ciekawość. Musimy się stąd wydostać.
– To prawda, człowieku. Szczególnie po pobiciu tego ochroniarza musimy wyrywać przed siebie.
– Wy idźcie – powiedział niespodziewanie Jack. – Spotkamy się w łodzi.
Warren, Laurie i Natalie wymienili niespokojne spojrzenia.
Jack spróbował otworzyć drzwi. Nie były zamknięte. Wszedł do środka.
– Na miłość boską – westchnęła Laurie. Jack potrafił być taki denerwujący. Czym i
– Jak nic, wpadną tu za chwilę ci z ochrony i żołnierze – przypomniał Warren.
– Wiem – odpowiedziała Laurie. – Wy idźcie, a ja ściągnę go tak szybko jak się da.
– Nie mogę was zostawić – odparł Warren.
– Pomyśl o Natalie.
– Nonsens – odezwała się Natalie. – Nie jestem płochliwą kobietką. Razem się w to wpakowaliśmy.
– Idźcie tam obie i wlejcie mu trochę oleju do głowy – powiedział Warren. – Ja pobiegnę i włączę alarm przeciwpożarowy.
– Rety, po co znowu? – zapytała Laurie.
– To stara sztuczka, której nauczyłem się jeszcze jako smarkacz. Ile razy masz kłopoty, narób takiego bałaganu, jak tylko się da. Wtedy będziesz mieć szansę wyśliznąć się z opresji.
– Trzymam cię za słowo – powiedziała Laurie. Skinęła na Natalie i obie weszły do laboratorium.
Znalazły Jacka w czasie miłej konwersacji z laborantką ubraną w długi, biały kitel. Była piegowata, rudowłosa i miała przyjacielski uśmiech na ustach. Jack zdążył ją już rozbawić.
– Przepraszam! – odezwała się Laurie, starając się uspokoić głos. – Jack, musimy już iść.
– Laurie, to Rolanda Phieffer – przedstawił Jack. – Wyobraź sobie, że przyjechała z Heidelbergu w Niemczech.
– Jack! – powtórzyła Laurie przez zaciśnięte zęby.
– Rolanda właśnie opowiadała mi ciekawe rzeczy. Ona i jej koledzy pracują tu nad antygenami głównego zespołu zgodności tkankowej. Otrzymują je z określonego chromosomu jednej komórki i wszczepiają w to samo miejsce w i
Natalie, która podeszła do dużego okna, z którego rozciągał się widok na plac, teraz odwróciła się w stronę rozmawiających.
– Jest jeszcze gorzej. Przyjechał samochód pełen tych Arabów w czarnych garniturach.
W tej samej chwili zaczął wyć alarm przeciwpożarowy. Najpierw zabrzmiały trzy ostre przeraźliwe dzwonki, a po nich rozległ się nagrany głos: "Ogień w laboratorium! Proszę natychmiast skierować się do wyjścia ewakuacyjnego! Nie używać windy!"
– Ojej! – zawołała Rolanda. Szybko rozejrzała się dookoła, aby sprawdzić, co powi
Laurie złapała Jacka za ramiona i wstrząsnęła nim.
– Jack, bądź rozsądny! Musimy stąd uciekać.
– Zorientowałem się – odparł z kwaśną miną. – Nie żartuję. Dalej!
Wybiegli na korytarz. I
Bez nadmiernego pośpiechu wszyscy kierowali się na schody awaryjne. Jack, Laurie i Natalie znaleźli Warrena przytrzymującego drzwi. Trzymał w dłoniach białe fartuchy. Natychmiast włożyli je na cywilne ubrania. Niestety, były zbyt krótkie.
– Z tych małp nazywanych bonobo tworzą jakieś chimery – powiedział Jack. – To jest wyjaśnienie. Nic dziwnego, że testy DNA były tak pokręcone.
– O czym on teraz mówi? – spytał poirytowany Warren.
– Nie pytaj. To go tylko podnieci – odparła Laurie.
– Kto wpadł na pomysł z tym alarmem? – Kapitalne rozwiązanie – pochwalił Jack.
– Warren. Przynajmniej on jeden myśli – powiedziała Laurie.
Schody prowadziły na parking z północnej strony budynku. Ludzie tłoczyli się, spoglądali z dołu na gmach i rozmawiali w małych grupach. Słońce świeciło na czystym niebie i na asfaltowym parkingu panował zabójczy upał. Z północnego wschodu dobiegał modulowany głos strażackiej syreny.
– Co powi
– Idźmy w stronę ulicy, a potem skręcimy w lewo – powiedział Jack, wskazując drogę. – Okrążymy budynek i dojdziemy na brzeg. – Gdzie są żołnierze? – zapytała Laurie.
– I Arabowie? – dodała Natalie.
– Domyślam się, że szukają nas w szpitalu – stwierdził Jack.
– Chodźmy, zanim wszyscy zaczną wracać do laboratorium – ostrzegł Warren.
Ruszyli powoli, żeby nie wzbudzać niczyjej uwagi. Gdy zbliżyli się do ulicy, obrócili się, by sprawdzić, czy nie są obserwowani, ale nikt nawet nie patrzył w ich kierunku. Wszyscy byli zajęci obserwowaniem strażaków, którzy właśnie się zjawili.
– Jak na razie jest dobrze – skomentował Jack.
Warren pierwszy dotarł do ulicy. Kiedy wyjrzał za narożnik domu, natychmiast wyciągnął rękę, aby zatrzymać pozostałych i sam cofnął się o krok.
– Tędy nie przejdziemy. Zablokowali ulicę – oznajmił.
– Och – wystraszyła się Laurie. – Mogli zablokować cały obszar.
– Pamiętacie elektrownię, którą widzieliśmy? – powiedział Jack.
Skinęli potwierdzająco.
– Musi mieć połączenie ze szpitalem. Założę się, że jest tunel.
– Może – zastanowił się Warren. – Ale nie wiemy, jak go znaleźć. Poza tym, nie podoba mi się powrót do budynku pełnego dzieciaków z automatami.
– To spróbujmy przejść przez plac – zaproponował Jack.
– W stronę miejsca, gdzie widzieliśmy żołnierzy? – zapytała Laurie z dezaprobatą.
– Jeżeli są w szpitalu, nie powi
– Coś w tym jest – odezwała się Natalie.
– Oczywiście zawsze możemy się poddać i przeprosić za zamieszanie. Co nam mogą zrobić poza wykopaniem stąd? Myślę, że mam to, po co przyjechałem, więc reszta nie martwi mnie w najmniejszym stopniu – stwierdził Jack.
– Ty chyba żartujesz – odezwała się Laurie. – Nie sądzę, żeby twoje przeprosiny wystarczyły. Warren pobił tamtego mężczyznę, mamy na sumieniu coś więcej niż tylko wdarcie się na cudzy teren.
– Żartuję aż do bólu – przyznał Jack. – Ale ten facet przyłożył nam lufę do głowy. To jest jakieś usprawiedliwienie naszego zachowania. Poza tym możemy im zostawić trochę franków. Zdaje się, że one rozwiązują wszystkie problemy w tym kraju.